Reklama

Jak światło stało się pasją życia Alberta Michelsona

Chodząc do szkoły w San Francisco Albert Michelson na cześć zastrzelonego prezydenta Ameryki Lincolna przyjął na drugie imię Abraham. W wieku 24 lat po raz pierwszy ożenił się z Margaret Heminway. Osiągał świetne wyniki w grze na skrzypcach. W szkołach średnich, później w Marynarce Wojennej uprawiał boks, szermierkę, dużo malował. Przypadek zdecydował, że takie pojęcia jak fizyka, akustyka, światło stały się najważniejsze w jego życiu.

    SKLEP DLA POSZUKIWACZY ZŁOTA
    Kiedy James W. Marshall w 1848 r. znalazł pierwszą grudkę złota w wiosce Coloma, ruch w kierunku Kalifornii bardzo się nasilił. Z całego świata w te strony wędrowali obieżyświaty w nadziei znalezienia tam  nowego lepszego życia. Tym bardziej, że wielu rzeczywiście się powiodło i z dnia na dzień stali się bogaczami. Wzbogacali się nie tylko ci, co znaleźli złoto, ale i ci, którzy dostarczali niezbędnego sprzętu górniczego poszukiwaczom. Sława tych szczęśliwców szybko roznosiła się po świecie, a ich przykłady działały na wyobraźnię wielu ludzi. Wizja szybkiego dorobienia się była większa niż zagrożenia, niewygody lub inne przeciwności losu.
    Samuel Michelson ze Strzelna jako człowiek praktyczny doskonale zdawał sobie sprawę, że tym licznie przybywającym górnikom potrzebne są materiały do poszukiwań, takie jak: łopaty, sita, kilofy, drut, liny, młoty, gwoździe i tym podobne narzędzia, a także wszelkie materiały potrzebne do normalnego życia, i w tym właśnie  upatrywał swoją szansę. Marzył sobie, że w pobliżu jednej z osad górniczych założy sklep z tymi właśnie materiałami i w ten sposób zapewni dostatnie życie swojej rodzinie. Wiedział, że w tym jest dobry. Uważał zatem, że ryzyko jest niewielkie. Wystarczyło tylko dostać się z tymi artykułami w pobliże kalifornijskich złotonośnych złóż. Kiedy dotarli do San Francisco, pozostał im jeszcze do pokonania ostatni odcinek podróży lądem w kierunku wschodnim do obozu Murphy,ego, miejscowości usytuowanej u podnóża Sierra Nevada w hrabstwie Calaveras. Jak tylko udało im się znaleźć wolne miejsce w dyliżansie, natychmiast załadowali swoje towary i udali się w dalszą podróż. Obóz Murphy,ego nazywany także odkrywką Murphy,ego powstał w 1848 r., początkowo jako placówka handlowa dla miejscowych Indian. To tam John i Dawid Murphy jako pierwsi zaczęli przy pomocy miejscowych Indian przepłukiwać piasek w miejscowym strumieniu i w ciągu jednego roku zarobili podobno dwa miliony dolarów, które otrzymali za wydobyte tam złoto. Ich sukces finansowy działał jak magnes, powodując gwałtowny rozkwit gospodarczy tej początkowo małej osady, i kiedy w 1856 r. dotarli do niej Michelsonowie była już tętniącą życiem dużą osadą górniczą. Samuel Michelson i jego rodzina zostali serdecznie powitani przez Meyerów i przy ich pomocy urządzili mały sklepik z niezbędnymi artykułami górniczymi, dzięki czemu zapewnili sobie niezbędne środki do życia.
    Początkowo życie w osadzie Murphy,ego wyglądało bardzo surowo, a wszystko toczyło się wokół szukania złota, które stanowiło bramę do lepszego życia. Osada, w której przyszło im żyć, należała do najbogatszych złóż złota w tamtym czasie i w tamtym rejonie. Co chwila wśród poszukiwaczy wybuchała radość ze znalezienia większej porcji złota, atmosfera była bardzo podniecająca, wyolbrzymiana opowieściami o coraz większych fortunach. Każdy poszukiwacz dysponował niewielką działką, stąd często wybuchały tam sprzeczki między sąsiadami, które niestety najczęściej rozstrzygano albo przy pomocy pięści, nierzadko noży, a bardzo często przy pomocy pistoletów. Najbezpieczniej po zmroku było w zamkniętym na cztery spusty domu, bo jak nie toczono sporów o działki lub inne sporne dobra, to mężczyźni po ciężkiej pracy na działce wieczory spędzali przy hazardzie mocno zakrapianym alkoholem, co kończyło się karczemnymi awanturami przerywanymi wystrzałami z pistoletów. W takiej to atmosferze Michelsonowie spędzili pierwszy rok o obozie Murphy,ego w całkowicie nowym dla nich świecie.  
    Przez miejscowość przewijały się tabuny obieżyświatów, którzy mieszali się z tymi, co zdążyli już zapuścić tutaj korzenie i ustabilizować nieco swoje życie. Oprócz częstych bijatyk w Murphy odbywały się również i bardziej ponure sceny jak publiczne wieszanie bandytów w celu odstraszenia potencjalnych przestępców. W niedziele mieszkańcy korzystali ze spokojniejszych rozrywek, mogli bowiem wsiąść do dyliżansu odjeżdżającego spod hotelu mieszczącego się tuż obok domu Michelsonów i pojechać około 19 km od Murphy, by podziwiać znajdujące się tam gigantyczne sekwoje, które ściągały w te okolice ludzi z całego świata. Atrakcją dla mieszkańców był regularny ruch dyliżansu, który najczęściej przyjeżdżał do osady potwornie przeładowany zakurzonymi walizami i kuframi z kilkunastoma ludźmi w środku, a podczas odjazdu woźnica na koźle miał ogromny kłopot, aby powstrzymać mężczyzn od wspinania się na górę dyliżansu, i nie przeciążyć go nadmiarem ludzi i bagażu. Nie lada atrakcje mieli również, kiedy do nieopodal nich mieszkającego aptekarza dr Williama Jonesa przynoszono rannych w wyniku nieszczęśliwych wypadków np. przy pracy lub poszkodowanych w strzelaninie, aby wyjął im z ciała pistoletową kulę. W osadzie była też już szkoła, górnicy, najczęściej prości ludzie, mieli świadomość, że dzieci należy uczyć, aby w życiu miały lepiej niż oni, stąd mimo wielu pilnych zajęć wybudowali własnymi rękami szkołę i wyposażyli ją w niezbędne sprzęty, np. ławki do niej ręcznie wykonał miejscowy cieśla.
    ALBERT I SKRZYPCE
    Samuel Michelson był zajęty zabezpieczeniem materialnym rodziny, zatem obowiązek wychowania dzieci, oprócz wielu innych związanych z prowadzeniem domu, spadł na Rozalię. To ona sprawiła, że mały Albert zaczął uczyć się gry na skrzypcach u miejscowego skrzypka-górnika, chociaż był tak mały, że trudno było mu objąć małą rączką instrument, czy z odpowiednią siłą nacisnąć strunę. Albert ćwiczył z ogromnym zapałem i nabył tym samym umiejętność gry na skrzypcach na takim poziomie, że gra na tym instrumencie sprawiała mu radość już do końca życia. Rozalia od najmłodszych lat wpajała swoim dzieciom szacunek do innych ludzi, do pracy, zwracała im uwagę na wielką rolę jaką w życiu człowieka odgrywa literatura, muzyka, malarstwo, zwracała uwagę na  wszelkie piękno otaczającego ich świata. W wychowaniu dużo miejsca poświęcała na wpojenie dzieciom dobrych manier, aby mogły swobodnie się obracać wśród ludzi, nie narażając się na ich uwagi lub złośliwe docinki. Małego Alberta rodzice posłali do miejscowej szkoły.
    KONIEC WOJNY DOMOWEJ
    Kiedy dotarła do mieszkańców  wiadomość o poddaniu się wojsk Południa pod wodzą generała Lee i tym samym o zakończeniu wojny domowej, przyjęli to z ogromną ulgą i ogarnęła ich euforia, biły dzwony, grzmiały armaty, zabawom nie było końca i jak pisze D. Livinston Michelson całymi dniami nikt, nawet Samuel Michelson, nie był trzeźwy.
    RODZEŃSTWO
    Kiedy zaczęło się trochę lepiej powodzić Michelsonom, powiększała się też ich rodzina i tak w 1860 urodził się syn Benjamin, w 1861 r. Julia, w 1863 r. Bessie, w 1866 r. Mary A., w 1868 r. urodził się Charles L., a ostatnim dziewiątym dzieckiem, które urodziła Rozalia w 1870 r., była Miriam.
    DRUGIE IMIĘ NA CZEŚĆ LINCOLNA
    Kiedy Albert skończył 12 lat rodzice postanowili wysłać go na dalszą naukę do San Francisco, bo zdali sobie sprawę, że możliwości edukacyjne szkoły w Murphy już się skończyły, a uważali, że Alberta należało dalej kształcić. Decyzję posłania go do szkoły w San Francisco przyspieszył fakt, że do tego miasta przeprowadzali się Belle i Oscar Meyerowie wraz z synami, bowiem mieli dość życia w osadzie górniczej. Udał się z nimi Albert, zamieszkał u nich i od września 1864 r. stał się wraz z kuzynami na dwa lata uczniem Lincoln Grammar School. Będąc uczniem tej szkoły przeżył szok po śmiertelnym postrzeleniu 15 kwietnia 1865 r. w teatrze w Waszyngtonie ukochanego prezydenta  Abrahama Lincolna. Albert Michelson po zgodzie swoich rodziców przyjął jako drugie imię Abraham, jak wówczas wielu uczniów, na znak wielkiej miości do tego prezydenta.
    KIEROWNIK BRADLEY
    Po ukończeniu tej szkoły 18 sierpnia 1866  zapisał się do San Francisco Boys High School, mieszczącej się stosunkowo blisko zatoki. Od samego początku zrobił duże wrażenie na jej kierowniku Teodorze Bradleyu. Ten nie tylko pozwolił Albertowi, żeby zamieszkał w jego domu, ale jeszcze powierzył jego opiece pomoce naukowe znajdujące się w pracowni szkolnej, pozwolił mu je naprawiać i przygotowywać do szkolnych eksperymentów. Praca ta oprócz tego, że sprawiała naszemu bohaterowi dużą przyjemność, to przynosiła jeszcze wymierną korzyść materialną, bowiem za opiekę nad tymi przyrządami Bradley płacił Albertowi trzy dolary miesięcznie. To pan Bradley widząc ogromne zdolności naukowe u Alberta rozbudził w nim zamiłowanie do mechaniki i optyki, ale nie tylko. Wieczorami zachęcał go do doskonalenia gry na skrzypcach, a także nauczył go zasad boksowania, bowiem zauważył, że Albert w szkole czuje się osamotniony, nie ma przyjaciół, nie broni swojego honoru, jeżeli inni go znieważają. Mimo że był drobnej budowy ciała, to nauka boksu szła mu całkiem dobrze, bowiem miał wrodzoną szybkość i dobrą koordynację ruchu, a także bystrość i zdolność przewidywania.
    RODZICE JADĄ DO NEVADY
    Po pierwszym roku nauki, lato 1867 r. spędził w rodzinnym domu w Murphy, ale zastał niestety miasteczko powoli chylące się ku upadkowi, co było spowodowane odkryciem w 1859 r. złóż srebra w Comstock Lode, w niedalekiej Nevadzie. Prawie wszyscy poszukiwacze przenosili się stopniowo właśnie tam, szukać swojego szczęścia, a w Murphy zostawały po nich opuszczone domy, baraki, działki, porzucone zbędne narzędzia i puste szyby górnicze. W tak wyludnionym miejscu trudno było utrzymać wielodzietną rodzinę i Michelsonowie postanowili podążyć za tłumem poszukiwaczy w kierunku zasobnych w srebro gór. Samuel mając już 10-letnie doświadczenie w dostarczaniu niezbędnych materiałów poszukującym górnikom wszystkie swoje zasoby finansowe zamienił właśnie na takie towary i z  rodziną udał się na załadowanym ich dobytkiem wozie zaprzężonym w muła w kierunku Wirginii - srebrodajnego miasteczka.
    Atmosferę tamtych czasów w Wirginii pięknie opisała siostra Alberta - Miriam Michelson w powieści The Wonderlode of Silver and Gold. Do takiego kolorowego, pracowitego, trochę awanturniczego środowiska przyjechał Albert po skończeniu nauki w San Francisco na letnie miesiące roku 1869. Młody Michelson poznał dość dobrze środowisko górników, podziwiał ich pracę, a kręcąc się wśród nich z pasją  zbierał różnokolorowe minerały, ale raczej swojej przyszłości nie wyobrażał sobie w zawodzie górnika. Rozalia marzyła, żeby został lekarzem, ale ojciec jako mocno stąpający po ziemi realista wiedział, że będzie to niemożliwe z powodu braku odpowiednich środków finansowych. Nauka i utrzymanie np. w otwieranym właśnie Uniwersytecie Kalifornijskim wiązałyby się z ogromnymi kosztami, na które rodziny Michelsonów niestety nie było stać. Zarówno sam Albert jak i jego rodzice zdawali sobie sprawę, że mimo to powinien się dalej kształcić, utwierdzał ich w tym jego ostatni nauczyciel pan Bradley, który bardzo wysoko ocenił poziom posiadanej przez niego wiedzy.
    SZANSĄ MARYNARKA WOJENNA
    W tej sytuacji pozostała tylko jedna możliwość dalszej drogi życiowej, nauka w Akademii Marynarki Wojennej (United States Noval Academy) w Annapolis, bo tylko ona gwarantowała bardzo dobre wykształcenie, dawała możliwość błyskotliwej kariery, zapewniała szacunek studentowi i jego rodzinie w środowisku, pozwalała wreszcie odwdzięczyć się przybranej ojczyźnie, a co najważniejsze, gwarantowała wykształcenie bez ponoszenia kosztów, bowiem kadet dostawał środki potrzebne nie tylko do studiowania, ale także na niezbędne podróże i zakup ubioru od od stóp do głowy.
    Samuel Michelson wypatrzył na tablicy ogłoszeń list kongresmana ze stanu Nevada skierowany do chłopców w wieku od 14 do 18 lat zamieszkałych na terenie stanu Nevada, w którym informował, że odbędzie się w siedzibie władz miasta Wirginia egzamin, w wyniku którego zostanie wyłoniony jeden kandydat z tego stanu do nauki w Akademii Marynarki Wojennej. Oczywiście ojciec podzielił się tą wiadomością z całą rodziną i natychmiast przekazał ją Albertowi, uczącemu się jeszcze w San Francisco.
    10 czerwca 1869 r. wraz z innymi dziewięcioma kandydatami przystąpił do egzaminu z czytania, pisania, ortografii, arytmetyki, geografii i gramatyki języka angielskiego. Mimo że egzamin świetnie mu poszedł, nominację otrzymał syn weterana wojny domowej, na której ten utracił prawą rękę. Kongresman Fitch wybrał tego kandydata mimo stu trzydziestu listów i telegramów, jakie dostał, aby nominować do akademii Alberta A. Michelsona, a swoją decyzję motywował tym, że jego rodzice są zbyt biedni, aby go kształcić, to po pierwsze. Po drugie jego ojciec był kaleką i po trzecie wreszcie mocno za jego kandydaturą obstawał poprzednik kongresmana Fitcha.
    ALBERT JEDZIE DO PREZYDENTA
    Albert jednak nie rezygnował z ubiegania się o nominację i za namową rodziny i przyjaciół wybrał się do Waszyngtonu, aby tam osobiście wyjednać u prezydenta Granta dodatkową nominację na kadeta znanej akademii. Mając niecałe 17 lat wybrał się w tę bardzo trudną i niebezpieczną podróż bez pewności, że coś wskóra u prezydenta. Wyruszył w tę podróż zaopatrzony w listy polecające, wspomniany już list od kierownika szkoły pana T. Bradleya, który napisał, że Albert uzyskał dyplom z odznaczeniem i przejawiał wielką skłonność do badań naukowych. Dał mu też list kongresman T. Fitcha, w którym scharakteryzował Alberta jako pilnego, lojalnego, pracowitego i nieprzeciętnie zdolnego. Nasz bohater był jednym z pierwszych pasażerów transkontynentalnej kolei, która dopiero od miesiąca, kursowała na tej trasie i wcale nie należała do bardzo bezpiecznych, bowiem groził np. takiemu pociągowi gwałtowny atak Indian lub bezwzględnych bandytów, dlatego strzegli go uzbrojeni, ustawieni w każdym wagonie, strażnicy. Z okien wagonu mógł okiem rozumnego młodzieńca podziwiać wielkość, piękno i różnorodność krajobrazów swojej nowej ojczyzny. Gdy dotarł do Waszyngtonu zastanawiał się jak doprowadzić do spotkania z prezydentem. Zorientował się, że prezydent regularnie, o określonej godzinie wychodzi na spacer ze swoim psem i pewnego dnia odważnie podszedł do znajdującego się na schodach Białego Domu prezydenta udającego się właśnie na zaplanowany spacer i tam wyłuszczył mu swoją prośbę. Prezydent zawrócił ze śmiałkiem do swoich apartamentów wysłuchał uważnie jego prośby, przeczytał wszystkie listy polecające, a Albert na koniec zapewnił go, że Będzie pan dumny ze mnie, jeśli się tam dostanę.
    POSŁANIEC NA PERONIE
    Niestety prezydent nie miał dla odważnego młodzieńca dobrej wiadomości, bowiem poinformował go, że obsadził już wszystkie dziesięć dodatkowych przysługujących mu nominacji. Smutny, ogromnie zawiedziony i upokorzony takim obrotem sprawy powrócił do Waszyngtonu i za kończące się już pieniądze kupił bilet powrotny do San Francisco. Jak pisze jego córka Dorothy Livinston Michelson: właśnie w chwili gdy pociąg miał ruszyć, zjawił się posłaniec z Białego Domu i wywoływał na peronie jego nazwisko, bowiem miał ponownie stawić się u prezydenta Granta. Okazało się, że wiceadmirał David D. Porter były komendant Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis przekonał prezydenta do tego, aby ten utworzył dla niego, wbrew przepisom dodatkowe 11 miejsce w akademii. 28 czerwca 1869 r. po orzeczeniu komisji lekarskiej, że jest wolny od wszelkich ułomności fizycznych i umysłowych, i złożeniu przysięgi wojskowej oraz deklaracji służenia w formacjach Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych przez co najmniej osiem lat, stał się kadetem. Otrzymał dwa galowe marynarskie mundury, jeden mundur roboczy, dwie czapki, jeden ciepły płaszcz, sześć białych koszul i  inne drobiazgi jak: skarpetki, kalesony, chustki do nosa, jedną czarną chusteczkę jedwabną, również jeden materac, pościel, ręczniki, dwie pary skórzanych butów, za wszystko musiał zapłacić ze swojego żołdu wynoszącego 500 dolarów na rok. Te pieniądze musiały mu jeszcze wystarczyć na opłacenie wyżywienia, mieszkania, na opłacenie prania odzieży i inne drobne usługi u fryzjera czy u szewca. Zabrał ze sobą cały ten żołnierski ekwipunek i rozgościł się w dwuosobowym pokoju w pięciopiętrowym budynku. Zbyt długo sobie tam jednak nie pomieszkał, bowiem otrzymał rozkaz przygotowania się do letniego, pierwszego zapoznawczego, nie tylko z morzem, ale i z nowymi kolegami i przełożonymi rejsu.
    ELITARNA GRUPA
    Michelson - jak po latach wspominał historię dostania się do akademii - żartował sobie, że u podstaw jego marynarskiej i naukowej kariery legł nielegalny akt.
Tak został mając 16 lat i 6 miesięcy członkiem bardzo wąskiej elitarnej grupy młodych Amerykanów, którzy mogli zdobywać wykształcenie. Naukę po zakończeniu rejsu rozpoczęło w październiku 87 młodych adeptów morskiej sztuki wojennej, a szlify oficerskie otrzymało 31 maja 1873 r. zaledwie 29 z nich. Kadetów budzono codziennie o 6 rano i po gimnastyce, toalecie porannej i śniadaniu odbywał się apel poranny, na którym czytano rozkazy i meldunki o zachowaniu kadetów i jak trzeba było to również o karach i nagrodach. Najłagodniejszą karą była służba dyżurna poza kolejnością, czyli kolejne 24 godziny służby po wykonaniu swoich 24 godzin planowej służby. Albert w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy pobytu w szkole otrzymał 129 nagan od swoich bezpośrednich przełożonych, za drobne wykroczenia regulaminowe i nie była to wcale ilość imponująca, bo rekordziści mieli na swoim koncie ponad 1.000 takich nagan.
    OPTYKA, AKUSTYKA, FIZYKA
    Czas spędzony przez Alberta w szkole należał do bardzo beztroskich i szczęśliwych. Zawiązał bardzo wiele serdecznych przyjaźni, nauczył się w wojsku podejmowania szybko decyzji, koncentrowania się na rzeczach ważnych, a ignorowania błahostek. Możliwość systematycznego wykonywania ćwiczeń fizycznych, współzawodniczenia, od którego nigdy się nie uchylał, boksowania, uprawiania szermierki, sprawiała, że utrzymywał doskonałą kondycję fizyczną. W szkole dobrze opanował, oczywiście oprócz rzemiosła żołnierskiego, także języki: francuski i hiszpański, pogłębił swoją wiedzę z muzyki i malarstwa. Wreszcie nadszedł upragniony dzień ukończenia szkoły, co nastąpiło 31 maja 1873 r. Po końcowych wynikach można było zorientować się co tak naprawdę interesowało Alberta. Pierwsze miejsce zajął w przedmiocie optyka z akustyką, na drugim miejscu był w termodynamice, natomiast w sztuce żeglowania dopiero na 25. miejscu. Ten niewesoły fakt dla przyszłego oficera marynarki wojennej nie uszedł uwadze admirała Johna L. Werdensa, który tak to skomentował: Jeśli w przyszłości mniej baczyć będziesz na sprawy naukowe, a więcej na ćwiczenia artyleryjskie na morzu, to może przyjdzie taki czas, że starczy ci wiedzy, aby przysłużyć się w jakiś sposób swojej ojczyźnie.
    D. Livingston Michelson napisała, że ojciec do końca życia nie zapomniał jadu tych słów, bowiem czuł się patriotą i zraniły one go boleśnie. Ogólnie po zsumowaniu wszystkich wyników z nauczanych tam przedmiotów zajął 9. miejsce.

    ALBERT PODPORUCZNIK
    Po zakończeniu nauki, podchorążowie młodszych roczników i świeżo upieczeni oficerowie tradycyjnie wypływali w letni rejs, jednak Albert w ten rejs nie popłynął, tylko poprosił o urlop, bowiem chciał odwiedzić swoją rodzinę, której nie widział cztery lata, tym bardziej, że i tak czekała go obowiązkowa dwuletnia służba na morzu. 16 lipca 1874 r. zdał egzamin dyplomowy i otrzymał promocję na podporucznika marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Po otrzymaniu promocji na podporucznika, dalszą służbę kontynuował już na terenie akademii w Annopolis, prowadząc zajęcia z fizyki i z chemii na wydziale filozofii naturalnej i eksperymentalnej w ramach którego nauczano tych przedmiotów, na co chętnie się zgodził. Przełożonego poznał dopiero na wiosnę przyszłego roku, gdy ten powrócił do akademii. Od razu poczuli do siebie wzajemną sympatię do tego stopnia, że komandor Sampson - bo to on był tym nowym przełożonym - zapraszał swojego młodszego kolegę do domu na dyskusje przy zastawionym wieczerzą stole. Stopniowo zawodowa znajomość przerodziła się w serdeczną przyjaźń, która zaczęła obejmować całą rodzinę komandora. Kiedy siostrzenica pani Sampson Małgorzata McLean Heminway przyjechała w odwiedziny do Annapolis, Albert został jej przedstawiony.
    ZARĘCZYNY ALBERTA
    Znajomość ta skończyła się tym, że pod koniec lata 1876 r. Małgorzata i Albert potajemnie się zaręczyli i w końcu razem udali się do jej rodziców do New Rochelle w stanie Nowy Jork, a Albert poprosił o rękę panny Małgorzaty. Podczas gościny musiał zdać sobie sprawę z zamożności i pozycji towarzyskiej rodziny Heminwayów. Ojciec Małgorzaty Albert Gallatin Heminway z wykształcenia był prawnikiem, lecz nie wykonywał wyuczonego zawodu, ponieważ nie musiał. Dorobił się bowiem dużej fortuny na Wall Street. Państwo młodzi pięknie wyglądali, ona 18-letnia dziewczyna miała na sobie długą suknię z frędzlami z białego atłasu i welon z ułożonymi na górze koloru pomarańczowego kwiatami, on, 24-letni mężczyzna w lśniącym galowym marynarskim mundurze. Na ślub przyjechał z Annapolis nie tylko komandor Sampson z żoną, niejako rodzice chrzestni tego małżeństwa, ale i spora grupa kolegów, oficerów Alberta, by razem z pozostałymi gośćmi wznieść toast na cześć pana i panny młodej. Tańce weselne jeszcze długo trwały, nawet po tym jak Małgorzata i Albert wyjechali już w podróż poślubną.
    KRÓTKI MIODOWY MIESIĄC
    Miodowy miesiąc został skrócony rozkazem stawienia się na żaglowiec Constellation, celem odbycia corocznego rejsu z nowo przyjętymi do szkoły kadetami. Po rejsie opalony i zahartowany powrócił do Annapolis, a po jakimś czasie dołączyła do niego żona.
    ZMIERZYŁ INNĄ METODĄ PRĘDKOŚĆ ŚWIATŁA
    Zima roku 1877/1878 r. okazała się przełomowym okresem w jego karierze naukowej, a zaczęło się, jak to zwykle bywa, od szczęśliwego zbiegu okoliczności, czy jak kto woli losu, opatrzności czy przypadku. Komandor Sampson wezwał go pewnego dnia do siebie, żeby udzielić mu kilku wskazówek co do tematów wykładów z fizyki, które miał poprowadzić dla bardziej zainteresowanych nauką studentów akademii. Komandor Sampson podczas rozmowy z Michelsonem zasugerował mu, aby te zajęcia rozpoczął od przedstawienia, w jaki sposób francuski naukowiec Jean B. L. Foucault wyznaczył wartość prędkości światła w powietrzu. Michelson początkowo nie był zachwycony pomysłem przełożonego i próbował się od tego mówiąc krótko wymigać, zwracając uwagę na to, że zbyt mało wie o tym eksperymencie, ale komandor był nieugięty w swoim postanowieniu. Zresztą rozkaz jest rozkazem, powiedział aby Albert sobie odświeżył pamięć, przeczytał co trzeba i wykonał jego polecenie. Akademia nie była placówką naukową, nie dysponowała ani potrzebnym sprzętem, ani niezbędną literaturą naukową. Do przeprowadzenia opisanego doświadczenia potrzebne było źródło światła, cienka platynowa nitka, soczewka achromatyczna o dużym ognisku, płytka równoległościenna, szybko obracające się płaskie zwierciadło i kuliste zwierciadło. Wszystko to należy odpowiednio zestawić, czyli płaskie wirujące zwierciadło powinno być oddalone o około 4 metry od zwierciadła kulistego, a szybkość jego wirowania powinna wynosić od 600 do 800 obrotów na sekundę.
    Po latach Tom O"Donnell, asystent Michelsona, tak opowiadał jego córce co sądził o tym eksperymencie sam Michelson: Dwa stożkowe otwory w obwodzie okrągłej tarczy ze szkła posrebrzonej z jednej strony, zachodziły na dwa czopy u spodu i szczytu stojaka. Używał do tego kowalskich miechów, ręcznie napędzanych, kierując słupy powietrza na jedną połowę tarczy, co powodowało jej wirowanie na czopach.
    Okres zimy 1877/1878 spędził na przeszukiwaniu magazynów i różnych innych zakamarków w akademii w celu zgromadzenia niezbędnego sprzętu do przeprowadzenia eksperymentu. Pomiary wykonane w marcu dały na tyle zachęcające wyniki, że departament fizyki i chemii akademii postanowił o tym donieść Newcombowi, który przez kilka następnych lat odegrał w życiu Michelsona znaczącą rolę, namówił np. Michelsona, aby ten napisał doniesienie o swoim eksperymencie do czasopism naukowych i zaprezentował swoje wyniki na sierpniowej konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Wspierania Nauki. Michelson idąc za radą swojego mentora napisał doniesienie o swojej modyfikacji doświadczenia Foucaulte,a do Americal Journal of Science, Nature i ukazał się także jego artykuł w Proceedings of the American Association for the Advancement of Science, jako pokłosie jego wystąpienia podczas konferencji w St. Louis. Wyniki dotarły też do szerokiej opinii poprzez prasę, i tak gazeta Chicago Daily Tribune 3 maja 1879 r.,  co prawda na 16 stronie donosiła, że 27-letni A.A Michelson absolwent Morskiej Akademii w Annapolis zmierzył nową metodą wartość prędkości światła. Nieco później, bo 14 maja 1879 r. podobnie pisał New York Times. Dowiedzieli się zatem o jego sukcesie nie tylko ludzie nauki, ale całe społeczeństwo. Jak musieli być dumni ze swojego syna państwo Michelsonowie i jego rodzeństwo, gdy z wypiekami na twarzy czytali te doniesienia w poważnych gazetach wraz ze swymi sąsiadami lub znajomymi z Virginia City.

Reklama
 Tomasz Kardaś
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 825 (49/2007)  
Inne teksty o Michelsonie:

12 grudnia 1907 roku: Michelson otrzymał Nobla

Eksperyment Michelsona-Morleya

Rodzina Michelsonów opuszcza Strzelno i wyjeżdża do Ameryki

Albert Abraham Michelson - 100 lat temu otrzymał Nobla

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości