Na poddaszu kamienicy było pół metra odchodów
Gołębie wygnane ze strychu
Obawiali się, że przegniją im stropy od ptasich odchodów. Smród stawał się już nie do wytrzymania. Jedna z mieszkanek zaczęła chorować na alergię. W kamienicy pojawiła się łasica. Mieszkańcy mieli już tego dosyć.
Ten gołąb jest najbardziej wytrwały. Nie ma dnia, żeby nie próbował wejść w miejsce, które do niedawna było jego domem. Gołębie na stałe związały swe życie z ludźmi mieszkającymi w mieście. Ptaki te stanowią problem prawie we wszystkich miastach świata i wiele miast poświęca duże fundusze na regulację liczebności tych ptaków oraz odstraszanie ich z miejsc, w których są niepożądane.
Problemy spowodowane obecnością gołębi mieli także mieszkańcy kamienicy przy ul. Gimnazjalnej 10 w Strzelnie. Zagnieździły się one na strychu oficyny. Miały po dachem dwa otwory, przez które wchodziły na strych. Jak mówi obrońca zwierząt Lidia Białecka, gołębie w tej kamienicy mieszkały od zawsze. We wtorek ubiegłego tygodnia zdenerwowana zadzwoniła do naszej redakcji. Mówiła, że sąsiad wygonił wszystkie ptaki. Na domiar złego zrobił to bez koniecznego zezwolenia. - To jest stary budynek i gołębie mieszkały w nim od zawsze. Na pewno ponad 50 lat i nikomu do tej pory nie zawadzały. Nie wiem, że nagle zaczęły mu przeszkadzać. Pomimo że mieszka w drugim budynku, wszedł na górę i dziury pozatykał. Gołębi domu pozbawił - wyraźnie przejęta mówiła Lidia Białecka. Twierdziła, że sąsiad powyganiał nawet te młode, które nie umiały jeszcze latać. Dwa z nich miały siedzieć na ulicy. - Wzięłam i położyłam na dach, bo nie mam możliwości wziąć ich do domu, bo mam dwa koty. Rano jak przyszłam już same pióra leżały, pewno jakiś kot je upolował. I nikt nie sprawdzi, czy jakieś tam gołębie nie zostały jeszcze w środku, czy on je wszystkie wygonił - dodaje.
Pani Lidia twierdzi, że była w gminie i pytała, czy sąsiad mógł sam na własną rękę zamknąć otwory w ścianie budynku. - Gdybym tam mieszkała, to sama bym weszła i odetkała te dziury, ale teraz to ja tam obca jestem i nie mogę nic zrobić. Nie wiem, ale te gołębie tak na zimę wygnane, to jest bezduszność z ich strony - mówiła Lidia Białecka. Sprawę zaraz zgłosiła także w Straży Miejskiej.
16 września budynek kontrolowali komendant Paweł Namieśnik wraz z podinspektorem do spraw administracji budynków komunalnych Sylwią Kowalską. Ustalili, że w oficynie na nieużytkowym strychu, gdzie wejście jest zamurowane, rozmnożyło się dzikie stado gołębi, a lokatorzy nie zgłosili tego do urzędu i na własną rękę się ich pozbyli. Odchody, które się tam znajdowały, zaczęły śmierdzieć, a zapach przechodził przez stropy budynku.
Zdaniem lokatorów mieszkających w kamienicy, Sławomir Kwiatkowski postanowił zrobić z tym porządek. 12 września od rana przez cały dzień wspólnie z wynajętym pracownikiem wyganiali gołębie. - Mąż wszedł na dach i z pracownikiem otworzyli właz, aby się do środka dostać, bo tam innego wejścia nie ma. Jak weszli do środka, to było tam z pół metra odchodów. Cały dzień je stamtąd usuwali - opowiada Violetta Kwiatkowska.
Decyzję o wypłoszeniu gołębi państwo Kwiatkowscy przy aprobacie innych lokatorów podjęli po nocy, kiedy w domu panią Violettę zaatakowała łasica. - W nocy, jak sobie spałam, wskoczyła na mnie. Tak się wystraszyłam, że już spać nie mogłam Narobiłam przy tym tyle krzyku, że pobudziłam domowników. Później całą noc spędziliśmy na korytarzu. Jak mnie zaatakowała, to byłam tak rozhisteryzowana, że trzy dni do siebie dochodziłam. Z początku mieszkańcy Gimnazjalnej myśleli, że do mieszkania wszedł szczur. Dopiero po śladach, które zostawiła przy oknie, w Internecie wyszukaliśmy informacji i stwierdziliśmy, że to łasica była - mówi Violetta Kwiatkowska.
Mówi, że całe lato czekali, aby w końcu wygonić gołębie. Musieli przeczekać aż się okres ochronny skończy. - Z całą pewnością nie został tam żaden gołąb. W każdej chwili można tam zajrzeć, czy jakiś gołąb tam nie został - dodaje Violetta Kwiatkowska. Dodatkowym powodem decyzji o wygonieniu gołębi był fakt, że cała rodzina Kwiatkowskich przez całe lato cierpiała na alergię. - Nabiegaliśmy się po lekarzach. Z początku nie kojarzyliśmy tego z gołębiami. Dopiero koleżanki w pracy skojarzyły, że powodem mogą być te nieszczęsne gołębie. Skończyło się na wziewach i lekach - opowiada Violetta Kwiatkowska.
Po wypłoszeniu gołębi Sławomir Kwiatkowski wysypał miejsce po ptakach zakupionymi 2 workami wapna, aby je zneutralizować. Mieszkańcy kamienicy zgodni są co do tego, że ptaki były bardzo uciążliwe. Twierdzą, że dopóki było gołębi 10 wszystko było w porządku i nikomu nic nie przeszkadzało. Jednak w tym roku - jak mówią mieszkańcy - ptaki niezwykle rozmnożyły się. - Było ich chyba ze 100. Dosłownie zatrzęsienie. A nie były to gołębie hodowlane, bo nie miały obrączek. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten uciążliwy smród ich odchodów - mówią lokatorzy kamienicy.
Komendant Straży Miejskiej potwierdza, że w pomieszczeniu nie został żaden gołąb. - Wiemy, że nie było żadnego mordu, że żaden z gołębi nie ucierpiał. Przeprowadziłem tylko rozmowę z mieszkańcami, żeby w przyszłości żadnych prac związanych z zabezpieczeniem jakiś włazów nie przeprowadzali na własną rękę, bo to jest jednak miejski budynek. Nie powinno się w budynkach gminnych nic robić na własną rękę. W tym przypadku nikt nie został ukarany, ponieważ nie stwierdzono poważnych uchybień - powiedział Paweł Namieśnik.
Odmiennego zdania jest hodowca gołębi Antoni Chudziński, który uważa, że nie powinno się w ten sposób wyganiać ptaków. Jego zdaniem, lepszym rozwiązaniem byłoby wyłapanie ptaków. - One są teraz skazane na bezdomność. Dopóki jeszcze jest ciepło, to one gdzieś na polu sobie jedzenie znajdą, ale jak będzie zimno i nie będą miały schronienia, to one zginą z zimna i głodu. Bardzo nieładnie zrobiono. Ja hoduję gołębie od 1985 r. i należę do związku hodowców i znam gołębie - powiedział Antoni Chudziński. Gołąb zdaniem pana Chudzińskiego przyzwyczaja się do miejsca, w którym ma gniazdo. Do nowego miejsca gołąb musi się przyzwyczajać bardzo długo i raczej gołębie same sobie miejsca tak szybko nie znajdą.
Prawie wszyscy lokatorzy kamienicy zgodni są co do tego, że gołębie trzeba było z tego miejsca usunąć. Romana Bartecka twierdzi nawet, że wielokrotnie zgłaszała problem gołębi w Urzędzie Miejskim. - Ja mam 3,15 metra wysokie mieszkanie i do tego dachu niewiele mi brakuje. Gdy robiłam remont w łazience, powiedziałam w Urzędzie, że jak sufit przegnije od odchodów gołębich i wpadnie mi do mieszkania, to oni będą mi remontować. Wówczas pomoc Urzędu polegała jedynie na obietnicach. Minęło trochę czasu i stało się to po prostu nie do zniesienia. Gdy nie zamknęłam okna od łazienki, to smród miałam dosłownie w całym mieszkaniu. Proszę pani, przecież nikt tutaj tych gołębi nie zabił. A jeżeli Lidia Białecka jest już takim „animalsem”, to zanim po panią zadzwoniła, mogła spytać się, jak było dokładnie - stwierdziła Romana Bartecka.
Lokatorzy twierdzą także, że gołębie musiały znaleźć sobie już nowe lokum, ponieważ nie przylatują już w stare miejsce. Wierne pozostały tylko dwa, które cały czas próbują wejść na stare miejsce i krążą wokół zakratowanych otworów.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 919 (38/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze