Awantury w Spółdzielni Mieszkaniowej w Mogilnie
Jan Guzik nachodzi nowego prezesa
- Ja mówię pani sekretarce, że mnie nie będzie, bo idę czy do urzędu, czy do sądu, a po 10 minutach po moim wyjściu w spółdzielni pojawia się pan Guzik - opowiada nowy prezes Wojciech Baran. - Ja mówię grzecznie „dzień dobry” i proszę tylko o wgląd do protokołu - tłumaczy nam Jan Guzik.
Prezes spółdzielni Wojciech Baran (z lewej) pyta odwołanego kilka miesięcy temu przez radę nadzorczą z funkcji prezesa Jana Guzika, czy znowu przyszedł do spółdzielni się awanturować W ubiegły piątek reporter naszej gazety przyszedł do budynku Spółdzielni Mieszkaniowej w Mogilnie, na umówioną wcześniej rozmowę z prezesem Wojciechem Baranem. Wchodząc do budynku spółdzielni na korytarzu spotkaliśmy byłego prezesa SM Jana Guzika, który prowadził w korytarzu ożywioną konwersację z jedną z mieszkanek osiedla przy ul. Witosa.
NA KORYTARZU
W sekretariacie okazało się, że prezesa Barana nie ma na terenie spółdzielni. Wychodząc z budynku spotkaliśmy się z wracającym ze służbowego spotkania prezesem, który zaprosił nas do swojego gabinetu. Wchodząc na piętro budynku ponownie spotkaliśmy Jana Guzika, który tym razem rozmawiał już z inną mieszkanką, tym razem bloku przy ul. Kościuszki 2.
Nowy prezes Wojciech Baran spytał, czy Jan Guzik przyszedł się znowu awanturować.
Okazało się, że nie była to pierwsza wizyta Jana Guzika w spółdzielni już po jego odwołaniu z funkcji prezesa i zdaniem Wojciecha Barana niejednokrotnie były prezes przychodzi do niego i próbuje go szykanować.
Między dwoma panami doszło na korytarzu do mało sympatycznej wymiany zdań. Jan Guzik powiedział, że jest członkiem spółdzielni i ma prawo do przebywania w budynku spółdzielni. Gdy Wojciech Baran spytał go, czy nie mogliby się umówić na konkretną godzinę, Jan Guzik ironicznie rzucił w jego kierunku: - Pan poczeka w gabinecie, za chwilę przyjdę.
TO NIE DYŻUR
Reporter Pałuk, widząc byłego prezesa rozmawiającego z kolejnym spółdzielcą, spytał czy przyjmuje on na korytarzu interesantów. Jednak kobieta, która prowadziła z Janem Guzikiem rozmowę stwierdziła, że są tylko znajomymi i rozmawiają prywatnie.
W związku z tym, że prezes Guzik zapowiadał przyjście do gabinetu nowego prezesa, przed gabinetem czekaliśmy, by móc porozmawiać z oboma panami. Jan Guzik nie pojawił się jednak.
AWANTURUJE SIĘ
Prezes Wojciech Baran mówi, że Jan Guzik często przychodzi do spółdzielni.
- Taka sytuacja, jaką pan zastał, często się powtarza. Jan Guzik przychodzi do spółdzielni i się awanturuje. Co jest bardzo znamienne. Ja mówię pani sekretarce, że mnie nie będzie, bo idę czy do urzędu, czy do sądu, a po 10 minutach po moim wyjściu w spółdzielni pojawia się pan Guzik - opowiada nowy prezes spółdzielni Wojciech Baran.
Jak dowiedzieliśmy się, były prezes domaga się wtedy wglądu do protokołów rady nadzorczej. Zdaniem Wojciecha Barana niejednokrotnie proponowano Janowi Guzikowi umówienie się w tym celu na konkretny dzień i godzinę i wówczas dokumenty byłyby przygotowane do wglądu.
- Jan Guzik powiedział mi wówczas, że on nie będzie mnie informował i będzie przychodził, kiedy on zechce. A w jakiej instytucji jest tak, że wchodzi się do szefa i mówi się, że chce się takie czy inne dokumenty. Ja mam swój plan zajęć i jeżeli Jan Guzik wskaże mi dzień konkretny, to ja sobie wygospodaruję czas, aby usiąść i z nim porozmawiać - mówi Wojciech Baran.
PO PROTOKOŁY
Spytaliśmy nowego prezesa, czy Jan Guzik ma prawo przebywać w budynku, a tym bardziej w biurach spółdzielni. Dowiedzieliśmy się, że owszem może przychodzić do spółdzielni, ponieważ ma 4 garaże i opłacone członkowskie.
Ale okazuje się, że Jan Guzik nie przychodzi do spółdzielni w sprawie garaży, on domaga się protokołów. - Ja nie wiem, do czego potrzebne są temu panu takie informacje. W uchwałach zarządu są również informacje, które nie powinny wychodzić na zewnątrz. Jest ponad półtora tysiąca spółdzielców, a tylko on żąda wglądu do protokołu zarządu. Warto tutaj wspomnieć, że w czasach kiedy Jan Guzik był prezesem, a któryś ze spółdzielców chciał jakieś dokumenty, to ich nie otrzymał. Wszystko było załatwiane odmownie. Teraz członkowie spółdzielni jak przychodzą, mówią, że w końcu jest tutaj normalnie, że można normalnie porozmawiać i sprawy załatwić - opowiada Wojciech Baran.
OPATRZNOŚĆ CZUWA
Stanowisko prezesa mogileńskiej spółdzielni Wojciech Baran objął z dniem 1 lipca.
Do pierwszego spotkania z Janem Guzikiem - jak twierdzi - doszło po tym, jak Sąd Pracy w pierwszej instancji w Inowrocławiu przywrócił go do pracy na stanowisko kierownika SM. Było to pod koniec lipca. Jan Guzik pojawił się wówczas z informacją, że zgłasza gotowość podjęcia pracy. Wówczas około 3 godzin zajęło nowemu prezesowi tłumaczenie Janowi Guzikowi, że wyrok nie jest prawomocny i istnieje jeszcze sprawa odwołań i nie wiadomo, kiedy się ona zakończy.
- Bardzo mnie wtedy zdziwiło stwierdzenie, które padło z ust Jana Guzika, że on już wie, że sprawa jego będzie pozytywnie załatwiona. Do dzisiaj zresztą twierdzi, że wyrok sądu drugiej instancji będzie dla niego pozytywny. Jak zapytałem wówczas, skąd posiada taką wiedzę, to powiedział, że opatrzność mu to podpowiada. Bardzo domagał się dopuszczenia go do pracy - opowiada Wojciech Baran.
WYDAJE POLECENIA
Od tego czasu, systematycznie Jan Guzik nachodzi budynek spółdzielni. Co jest jednak ciekawe, że nie zawsze pojawia się bezpośrednio u prezesa, tylko jak mówi Wojciech Baran przesiaduje w księgowości. - Pewnego razu doszło nawet do takiej sytuacji, że próbował wydawać polecenia pracownikom odnośnie spraw, których nie zdążył załatwić za swego urzędowania. Moim zdaniem jest to niedopuszczalne. Wyprosiłem go wówczas z biurowca. Całkowicie zdezorganizowało to pracę, ponieważ przez około 2 godziny nie chciał opuścić budynku spółdzielni. Rozkładał swoje jakieś dokumenty na biurku, gdzie leżały już wewnętrzne dokumenty spółdzielni - mówi Wojciech Baran.
OBSŁUGUJE PETENTÓW
Po tej sytuacji prezes przeprowadził zebranie z pracownikami i w rozmowie powiedział, że będzie zmuszony wyciągnąć konsekwencje w stosunku do pracowników, jeżeli jeszcze raz taka sytuacja się powtórzy. Zaznaczał przy tym, że w żadnej instytucji nie zachodzą takie okoliczności, aby petent siedział za biurkiem pracownika.
- Kiedyś zaistniała dziwna sytuacja, Jan Guzik stanął za biurkiem w dziale członkowskim i próbował obsługiwać interesantów. Nie wiem, z czego to wynika. Moim zdaniem jest to przejaw bezsilności tego człowieka. W niektórych sytuacjach Jan Guzik próbował mi wydawać polecenia. Kiedyś poprosiłem go, mówiąc, że zapraszam do mnie do gabinetu, wówczas on mi odpowiedział: „Chyba do mnie”. Ja wiem, na czym polega jego sytuacja i mu powiedziałem, jeżeli panu pełnomocnik procesowy nie wytłumaczył, to ja panu powiem, na czym pana sytuacja polega. Jest fakt, że zapadł jakiś wyrok, ale jest on nieprawomocny i dopóki się nie uprawomocni, to nie jest skuteczny - dodaje Wojciech Baran.
PISZE PISMA
Za każdym razem, kiedy Jan Guzik przychodzi do biurowca spółdzielni, składa pismo, np. że był o danej godzinie i nie zastał w biurze prezesa. Takich pism uzbierało się u Wojciecha Barana prawie dwa pełne segregatory. - Nie wiem, czemu to ma służyć. Oczywiście nie raz straszył mnie skutkami mojego postępowania. I że wyciągnie konsekwencje z tego. Jednego dnia, kiedy się pojawił, powiedziałem mu, że jeżeli nie ma spraw spółdzielczych do załatwienia, a chce tylko awantury robić, to ma natychmiast opuścić budynek, bo w przeciwnym wypadku wzywam odpowiednie służby, które się nim zainteresują. Wówczas odpowiedział mi coś lekceważąco i opuścił budynek. On szuka pretekstu do awantur i próbuje mnie w jakiś sposób prowokować, twierdząc, że moja obecność w spółdzielni pozbawiona jest racji bytu. Ja, patrząc na jego poczynania, jako prezesa w spółdzielni nie ośmieliłbym się takich sformułowań używać wobec kogoś. To, do czego dochodzi teraz komisja rewizyjna i zarząd w toku sprawdzania dokumentów, to jest coś nieprawdopodobnego. Czasami człowieka przerażenie dotyka, jak słyszy od mieszkańców, że przez wiele lat nie mogli załatwić żadnych spraw, przychodząc do spółdzielni. Tego najlepszy przykład dał minister w swoim piśmie, kiedy stwierdził jednoznacznie, że doszło do naruszenia praw w spółdzielni i to takich praw, które w szczególności dotykały spółdzielców. Były to kwestie zmiany statutu, czy uwłaszczenia i podziału gruntów - dodał Wojciech Baran.
GRZECZNE DZIEŃ DOBRY
O rozmowę na temat spółdzielni poprosiliśmy Jana Guzika, dzwoniąc do niego na domowy numer telefonu. Usłyszeliśmy wówczas, że przecież on już tam nie pracuje.
- Ja poszedłem do spółdzielni po informacje, do których mam prawo. Jak byłem w korytarzu to tak jak i panu, mnie również wolno tam być, a jak sobie rozmawiałem z panią, to ja rozmawiałem - odpowiedział Jan Guzik. Twierdził również, że skoro przychodzi do spółdzielni, a prezesa nie ma, to zostawia pisma. Uważa, że ma prawo wglądu do protokołów, a Wojciech Baran mu to uniemożliwia.
- Kiedy tam idę, a on jest, to nigdy nie ma dla mnie czasu. Nie znam takich zwyczajów. Skoro ktoś jest, a ja mogę mieć dostęp do dokumentów, to powinno mi się je udostępnić. Ponadto to nie prezes musi mi je udostępniać, to spółdzielnia ma mi udostępnić. Pytam pracowników każdego po kolei, bo chcę przejrzeć protokół rady nadzorczej, Zarządu i mi nikt nie może udostępnić. Ja chcę po prostu kilka rzeczy zobaczyć. Ja jak widzę tego pana, mówię mu grzecznie „dzień dobry” i proszę o wgląd do protokołu. To wszystko. Nie wiem, czy pan próbował przejrzeć protokoły i czy się panu udało? - dodał Jan Guzik.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 970 (37/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze