Napięta sytuacja w budynku przy ul. Pułaskiego w Mogilnie
Licznik odczytu wody schowany pod wodą
To mieszkańcy mieli rację. Dziś dyrektor Mogileńskich Domów Jerzy Padoł przyznaje, że często licznik w studzience jest zalany. Jednak, jak trzeba dokonać odczytu, to woda ze studzienki jest wympompowywana. Nie wpływa to na odczyt.
Studnia gdzie znajduje się licznik, gdy do niej zajrzeliśmy była pełna wody Dwa tygodnie temu w Pałukach w artykule Chcą mieć wpływ na decyzje Wspólnoty Mieszkaniowej pisaliśmy o pretensjach części lokatorów posesji przy ul. Pułaskiego odnośnie sposobu funkcjonowania tam Wspólnoty Mieszkaniowej oraz zarządcy tej wspólnoty, a zarazem dyrektora Mogileńskich Domów Jerzego Padoła. Po publikacji ponownie skontaktowali się z nami lokatorzy posesji Barbara Czarnecka, Ryszard Rybarczyk i Janina Lewandowska. Jednoznacznie stwierdzili, że nie są usatysfakcjonowani wyjaśnieniami dyrektora Mogileńskich Domów, który - jak twierdzą - kompletnie rozmywa ich problemy.
- Wszędzie, gdzie we wspólnotach zajmujemy się administracją, spotkania kończą się dla nas absolutorium i nikt nie narzeka na naszą pracę. Nigdzie więcej nie spotykamy się z takimi problemami, jak na tej posesji - powiedział Jerzy Padoł.
Innego zdania jest Barbara Czarnecka: - Nie pozwolimy na to, by cudze wyobrażenia o swojej ważności właściciela zakłócały nam, lokatorom normalne funkcjonowanie. Ustawa o prawach lokatorów reguluje fakt, że lokatorzy mają zarówno obowiązki, jak i prawa, o których coraz częściej się zapomina.
LICZNIK WODY
Barbara Czarnecka przypomniała chociażby sprawę głównego licznika wody, który - ich zdaniem - jest cały zanurzony w wodzie. W rozmowie z nami dyrektor Padoł twierdził, że licznik nie znajduje się pod wodą. Już po naszej poprzedniej publikacji razem z lokatorami sprawdziliśmy licznik i okazało się, że to mieszkańcy mówili prawdę. Licznik zanurzony był w studzience pod wodą na głębokości 1,4 m. Kilka dni później usłyszeliśmy od Barbary Czarneckiej: - Ktoś usłużny doniósł, że zaglądaliśmy tam i na następny dzień wodę szybko wypompowano. Czemu to miało służyć, nie wiemy, ponieważ rozliczenie roczne było dawno zrobione. Jak wówczas w takich warunkach odczytano licznik, nie wiemy. Jak w ogóle ten licznik odczytywano przez całe lata to zagadka.
Gdy ponownie poszliśmy do dyrektora Mogileńskich Domów powiedział nam: - Może z rozpędu powiedziałem, że nie jest zalany, bo nie zawsze jest zalany. Twierdzi jednak, iż taki licznik może być zanurzony w wodzie i to mu w niczym nie zaszkodzi. Do odczytu - jego zdaniem - woda jest za każdym razem wypompowywana, kiedy są rozliczenia. Dyrektor zapewnia, iż ma na to stosowną dokumentację. - Mamy taką sytuację w trzech miejscach w naszych posesjach, gdzie musimy wodę wypompowywać, ale
Paweł Czarnecki pokazuje po zmierzeniu, na jakiej głębokości pod wodą znajduje się licznik. Jest to 1,4 metra. Obok widać krąg od studni. to nie ma żadnego wpływu na wskazanie wodomierza - zapewnia Jerzy Padoł.
SZOPA I GARAŻ
Lokatorów bulwersuje ponadto sprawa szopy i garażu, znajdujących się na podwórzu posesji. Zdaniem dyrektora Padoła, to budynki z lat 50. i nic się takiego nie stało, że one tam stoją, gdyż nie są związane z podłożem.
Lokatorzy są innego zdania. Garaż, który miał być niewielkim przedłużeniem dachu murowanego budynku gospodarczego, ich zdaniem został zbudowany około 4 lat temu, a szopa tuż przy budynku nr 6 powstała latem 2009 r. - Przeznaczenie ich też jest nie tak niewinne jak to mówi pan dyrektor. Przez całe lato pracują w nich przeróżne maszyny, które nie dosyć, że hałasują to, kurzą, zakłócają oglądanie telewizji, nie mówiąc o tym, by powiesić pranie czy posiedzieć przed domem - mówią. Nasi rozmówcy dodają: - Bardzo dziwne jest stanowisko Straży Pożarnej, która nie widzi zagrożenia w tym, że obłożone folią i sągami drewna szopy stoją tuż przy budynku .
Natomiast Paweł Czarnecki twierdzi, że szopa z lat 50. spełniała do niedawna inną funkcję niż ta, dla jakiej została postawiona. - Było to miejsce, gdzie stały pojemniki na śmieci. Szopa była tak zniszczona, że pozostała z niej tylko jedna ściana. Ona po prostu została odbudowana. Oczywiście za czyimś pozwoleniem - mówi Paweł Czarnecki.
Dyrektor Mogileńskich Domów nie rozumie, dlaczego najemca, który ma lokal mieszkalny, nie może posiadać pomieszczeń gospodarczych. - Jeżeli ci państwo chcą sobie na przykład postawić jakieś pomieszczenie, mogą się zwrócić z wnioskiem. Jest tam bardzo dużo terenu i jeżeli ktoś chce, to nie ma problemu. Szopa ta została odbudowana na prośbę właściciela jednego z lokali. Jeżeli Straż Pożarna przeglądała i nie stwierdziła zagrożenia, to i nie było nakazu rozbiórki - mówi Jerzy Padoł.
Przy okazji dyrektor uspakaja lokatorów, że wiata, która im przeszkadza, ma być zdemontowana i właściciel ma to zrobić do końca marca.
WYCIĘTA BRZOZA
Lokatorzy są także źli, że wycięto im piękną, zdrową, kilkudziesięcioletnią brzozę. - Ekipa wpadła, wycięła i nie było winnych - mówią. Jak miał wyjaśnić po długich naciskach dyrektor Padoł, drzewo kazał wyciąć osobiście, ponieważ korzenie rozchwiały nikomu do niczego niepotrzebny murowany płotek, który w efekcie i tak został rozebrany. - To była chwila, a takie zniszczone drzewo rośnie kilkadziesiąt lat. To skandal takie poczynania - uważają.
Brzoza, zdaniem dyrektora Padoła została wycięta dlatego, że zagrażała budynkowi. Miała ona tak rozwinięty system korzeniowy, że podchodził już pod budynek i schody. - Było to bardzo duże drzewo. Wszystkie procedury odnośnie wycinki zostały zachowane. Było wydane pozwolenie na wycięcie drzewa. Ci lokatorzy już wykrzykują od pewnego czasu, że nie przepuszczą mi tego drzewa - mówi Jerzy Padoł.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 944 (11/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze