Reklama

Głucha Puszcza - oaza podziemia

Solidarność na ziemi mogileńskiej w latach 80.
    Głucha Puszcza - oaza podziemia
    Lech Tomaszewski pamięta, że psy Stanisława Pijanowskiego były zgrupowane w trzech sforach: - Pierwsza to była świta, czyli psy, które przebywały bezpośrednio przy gospodarzu, i to było 5 do 7 sztuk. Potem był dwór, to jakieś 10 do 15 psów biegających po pokojach, a reszta na dworze. Esbecy nie mieli szans dotrzeć do potajemnie spotykających się osób w Głuchej Puszczy.

   W APTECE
    Działacze Solidarności ze Strzelna oraz z Kujaw w okresie stanu wojennego nie zaprzestali swojej działalności. Spotykali się potajemnie i rozmawiali o sprawach Ojczyzny. Po wprowadzeniu stanu wojennego, apteka, którą prowadził Jan Harasimowicz na strzeleńskim Rynku, była miejscem względnie bezpiecznym dla opozycjonistów. Dziś jednak mówią, iż cały czas mieli tę świadomość, że w aptece jest dużo półek i zakamarków, gdzie można było łatwo zamontować podsłuch. Działacze Solidarności mieli także kilka informacji o próbach penetrowania apteki przez Służbę Bezpieczeństwa i obawiali się, czy jest ona całkowicie czysta i bezpieczna. Wielokrotnie to jednak sprawdzali i nigdy nie wpadli na trop założonych podsłuchów.
    ŚWITA PSÓW
    Jednak, żeby mieć 100% pewność, działacze opozycyjni znaleźli dla siebie miejsce spotkań w Muzeum Regionalnym Stanisława Pijanowskiego, w Głuchej Puszczy niedaleko Orchowa.
Jak mówi Lech Tomaszewski ze Strzelna, była to w tych ciężkich czasach jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego oaza niepodległości, polskości ze względu na osobę kustosza Stanisława Pijanowskiego, który jest wspaniałym mówcą i posiada rozległą wiedzę. Dodatkowym atutem było bezpieczeństwo. Tym zabezpieczeniem było 50 czy nawet 70 - bo nikt nie policzył dokładnie - psów. Przy czym psy były zgrupowane w trzech sforach. - Pierwsza to była świta, czyli psy, które przebywały bezpośrednio przy gospodarzu, i to było 5 do 7 sztuk. Potem był dwór, to jakieś 10 do 15 psów biegających po pokojach, a reszta na dworze. No więc w momencie, kiedy my tam zjeżdżaliśmy - ja z Januszem Harasimowiczem, Zbyszkiem Tyszko, z ks. Tomaszem Petą, czy z przedstawicielami „Solidarności” podziemnej mogliśmy się lepiej i bezpieczniej czuć niż pieniądze w banku. Bo nie wiem, czy jakikolwiek esbek odważyłby się na próbę podejścia, w sytuacji, gdy pilnuje nas taka ilość psów - opowiada Lech Tomaszewski.
    KLIMAT MUZEUM
    Samo muzeum miało niepowtarzalny klimat. Na ścianach wisiały flagi narodowe i orły - wszystko to, co świadczy o polskiej historii, i o tym, co najlepsze z tej historii.

    To tam właśnie odbywały się tajne spotkania strzeleńskich działaczy Solidarności. - Były to spotkania, gdzie knuliśmy przeciwko czerwonym i planowane były pewne akcje, omawiane pewne posunięcia, czy w ogóle wydarzenia w kraju. Tym bardziej, że rady kustosza Stanisława były nieocenione - mówi nasz rozmówca. Lech Tomaszewski wskazuje, że potrafił on zwracać uwagę na te aspekty, których przyjeżdżający do niego działacze w danym momencie nie brali pod uwagę. Przestrzegał ich także przed zbyt pochopnym działaniem. Było to miejsce, gdzie przyjeżdżały także wycieczki. - W tym czasie - można by tak powiedzieć - było to prawie jedyne legalne muzeum „Solidarności” w naszym regionie - mówi Lech Tomaszewski. W Głuchej Puszczy znajdowały się znaczki Solidarności i różnego rodzaju wydawnictwa, szczególnie Polski podziemnej. Strzeleńscy działacze wraz z kustoszem starali się, aby każdy jeden egzemplarz, może nie bezpośrednio każdego wydawnictwa, znaczki, gazety podziemne, żeby znajdowały się w Głuchej Puszczy. 
Dla młodzieży, wycieczek szkolnych, które w tym czasie przyjeżdżały zwiedzać muzeum, to co tam zobaczyli było szokiem. - Bo co innego widziały i słyszały w telewizji i na lekcjach w szkole, a w Głuchej Puszczy dowiadywały się prawdy. Dowiadywały się o Katyniu, o rządzie londyńskim. Dowiadywały się prawdy o rozbiorach, o „Solidarności”. Miały też okazję obejrzeć znaczki solidarnościowe i zostawiać swoje tarcze szkolne. Cała jedna ściana w muzeum jest wyeksponowana tarczami.

Reklama

    BYLI W GŁUCHEJ PUSZCZY
    Z opowieści naszego rozmówcy wynika, że w Głuchej Puszczy odbyło się kilka spotkań. Gośćmi byli m. in. niezależny poeta z Gdańska Stanisław Szczuka, czy aktorka i działaczka Solidarności Halina Mikołajska. Częstym gościem był także Jan Rulewski i Roman Bartoszcze, który wcześniej bywał już w muzeum Stanisława Pijanowskiego z Piotrem Bartoszcze i z żoną. Bywał tam dosyć często obecny arcybiskup Kazachstanu ks. Tomasz Peta oraz nauczyciel Zbyszek Tyszko.
    KIPISZ ZOMO
    Jednak i muzeum nie uchroniło się od rewizji. Funkcjonariusze ZOMO zrobili kipisz w zbiorach Stanisława Pijanowskiego. - Ja wtedy straciłem książki, dokumenty. Najbardziej żałowałem, że w kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego, a przed moim wyjazdem do Katowic i Krakowa, zjawiła się u mnie była repatriantka - sybiraczka. Ona przyniosła do zreprodukowania dokumenty, które udało jej się wywieźć. Były wśród nich zaświadczenia NKWD, że jest osobą II kategorii w Związku Sowieckim. Pisma o paszportyzacji czyli obowiązkowego nadawania obywatelstwa. W ogóle były to dokumenty, które rzadko komu udało się przemycić, a jej się to udało - opowiada strzeleński działacz Solidarności.
     URATOWAŁ DOKUMENTY
    Gdy zaczął się stan wojenny Lech Tomaszewski najbardziej żałował tylko jednego, że przepadły w Zarządzie Regionu różne dokumenty. Potem jednak okazało się, że wcale nie przepadły. - Byłem wielce zaskoczony, gdy po którymś tam pobycie w Głuchej Puszczy Stanisław pokazał mi teczkę, w której znajdowały się oryginały tych dokumentów, wśród nich dokumenty delegata Janka Rulewskiego i szereg innych, które ja uważałem za stracone - ciągnie dalej swoją opowieść Lech Tomaszewski. Okazuje się, że Stanisław Pijanowski znalazł dojście do jednej osoby, która była przy ewakuowaniu, tzn. przy wynoszeniu przez ówczesne władze dokumentów z siedziby Zarządu Regionu, m.in. z biurka Jana Rulewskiego, a także z biurka Lecha Tomaszewskiego i innych działaczy. Te dokumenty miały zostać zniszczone w kotłowni Urzędu Wojewódzkiego.  Znalazła się jednak osoba, a był to strzelnianin (nie ujawniamy jeszcze dziś jego nazwiska), która jakimś sposobem, przehandlowała te dokumenty z kustoszem muzeum w Głuchej Puszczy za coś ze zbiorów, które znajdowały się w posiadaniu Stanisława Pijanowskiego. I tym sposobem dokumenty te zostały uratowane. - Można powiedzieć, że wielka chwała Stasiowi Pijanowskiemu, za to, że poświęcił nie wnikamy jaką książkę za te dokumenty. Te dokumenty są zachowane do dziś i Janek Rulewski do dzisiaj się o nie też nie upomniał. Chociażby o swój mandat - mówi Lech Tomaszewski.

    SZTANDAR LUDOWCÓW
    Warto tutaj przypomnieć informację zamieszczoną w artykule dotyczącym okresu stanu wojennego na terenie Strzelna w 50 nr. Pałuk z 2008 r., kiedy to Lech Tomaszewski i Jan Harasimowicz wspominali, że szef gminnej Solidarności Rolniczej Włodzimierz Wdowiak ze Strzelna Klasztornego przechowywał przedwojenny sztandar PSL, który przechodził w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie. Okazuje się, że najpierw przechowywał go jego ojciec. Sztandar ten był nieustannie poszukiwany przez SB.
    W stanie wojennym, aby szczególnie go uchronić, oazą dla tego sztandaru stała się Głucha Puszcza i tam przetrwał stan wojenny, po to, żeby dzisiaj mógł zaszczycić już oficjalnie dobytek nowego PSL. - Włodek oczywiście w związku z tym bardzo dużo przeżył. Nieustannie narażony był na inwigilację, przeszukania, rewizje, represje i wszystko w jaki tylko sposób można było prześladować człowieka. Nieustannie musiał pilnować się przed agenturą - wspomina Lech Tomaszewski.
    W Głuchej Puszczy bywał także Tadeusz Mateńko, rolnik z Książa (gm. Strzelno). - Stary żołnierz AK, wypróbowany i nieufny wobec wszystkiego i wszystkich co tylko zbliżyło się lub otarło o kolor czerwony. Z jego rad i doświadczeń myśmy wszyscy korzystali w pełni. Uczestniczył zresztą we wszystkich naszych akcjach zarówno w wyjazdach do miejsc pamięci narodowej typu Niepokalanów, cmentarz na Powązkach i odprawiane tam msze za Ojczyznę. Nie szczędził także datków na działalność podziemną „Solidarności” - dowiadujemy się od naszego rozmówcy.
Bywał także w muzeum pułkownik AK Wiktor Radzicz, działający na Kresach, który przekazywał strzeleńskim działaczom bardzo dużo informacji i pokazał, jak można się jeszcze bardziej zakonspirować, żeby uniknąć jakichkolwiek kłopotów i wpadek.
    ZDJĘCIA PO TAJNYM OKRESIE
    - Ubolewać tylko można nad jednym, że z tego tajnego okresu nie mamy zdjęć, bo nikt nie będzie sobie kręcił bata na tyłek. Mogło być przecież różnie, bo do Głuchej Puszczy się zajechało, ale z Głuchej Puszczy trzeba było wrócić - opowiada Lech Tomaszewski.
    Zdjęcia ze spotkań, jakie posiadają strzeleńscy działacze Solidarności pochodzą z 1984 r. Pewne rzeczy Lech Tomaszewski ma do dzisiaj jeszcze nie obrobione. - Mam całą masę zdjęć zrobionych w stanie wojennym, wywołane na kliszę i schowane. Odbitek jeszcze nie robiłem. Teraz prawdopodobnie zajmę się nimi. Ja miałem jedną zasadę. Nie ufałem do końca, stosowaliśmy zasadę, że tylko ten kto nie wie ten nie wyklepie - mówi Tomaszewski.
    PRZYJACIELE GŁUCHEJ PUSZCZY
    Do Głuchej Puszczy solidarnościowcy zawsze mieli wstęp 24 godziny na dobę. Stanisław Pijanowski - jak się dowiadujemy od naszego rozmówcy - do dzisiaj jest nieufny i dlatego wycieczki przyjmuje tylko za uprzednim powiadomieniem. Natomiast telefon od Jana Harasimowicza lub Lecha Tomaszewskiego był już przepustką otwierającą drzwi obojętnie, co by się miało stać.
    Zresztą do dzisiaj starają się oni podtrzymywać kontakt z Głuchą Puszczą i jej kustoszem Stanisławem Pijanowskim. - Dziś rozgoryczenie Stanisława Pijanowskiego jest troszeczkę uzasadnione. Niestety, nie przewidział, że jak wcześniej na naszym terenie Głucha Puszcza była takim centrum solidarnościowo-niepodległościowym, tak po odzyskaniu tej niepodległości troszeczkę się zmieniło - mówi Lech Tomaszewski. Coraz mniej przyjeżdża tam ludzi nawet tych, którzy kiedyś szukali rady i spokoju. W tej chwili pozostała niewielka grupa pod nazwą Klub Przyjaciół Głuchej Puszczy i jego Kustosza. Tak nazywają ją strzeleńscy solidarnościowi działacze.
    - To tak, jak spotykający się w strzeleńskiej aptece nosili nazwę „Klub Starych Aptekarzy” - mówi Lech Tomaszewski. Spotkania w Głuchej Puszczy odbywały się regularnie do zwołanych obrad Okrągłego Stołu. - My wszyscy uważaliśmy, że należało jeszcze przeczekać i nie siadać do rozmów - mówi Tomaszewski.
    Od samego początku do dnia dzisiejszego Stanisław Pijanowski utrzymuje muzeum z własnych środków, nie otrzymuje żadnych dotacji i częściowo, jak opowiada nasz rozmówca, na to narzeka. Jak Orchowo i Głucha Puszcza była w granicach woj. bydgoskiego to częściej kustosz otrzymywał jakieś środki, a w tej chwili tam nie ma żadnych dotacji. - Tak, że właściwie to nie zmieniło się nic.  Szkoda, że nie powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Głuchej Puszczy. Chcieliśmy, żeby może opracować statut i powołać taką fundację czy stowarzyszenie, która kiedyś by przejęła i sprawiła, żeby po prostu te zbiory nie zostały kiedyś rozkradzione lub zmarnowane. My jako starzy przyjaciele chcemy, aby te wszystkie pamiątki przetrwały w Głuchej Puszczy jak najdłużej i zdajemy sobie doskonale sprawę, że osoba Stasia Pijanowskiego jest nie do zastąpienia - kończy rozmowę Lech Tomaszewski.

Reklama

Magdalena Lachowicz

Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 883 (2/2009)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości