Karmiąc łabędzie, wpadła do jeziora
Cudem uniknęła śmierci
86-letnia mogilnianka miała szczęście, że niedaleko na ławce siedzieli dwaj mężczyźni. Z pomocą trzeciego przechodnia wyciągnęli ją z wody.
Wpadając do wody Stanisława Wojszcz musiała mocno uderzyć się o kołki wzmacniające brzeg jeziora. Ma strasznie zbitą rękę i siniaki na plecach. Feralnego dnia miała na sobie dokładnie te same rzeczy co na zdjęciu To zdarzenie powinno być przestrogą dla wszystkich. Bez względu na wiek. Trwające prace drogowe przy modernizacji parkowych alejek w Mogilnie uniemożliwiają dokarmianie łabędzi i kaczek z mostku nad Panną. Barierka na mostku chroniła skutecznie przed wpadnięciem do wody. Teraz mieszkańcy podchodzą do jeziora od strony brzegów. Rzucając pokarm łatwo się poślizgnąć i wpaść do wody.
Stanisława Wojszcz przeżyła historię mrożącą krew w żyłach. Ma 86 lat i porusza się z pomocą dwóch kul. Uwielbia dokarmiać wodne ptactwo. Nad jezioro idzie wtedy, gdy w domu uzbiera więcej chleba.
9 września - jak co dzień - uczestniczyła we mszy św. w domu ks. radcy Edmunda Radomskiego. - Podczas mszy zawsze czytam Słowo Boże - opowiada. Mogilnianka często dokarmia łabędzie i kaczki z mostku.
- Na mostku są barierki, czuję się bezpieczna - mówi. Tym razem nie mogła pójść na mostek, bo trwa remont alejek spacerowych wokół jeziora.
Zauważyła, że w okolicach przycumowanej barki na brzegu jest małe wzniesienie. Dostęp do tego miejsca był łatwy, gdyż kilka dni temu wycięto stare pochylone drzewo. Został tylko pieniek.
Drzewo wycięto, gdyż pobiegnie tamtędy wybrukowana alejka parkowa. Podczas dokarmiania upadły jej dwie kromki chleba na trawę. Schyliła się, by je podnieść. Wtedy straciła równowagę i wpadła do wody. - Do tej pory nie wiem, jak to się stało. Byłam cała zanurzona. Krzyknęłam tylko „Jezus Maria”. I potem mocno płakałam. Czułam, że zginę, bo nie potrafię pływać - opowiada trzęsącym się głosem.
Zdarzenie widziało dwóch mężczyzn siedzących na parkowej ławce. Szybko pobiegli do tonącej kobiety i chwycili ją za ręce.
- Nie mogli sobie ze mną poradzić. Cała nasiąknęłam wodą, podobnie jak moja torba. Do tego przy brzegu wbite są pale. Jeden z panów był bardzo szczupły i słyszałam, jak mówił do kolegi, że nie ma siły, bo go krzyż boli. Mimo to przez cały czas trzymali mnie za ręce. Cały czas byłam przytomna. Nie robiłam gwałtownych ruchów. Pozwoliłam się prowadzić - opowiada. Na szczęście podbiegł do nich jeszcze jeden mężczyzna. W trójkę udało im się panią Stanisławę wyciągnąć na brzeg. - Gdyby nie przytomność umysłu i odwaga tych panów, już bym odpłynęła - wzdycha głęboko.
Mężczyźni podali kobiecie kule i zaprowadzili na ławkę. - Byłam w szoku, ale czułam się dobrze. Nie myślałam, żeby iść na pogotowie - mówi. Mężczyźni nie zostawili starszej pani samej. Chcieli przynajmniej zawieźć ją do domu, bo w tym wieku przebywanie w wodzie mogło mieć tragiczne następstwa. Musiała błyskawicznie się przebrać i napić czegoś gorącego albo wejść pod kołdrę. Jeden z mężczyzn pobiegł na postój przy dworcu PKP, ale żadnej taksówki nie było. Jeden z mężczyzn postanowił odprowadzić ją do domu.
- Jak szliśmy przez miasto, wszyscy się za mną oglądali. Byłam cała mokra, brudna i poobijana. Ale żywa. Nikt przecież nie wiedział, że wyglądam tak, bo przed chwilą się topiłam - dodaje żartobliwie.
Stanisława Wojszcz mieszka sama. Syn z rodziną mieszka w Gnieźnie, a inni członkowie rodziny rozsiani są po różnych zakątkach Polski, m.in. w Gdańsku, Wrocławiu, Szczecinie. Na miejscu kobiecie pomogła sąsiadka Bronisława Pilarska. Zdjęła z niej mokre i brudne ubranie, zrobiła gorącą herbatę i przyniosła obiad. - Naprawdę dobrych mam sąsiadów - zamyśla się na chwilę.
Gdy ochłonęła, zauważyła, że zgubiła swoje najlepsze okulary. Dwa dni później wróciła na brzeg jeziora z wnukiem znajomej: - Grabiami sprawdzał w wodzie, czy gdzieś się nie zaczepiły. Było jednak zbyt głęboko. Przestraszyłam się, że jeszcze on wpadnie.
- Gdyby nie pomoc tych panów, to po prostu zniknęłabym pod wodą. Zostałyby po mnie tylko kule na brzegu. Do dziś nie mogę dojść do siebie. To jest nie do opisania - mówi. Chciałaby im bardzo podziękować za to, że uratowali jej życie. Nie zna jednak ich nazwisk: - Nie miałam głowy, żeby o to ich pytać. Pamięta tylko, że byli w średnim wieku.
Ks. Radomski, jak tylko usłyszał o zdarzeniu, kolejne nabożeństwo odprawił w intencji cudownego ocalenia sąsiadki. Pani Stanisława cieszy się, że wyszła cało z tej przygody: - Wkrótce przecież mam zostać prababcią.
Joanna Świetnicka
Pałuki i Ziemia mogileńska nr 918 (27/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze