- Potrzebowali jakiegoś młodego, takiego, który nie musi być mądry, ale żeby śpiewał z babciami. Ponieważ ja byłem śpiewający i grający, to wszystko jakoś się zgadzało w tej Bożej układance. Bo nie chodzi o to, żeby był mądry, tylko pożyteczny - mówi ksiądz proboszcz parafii w Kwieciszewie Jarosław Słowy o zaczątkach swojej pracy misyjnej na Wschodzie. Po kilkunastu latach pobytu w Kazachstanie podkreśla, że misja dała mu więcej niż się spodziewał. - Cały czas zastanawiałem się, co ja mogę dać misji. A okazało się, że to ja wszystko otrzymałem od misji - podkreśla.
Przypominamy archiwalny artykuł opublikowany w tygodniku Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1401 (51/2018).
Ksiądz Jarosław Słowy jest proboszczem parafii w Kwieciszewie od 1 lipca 2015 roku. To wieloletni misjonarz w Kazachstanie i Łotwie, mający doświadczenie pracy duszpasterskiej, szczególnie na Wschodzie. Spytany, skąd w ogóle pomysł, by podjąć taką pracę duszpasterską w wymiarze misyjnym na Wschodzie i jakie przygody tej posługi misyjnej się z tym wiążą odpowiedział, że był to dla niego piękny czas. Dodał, że misje są tam, gdzie człowieka Pan Bóg powołuje.
DO KAZACHSTANU PRZEZ NIEMCY
W 1996 roku pojawił się w jego życiu wielki człowiek - ojciec Marcin Babraj - założyciel poznańskiego wydawnictwa W drodze. Otrzymał on zaproszenie od abp. Jana Pawła Lengi ówczesnego apostolskiego administratora, biskupa Karagandy w Kazachstanie, który obecnie mieszka w Licheniu, by pojechać do Kazachstanu, by tam na północy przeprowadzić rekolekcje fatimskie. Młody, bo 5 lat po świeceniach kapłańskich ks. Jarosław, był wówczas wikariuszem w parafii św. Józefa w Inowrocławiu. Wtedy wspólnie z ojcem Marcinem pojechali do Kazachstanu.
Był rok 1996. - Ojciec Marcin powiedział, że jedzie o. Jacek Salij, ale potrzebują jakiegoś młodego, takiego, który nie musi być mądry, ale żeby śpiewał z babciami. Ponieważ ja byłem śpiewający i grający to, to wszystko jakoś się zgadzało w tej Bożej układance. Bo nie chodzi o to, żeby był mądry, tylko pożyteczny. Więc jak osioł umie ryczeć w imię Pana Boga to ten, który wiózł pana Jezusa w Niedzielę Palmową wystarczy. Nie trzeba było ekstra koni, wystarczył osioł. Pojechałem, chciałem to zobaczyć - opowiada ks. Jarosław Słowy.
Do wyjazdu skłoniła go ciekawość, która występuje u każdego młodego człowieka, przed którym świat dopiero staje otworem. Z Polski nie było bezpośrednich połączeń. Dzień wcześniej pojechali do Poznania Starołęki i dalej do Lichtenberga w Niemczech. Dopiero stamtąd przez Polskę, nie zatrzymując się, ruszyli na wschód.
![]() |
| Podczas prelekcji, która odbyła się w strzeleńskiej bibliotece, zachwycone ręcznie tkanymi tiubietiejkami były Grażyna Mrowiec i Teresa Domańska fot. Paweł Lachowicz |
OD ZSYŁKI DO PIĘKNEJ PRZYGODY
- Co robiono z nami na granicach, nie będę mówił. Ogólnie sześć razy przekracza się granice, zanim dojedzie się do Kazachstanu. Jechaliśmy pociągiem 5 dni. Dojechałem, ja ksiądz z Europy, świeżutki 5 lat kapłaństwa, zachwycony Polską, bo nigdzie indziej nie byłem, bo nie było mnie stać. Po powrocie, po czterech miesiącach tam pobytu przyobiecałem sobie, że w życiu już tam do Kazachstanu nie pojadę. To była moja obietnica. Po tym co tam zobaczyłem, to była tragedia życiowa. Europejczyk, kapłan przyjechał, a tu nic nie ma. Kapliczki przerobione z domów, minus 50 stopni na dworze, brak dróg, myślałem wtedy jak w ogóle można tam żyć. I sobie obiecywałem, że w życiu już tam nie pojadę. Ja dopiero wówczas dowiedziałem się, dlaczego to miejsce nazywają zsyłką - opowiada ks. Jarosław.
Ale minął rok i - jak mówi - Pan Bóg coś od niego jeszcze chciał i za rok już wiedział, że pojedzie do Kazachstanu na stałe. Pojechał i okazało się, że była to piękna, kapłańska przygoda. Piękny czas uczenia się Kazachstanu, ludzi i ziemi, mentalności.
Pierwszy rok, jak opowiada, to była męczarnia, przede wszystkim nie znał dobrze języka. - Wydaje nam się, że znamy rosyjski i rzeczywiście nam się tylko wydaje. Są proste pomyłki jest słowo kałotki, czyli klocki hamulcowe i kałgodki, czyli pończochy. Szukałem warsztatu, bo zepsuły mi się klocki hamulcowe i pytałem, gdzie mogę to naprawić. Skierowano mnie do mechanika. Poszedłem i mówię do niego, poprawcie mi kałgotki, czyli powiedziałem zamiast klocki, to pończoszki. Jego mina była warta wszelkich milionów. Powiedział mi, że on mi tego nie zrobi, ale może tam i pokazał pobliski dom. Ja mówię, to jak w tym domu? Jak mi wytłumaczył, w czym jest różnica między tymi dwiema nazwami, to ja zrobiłem się czerwony - opowiada ks. Jarosław.
![]() |
| Przywieziony przez księdza na pamiątkę z Kazachstanu skórzany pleciony bicz podczas prelekcji w bibliotece ogląda Maria Reinholz fot. Paweł Lachowicz |
TABERNAKULUM W OBORZE
Na początku pracował na północy Kazachstanu w Makinsku. Co ciekawe, to miejscowość, w której większość wierzących to Łotysze. Pracowały tam również niemieckie siostry z Zakonu Biednego Dzieciątka Jezus, nieznane w Polsce. Pracowały jako salowe i nikt tam nie wiedział, że są to siostry. One widząc u chorych, że ktoś ma jakiś medalik, obrazek, krzyżyk, to do niego podchodziły i w swoim małym domku, gdzie mieszkały, tych chorych gromadziły. W tym domu miały ścianę, gdzie była kuchnia. Z drugiej strony była obórka, a w niej krowa.
Wcześniej kapłan, ojciec Kaszuba, który był tam zesłany, był palaczem centralnego ogrzewania w Kołchozie. W nocy przyjeżdżał, i za tą ścianą w obórce ubrudzonej od łajna krowiego była obluzowana cegła. Tam był ukryty Najświętszy Sakrament. Siostry jak tam przychodziły, to całowały tę ścianę, bo to było ich tabernakulum. Tam ojciec odprawiał też msze św. Siostry miały 70 dzieci do wykarmienia. W ogrodzie uprawiały ziemniaki.
- Myśmy też karmili dzieci we wioskach. Kiedyś przechodziłem i słyszę jak siostra wyzywa. Mówi: „Jak ty mogłeś, jakim prawem. Ja jutro mam te dzieci karmić, czym ja nakarmię, jak ty o to dbasz“. Ja sobie pomyślałem, ale się komuś obrywa. I zajrzałem, patrzę na kogo ona wyzywa. Na ścianie obrazek św. Józefa, bo on odpowiadał za ziemniaki, a na ziemniakach pojawiła się stonka. Za wiśnie odpowiada św. Barbara, za maliny św. Jerzy. Każdy ma swoją działkę. I proszę mi wierzyć następnego dnia nie było ani jednej stonki, mimo że nikt niczym nie pryskał i nikt jej nie zbierał. Jak ktoś powie, że same odleciały, to zapytajcie rolników. Ja widziałem tam nie takie cuda - opowiada ks. Jarosław.
JECHAŁ NAWRACAĆ, A SAM SIĘ NAWRÓCIŁ
Wspomina też pobyt w Szortandach na północy, niewielkiej miejscowości w pobliżu stolicy kraju Astany, będącej jednym z liczniejszych skupisk Polaków zamieszkujących centralne rejony Kazachstanu.
- Był tam dziadzia Boria, miał ponad 70 lat. Jeździł traktorami i był parafialnym pomocnikiem, to on wprowadzał mnie w te wszystkie sprawy dotyczące chorych. Obok mieszkała ciocia Irma, Niemka z pochodzenia. On powiedział, tam ojcze nie pójdziemy, bo ciocia Irma od lat ma sklerozę. Już ją trzymają w oddzielnym pokoiku. Ma tam krzesło z dziurką i wiadro. Tam jej tylko dają jedzenie. Ona krzyczy, wyzywa, bo jest z nią coraz gorzej. Na początku sobie pomyślałem, jestem tu pierwszy raz i mam ominąć jakąś parafiankę. Co ze mnie za misjonarz. Nie mogliśmy wejść, bo ją zamknęli. Boria pchnął tam jakąś szybkę z werandy i weszliśmy. Łapiemy za klamkę, a drzwi się otwierają. Co ciekawe, było otwarte. My je otwieramy, a ciocia Irma nas wita. Uczesana, elegancka i mówi do mnie: „Ja na ojca czekam. Ojciec jest nowym proboszczem“. Dziadzia Boria, który ją znał, stał oniemiały. Ja sobie myślę Panie Jezu, o co tu chodzi. Pytałem skąd żeście wiedzieli, że ja przyjdę. Ona na to: „Ano wczoraj wieczorem przyszedł do mnie ojciec Kaszuba i mówi - Irma przygotuj się, wyspowiadaj się porządnie, bo ja za 2 dni biorę ciebie do siebie do nieba do Pana Jezusa i musisz być przygotowana“. Z tym, że ojciec Kaszuba nie żył od 25 lat, a nikt jej nie mógł o tym powiedzieć. Wyspowiadałem, dałem komunię św. I za 2 dni był pogrzeb.
Ksiądz Jarosław Słowy podkreśla, że takich przypadków miał setki i dlatego uważa, że jest to ziemia niezwykła, a ludzie wspaniali, także Kazachowie. Zwraca uwagę, iż nie pojechał tam za karę, bo z niewolnika nie zrobi się pracownika. Był to dla księdza z Kwieciszewa najszczęśliwszy w życiu czas. - Bo ja pojechałem z myślą, aby ich nawracać, a później się okazało, że to ja muszę się nawrócić. To był czas dla mnie, nie dla nich. Byliśmy tam jedną, wielką rodziną - opowiada ks. Jarosław.
![]() |
| Ks. Jarosław Słowy pełniąc misje w Kazachstanie modlił się z wiernymi przy krzyżach i kapliczkach fot. ks. Jarosław Słowy |
PRĄD PRZEZ DWIE GODZINY W TYGODNIU
Wspomina, że w soboty po południu wszyscy są w bani, a nie na bani (powiedział żartobliwie). Bania, jak się okazuje, to taka prymitywna sauna. A warto dodać, że nie było tam bieżącej wody. Po saunie trzeba było uzupełnić ubytki związane z odwodnieniem. Więc wszyscy pili piwo własnej roboty. Proboszcz prawdopodobnie pił wodę, ale wszyscy wiedzieli, że po południu w sobotę ojciec jest w bani.
- Któraś tam ciocia umierała i inna mówiła do niej: a przestań umieraj jutro, bo dzisiaj jest sobota i przecież to bania jest i ciocia umierała w niedzielę. Spytałem się czemu wczoraj nie umarłyście, a ona odpowiedziała: „Ojciec przestań, przecież to bania była wczoraj“ - dodaje ks. Jarosław.
Przy okazji wspomina, że oprócz bieżącej wody nie było tam też prądu. Prąd włączali tylko na dwie godziny tygodniowo, i na dodatek nie wiadomo było, kiedy go włączą. Często włączali w nocy. Co można robić przez dwie godziny, jak jest prąd? Okazało się, że prasować. Wszystkie panie w domach miały nastawione radia, więc jak włączyli prąd radio zaczęło grać, więc wszystkie panie ruszyły do prasowania. A jak wszystkie ruszyły do prasowania, to transformator ciach i na tydzień miały spokój.
- Ja, nie będąc tego świadom, w jednej z wiosek powiedziałem, że jak włączą prąd, to włączę ludziom do obejrzenia film o Fatimie. Ale kto pomyślał, że o 200 w nocy włączą prąd. Powiedziałem: pół godziny od włączenia prądu spotykamy się w kościele na projekcji. Nagle o 230 pukają i wołają: „Ojcze mój, my są“ - opowiada ks. Jarosław.
KRAJ WIELU NARODÓW I KULTUR
Proboszcz Jarosław Słowy dodaje, że Kazachstan to kraj 121 narodowości i nie jest tam tak prosto utrzymać porządek społeczno-polityczny. W pobliżu Kazachstanu jest Uzbekistan, Turkmenistan, zatem miejsca gdzie co rusz dokonują się przewroty. Sam, jadąc tam na misję, był świadkiem takiego przewrotu, który zaczął się o 9.00 rano, a zakończył o 14.00. - Postrzelali, wymienili prezydenta i otworzyli granice już z nowymi władzami - opowiada.
W samym Kazachstanie jednak nie było wojny, nie było przewrotów. Wszystko tam trzyma bowiem silną ręką prezydent Nursułtan Nazarbajew. Obcokrajowcy muszą tam jeździć na żółtych tablicach rejestracyjnych. - Czyli z daleka policjant widzi, że jadą pieniążki. Zatrzymuje i zawsze pyta, czy jesteś pijany. Mówię mu, że nie, to każe mi to udowodnić. Nie on mi, tylko ja jemu - opowiada ks. Jarosław.
Dodaje, że o 17 latach pracy misyjnej na Wschodzie, o Kazachstanie może opowiadać 24 godziny na dobę. - Tam się nie stosuje systemu proszę pani, proszę pana, tam się mówi dziaduszka, babuszka, ciocinka. Do mnie mówiły babcie synociek, czyli syneczku i to nikomu nie przeszkadzało. Oficjalnie mówiły ojcze, ale gdy się rozmawiało na co dzień, to było synociek, a ja mówiłem cioteczka. Mieszka tam taka ciocia Dobrzańska, do dziś żyjąca. Ona ma prawie 90 lat. Hrabianka z domu, szlachciura. W 1936 roku przyjechała do Kazachstanu. Ona mi opowiadała, jak widelcem krowie łajno, czy po wielbłądach zbierała, bo nie wiedziała jak to chwycić, na ognisko, żeby się czymś ogrzać, a ona jako hrabianka w życiu do takiego łajna krowiego nie dochodziła, bo niby dlaczego. Miały widelec i widelcem nakładały to do ogniska. Ciocia Dobrzańska opowiadała mi, jak pierwszy raz budowali ze schiziaka swój własny dom. Schiziak to jest krowie łajno, mieszane ze słomą i gliną. Z tego się robiło cegły. To się bieliło i do dziś te domy stoją. Są bardzo wygodne dlatego, że zimą jest ciepło, latem jest chłodno. Problem jedynie polega na tym, że zapach nie jest cudowny. Ja mieszkałem przez pół roku w takim domu. Jakoś to nie sprawiło, żeby mi święcenia zniszczały, wręcz przeciwnie, bardzo dobre. Polecam wszystkim i dla tych, którzy narzekają, że mają złe warunki, bo mają łazienkę na piętrze, czy półpiętrze, a tam wcale nie ma łazienki. Dodam tylko, że ciocia Dobrzańska była całe życie smutna, a ja nie rozumiałem dlaczego. Nawet na paschę, czy na Wielkanoc. Zawsze była smutna. Pytałem, ciocia dlaczego wy jesteście tacy smutni. Ona mi powiedziała: „Synociek, jak w 1936 nas tutaj wysadzili, ja miałam 5-letniego chłopca i 2-miesięczne dziecko przy piersi i wiesz co ja musiałam wybrać, które z nich przeżyje. Nie życzę żadnemu człowiekowi, tym bardziej matce, takiego wyboru“. To, co ci ludzie przeszli, to sam fakt wzbudza wielki szacunek i tam duszpasterzowanie nie polega na tym, aby im mówić, jakie są dobrodziejstwa kultury zachodniej, tylko jest to szukanie Pana Boga w tych miejscach gdzie byliśmy - podkreśla ks. Jarosław.
![]() |
| Ksiądz Jarosław Słowy mówił, że zimy kazachskie są zimne i ze srogimi mrozami, zwłaszcza na północy kraju. Wiatry usypują wówczas wielometrowe zaspy i uniemożliwiają poruszanie się po bezkresnych równinach. fot. ks. Jarosław Słowy |
Kazachowie, jak dodał, nauczyli go, że najeść można się też łyżeczką, nie trzeba łyżką. W parafii miał około 12 narodowości, m.in. Koreańczycy, Białorusini. Czym się tam handluje? Otóż naczyniami do plucia, bo Kazachowie kochają pluć nasiona słonecznika. Słonym serem, który pozwala przeżyć w dużej temperaturze pasterzom, skarpetami z psiej sierści, baraniną i koniną. Podstawą posiłków jest konina, zawsze świeża i smaczna. Używana jest ona do wykonania tradycyjnej narodowej potrawy, którą jest besz-barmak. Ks. Jarosław opowiada, że na cieście makaronowym kładzie się kopy koniny, całość na dużym, drewnianym talerzu. Polewają to szurpą, czyli zupą z koniny. Bierze się to na ręce w 5 palców, zawija się w kopertkę i się ciumka. Jak mają szczególnego gościa, a takim gościem był ks. Jarosław, dają do spożycia zupę z baraniny - I to by nie było nic takiego, lecz na dnie pływa oko baranie. Dla nich jest to największym luksusem. I nie można tam dyskutować i się to jak grzybka łyka. Ja przez kolejny tydzień miałem wrażenie, że ktoś na mnie gdzieś tam od środka patrzy. Już nigdy nie chciałem, by mnie traktowali, jak szczególnego gościa - wspomina proboszcz kwieciszewskiej parafii.
Jako pamiątkę z Kazachstanu przywiózł bicz pasterski zrobiony z kija. Jest ładnie ozdobiony skórą, srebrem i inkrustowany kamieniami. - Tam się szanuje instrument pracy. To jest ich matka karmiąca i dlatego tak to ozdabiają, aby pokazać jak szanują pracę. Zakończony jest rzemieniem z jelit krowich.
Przywiózł jeszcze czapeczki zwane tiubietiejki, inaczej krymki lub jarmułki, czyli małe, okrągłe czapki z tkanymi wzorami noszone przez wiele ludów Azji Centralnej, ręcznie robione i ozdabiane. - One przypominają jurty, czyli domy. Ma to oznaczać: nosisz dom na głowie. Tu chodzi o to, abyś pamiętał, że należysz do domu - mówi ks. Jarosław.
Kończąc swoją opowieść, podkreśla, że to co nam opowiedział, to jest to zaledwie mała kropelka, o której można wspomnieć. Dziś mówi, że dziękuje Panu Bogu za ten czas. - Poza tym ja cały czas zastanawiałem się, co ja mogę dać misji. A okazało się, że to ja wszystko otrzymałem od misji. Pan Bóg dał mi o wiele więcej, niż mogłem sobie wyobrazić - podsumowuje.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska 1401 (51/2018)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze