W związku z nowelizacją ustawy Prawo telekomunikacyjne informujemy o korzystaniu przez stronę palukimogilno.pl z plików cookies. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich używanie.

Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President
Chcesz wysłać wiadomość do redakcji? Napisz na nasz adres e-mail

Na zdjęciu starosta Tomasz Barczak w otoczeniu policjantów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy (ubrani po cywilnemu) oraz mogileńskich szefów policji fot. Damian Stawski

Starostwo miało zlecić jednej z firm zasypanie zbiorników z ciekłymi chemikaliami na polu Pawła Mikołajczyka z Wszednia, bez jego zgody. Wcześniej chemikalia te znajdowały się w dziurach wyłożonych folią, którą ściągnięto. Mieszkańcom Wszednia grozi kolejna katastrofa ekologiczna. Starosta Tomasz Barczak był dziś przesłuchiwany przez policjantów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy, a sprawa będzie badana pod kątem przestępstwa gospodarczego.

Od poniedziałku 15 października na terenie pogorzeliska po pożarze niebezpiecznych odpadów w miejscowości Wszedzień trwa akcja wywożenia i utylizacji tej części odpadów, która uległa spaleniu i znajdowała się na zewnątrz. Osiemset ton odpadów poupychanych w garażach zostanie nieruszone. Prace te za kwotę 486.000 zł wykonuje firma MD-PROECO Sp. z o.o. z Bydgoszczy. W piątek 19 października w tamtym rejonie doszło do niebezpiecznego dla środowiska zdarzenia, które zresztą miał zlecić starosta Tomasz Barczak.

Właściciel pola otaczającego pogorzelisko Paweł Mikołajczyk całkiem przypadkiem zauważył, że po jego terenie porusza się ciężki sprzęt w postaci m.in. spycharki. Było około 12:00. Prace trwały w miejscu, gdzie na jego polu zostały wykopane trzy dziury, do których spływały chemikalia z pogorzeliska (by nie przedostawały się do rowu melioracyjnego). Dziury te wcześniej wyłożone były folią, które zakupiła gmina. Tymczasem właściciel pola zobaczył, że folia z jednej z dziur jest wyciągnięta, a chemikalia pływają na gruncie. Co ciekawe, na miejscu był naczelnik wydziału Ochrony Środowiska w starostwie Andrzej Stachowiak i miał zarządzać pracami. Na miejsce zostały wezwane przez mieszkańców służby - policja i straż miejska. Paweł Mikołajczyk mówił, że dziurę próbowano po prostu zasypać. Podobnie zresztą podejrzewa komendant Straży Miejskiej Mirosław Kuss, który sporządził z tego miejsca dokumentację fotograficzną. Widać wyraźnie ślady przesuwania przez spycharkę ziemi. Nie zmienia to jednak faktu, że chemikalia były w bezpośrednim kontakcie z gruntem. Faktem jest też to, że pracujący na polu Mikołajczyka nie mieli od niego żadnej zgody na wejście na jego prywatny teren.

- Dostałem zgłoszenie od mieszkanki Wszednia, mieszkańcy poinformowali żeby natychmiast przyjechać do Wszednia bo firma, która uprząta teren, która prowadzi tą utylizację spalonych odpadów niebezpiecznych wyciąga folię z tych zbiorników na odpady ciekłe i chce je zasypywać. Zdarzyło się akurat tak, że pan burmistrz poprosił, że chce tam jechać zobaczyć prace utylizacyjne i mieliśmy i tak tam pojechać. Jak przyjechałem to widziałem tą wyciągniętą folię i próby wgarnięcia ziemi do zbiorników, w trzecim ze zbiorników bodajże ta folia jeszcze była i była próba zepchnięcia ziemi. Widać, że szedł tam jakiś spych, są wyraźne ślady przesuwania ziemi. Jak przyjechałem to nic już się tam nie działo - mówił komendant Mirosław Kuss.

Mieszkańcy o całej sytuacji dali znać też reporterowi Pałuk. Paweł Mikołajczyk zaprowadził reportera na miejsce całej awantury i pokazał wyciągnięte ze zbiorników folie oraz pływające bez zabezpieczeń w zbiornikach ciekłe chemikalia. Później reporterowi udało się usłyszeć jak jeden z policjantów mówił, że Andrzej Stachowiak zeznał, iż prace zlecił tam starosta Tomasz Barczak. Mieszkańcy próbowali się kontaktować ze starostą, jednak bezskutecznie. Okazało się, że starosta miał przebywać w tym czasie na Hubertusie w Bielicach. Mieszkańcy chcieli też, by przed nimi wytłumaczył się Andrzej Stachowiak. Ten jednak po przesłuchaniu przez policję odjechał z Wszednia. Reporter Pałuk był też świadkiem sytuacji jak przed odjazdem do samochodu Andrzeja Stachowiaka podchodzi mieszkanka Wszednia Agnieszka Kaszyńska, która chce dać mu do telefonu jedną z przedstawicielek Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Ten jednak z impetem odjechał samochodem. W tym momencie mieszkanka się rozpłakała.

Potem Paweł Mikołajczyk wraz ze swoją siostrą Agnieszką Kaszyńską postanowili pojechać osobiście do gabinetu starosty. Właściciel pola wziął ze sobą paczkę foliową, w którą zapakowana była skażona chemikaliami ziemia. Około godziny czekał w gabinecie na starostę, który miał przyjechać. Bezskutecznie. Starosta bowiem pojechał bezpośrednio z Bielic do Wszednia, a tam czekali na niego mieszkańcy, komendant Powiatowej Policji w Mogilnie Przemysław Tulibacki, zastępca komendanta Tomasz Rybczyński, przedstawiciele Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy oraz przedstawiciele Wojewódzkiego Sztabu Zarządzania Kryzysowego. Sprawa była naprawdę poważna, bo groziło to kolejnym skażeniem gleby. Przed gabinetem starosty na Pawła Mikołajczyka czekała Agnieszka Kaszyńska i była na linii z jedną z przedstawicielek WIOŚ. Reporter przysłuchiwał się tej rozmowie, a tam przedstawicielka WIOŚ powiedziała, że odpowiedzialna za akcję z chemikaliami przy wykopanych zbiornikach nie była firma utylizacyjna, a zupełnie inni ludzie.

- Na miejscu była osobna ekipa utylizacyjna i ekipa starosty. Ta firma utylizacyjna 180 ton odpadów ściągnęła z tego placu i mają czas do końca października by usunąć te odpady, tam im jakieś 250 ton jeszcze zostało. A tamto to jest osobna ekipa starosty. Myśmy tego nie wiedzieli. Pan starosta ani pan Stachowiak z tym dyrektorem z Zarządzania Kryzysowego nie chciał rozmawiać, nie tylko ze mną - mówiła jedna z przedstawicielek WIOŚ do Agnieszki Kaszyńskiej. Prawdopodobnie więc prace zlecone poza pogorzeliskiem na polu Pawła Mikołajczyka zostały zlecone innej firmie, która nie miała uprawnień. W WIOŚ była tylko informacja, że prace na pogorzelisku będą prowadzone przez firmę z Bydgoszczy i tylko i wyłącznie na tamtym terenie.

W starostwie wydarzyła się też inna sytuacja. Reporter próbował porozmawiać z obecnym tam Andrzejem Stachowiakiem. Reporter zapytał czy nie uważa, że cała sytuacja jest nie w porządku. Andrzej Stachowiak odpowiedział: - Nie, dlaczego? Wtedy reporter zapytał bardziej szczegółowo, czy to, że chemikalia są w bezpośrednim kontakcie z gruntem jest w porządku. Andrzej Stachowiak jednak natychmiast wyszedł wtedy z budynku starostwa nie mówiąc już słowa.

Starosta Tomasz Barczak we Wszedniu zjawił się około 15:00. Jak się tłumaczył?

- To jest na gruncie prywatnym, ale mówimy wyciągniemy tą folię i przykryjemy te resztki, które zostaną - mówił starosta. Wtedy na jego słowa oburzył się jeden z przedstawicieli Wojewódzkiego Sztabu Zarządzania Kryzysowego tłumacząc, jak powinno być to fachowo zrobione.

- Wypompować, wyciągnąć folię, wybrać, zasypać czystą ziemią, nie no tutaj filozofii nie ma, to się nie obroni za nic, taka jest prawda - mówił. Inny z przedstawicieli zarządzania kryzysowego dodał:

- W każdym bądź razie dzisiaj trzeba zorganizować jakąkolwiek wywózkę tego płynu.

Starosta odpowiedział wtedy, że może ją zorganizować najwcześniej w poniedziałek. Wtedy jednak byłoby o dwa dni za późno. 

Potem starosta usłyszał od przedstawiciela zarządzania kryzysowego:

- Wiem jedno, wojewoda już na to złotówki nie da.

Do dyskusji w międzyczasie wtrąciła się jeszcze mieszkanka Wszednia Agnieszka Kaszyńska. Tłumaczyła:

- My pisaliśmy pismo, że chcemy mieć posprzątane, ale pisząc pismo, że chcemy mieć posprzątane nie znaczy, że zepchnąć wszystko w jeden dół - mówiła Agnieszka Kaszyńska.

Starosta dalej mówił: - Tylko folie chcieliśmy wyciągnąć, jak przyjdą opady to przykryjemy tą folią.

Znów otrzymał ripostę od przedstawiciela Wojewódzkiego Sztabu Zarządzania Kryzysowego:

- Ale nie tą folią, to nawet nie starczy, no na chłopski rozum - mówił.

Potem przedstawiciele Komendy Wojewódzkiej Policji zwrócili się do starosty Tomasza Barczaka: - Pan pojedzie z nami. Starosta jednak nie chciał jechać z policjantami i upierał się, że pojedzie swoim samochodem. Ostatecznie na to przystano i policjanci pojechali za nim. Był przesłuchiwany w swoim gabinecie przy ul. Narutowicza. Z kolei właściciela pola Pawła Mikołajczyka i innych mieszkańców przesłuchiwali mogileńscy policjanci. Cała sprawa ma być rozpatrywana pod kątem przestępstwa gospodarczego. Na miejsce w takiej sytuacji musiał być też wezwany WIOŚ w Bydgoszczy w celu pobrania prób do badań.

01
Chemikalia po pożarze niebezpiecznych odpadów we Wszedniu spływały wraz z wodą z gaszenia pożaru do specjalnie wykopanych zbiorników wyłożonych folią. 19 października zbiorniki na polu Pawła Mikołajczyka (na zdjęciu) próbowała zasypać firma, której prace miało zlecić starostwo. fot. Damian Stawski
02
Na miejscu zdarzenia po informacji przekazanej od mieszkańców zjawiła się mogileńska policja, Straż Miejska oraz burmistrz Leszek Duszyński fot. Damian Stawski
03
W tym samym czasie trwały też prace nad sprzątaniem odpadów, które uległy spaleniu podczas majowego pożaru fot. Damian Stawski
04
Prace nad sprzątaniem odpadów miał nadzorować naczelnik wydziału Ochrony Środowiska w Starostwie Powiatowym w Mogilnie Andrzej Stachowiak. Według relacji mieszkańców miał też nadzorować prace nad zasypaniem zbiorników na polu Pawła Mikołajczyka. fot. Damian Stawski
05
Mieszkanka Wszednia Agnieszka Kaszyńska całą sprawę próbowała wyjaśnić z Andrzejem Stachowiakiem. Chciała przekazać mu swój telefon, gdzie na linii czekała jedna z przedstawicielek WIOŚ z Bydgoszczy. fot. Damian Stawski
07
Pracownik starostwa Andrzej Stachowiak z impretem odjechał jednak z Wszednia doprowadzając mieszkankę do płaczu fot. Damian Stawski
09
Potem na miejscu pojawili się przedstawiciele Wojewódzkiego Sztabu Zarządzania Kryzysowego z Bydgoszczy i wojewódzkiej policji. W towarzystwie mieszkańców oraz przedstawicieli mogileńskiej policji byli na oględzinach miejsca, gdzie miało dojść do naruszenia prawa. fot. Damian Stawski
10
Około godziny 15:00 (po trzech godzinach) na miejscu pojawił się starostwa Tomasz Barczak. Wcześniej miał przebywać na "Hubertusie" w Bielicach. fot. Damian Stawski
12
Staroście pokazano wykonane telefonem komórkowym zdjęcia wyjętej ze zbiorników folii i będącej w bezpośrednim kontakcie z gruntem skażonej wody fot. Damian Stawski
14
Po kilku cierpkich słowach skierowanych pod adresem starosty od właściciela pola Pawła Mikołajczyka - za jego zgodą - wszyscy udali się ponownie zobaczyć zbiorniki ze skażoną cieczą fot. Damian Stawski
15
Później starosta Tomasz Barczak musiał się tłumaczyć policji. Był przesłuchiwany przez policjantów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy w swoim gabinecie przy ul. Narutowicza w Mogilnie. Na zdjęciu z komendantem mogileńskiej policji Przemsławem Tulibackim. fot. Damian Stawski
Previous Next
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Damian Stawski, 19 X 2018

 

Więcej artykułów na ten temat:

Chemikalia wsiąkają w grunt, starosta Barczak przesłuchany

Promile - DK