Z tymi zarzutami nie zgadza się dyrektor ZOZ Gniezno Krzysztof Bestwina i twierdzi, że przyczyną śmierci mogła być posocznica plamista, więc dziecka i tak nie dałoby się uratować.
Agnieszka Szczepankiewicz i Mateusz Popielarz uważają, że ich 4-letni synek Nikodem mógł nadal żyć, gdyby badająca go lekarka we właściwy sposób zareagowała już przy pierwszej wizycie fot. Roman Wolek NIE MIAŁ SIŁY STAĆ
21-letnia Agnieszka Szczepankiewicz z Trzemeszna razem ze swoim partnerem Mateuszem Popielarzem nie mogą poradzić sobie z tragedią, jaka dotknęła ich kilka dni temu.
W ubiegła niedzielę 19 lutego ich synek, 4-letni Nikodem przebywał u swojej babci. Gdy rano się obudził, nic nie wskazywało na to, że może być chory. Miał problemy zdrowotne dwa tygodnie wcześniej. Miał wtedy zapisany przez lekarza antybiotyk na zapalenie gardła. Niedzielnego ranka gdy się obudził, grał z babcią na tablecie. Dopiero po jakimś czasie powiedział babci, że jest mu zimno, a wkrótce po tym zaczął się trząść. Babcia dała mu więc środek na zbicie gorączki i zrobiła obkład. 4-latek później usnął. Jak się obudził czuł się już coraz gorzej i wymiotował. Dlatego też jego bliscy postanowili zawieść go do punktu pomocy doraźnej na ul. Wyszyńskiego w Gnieźnie. Pojechała z nim jego mama i babcia. Wiózł ich samochodem znajomy. Na miejsce trafili po 15:00. Przed nimi była jedna kobieta, też z dzieckiem. Później przyjmująca lekarka zrobiła sobie przerwę. Czekali więc na przyjęcie około pół godziny.
- Jeszcze ze sobą żeśmy rozmawiali na tej poczekalni. I mówimy, to jest nasza kasa chorych, Narodowy Fundusz Zdrowia. Ta pani z nami rozmawiała i mówiła, że widać, że jego stan jest ciężki. On po prostu nie miał siły nawet na nóżkach ustać - wspomina babcia chłopca. W poczekalni Agnieszka Szczepankiewicz trzymała swojego synka na rękach, na kolanach.
Na poczekalni 4-latek ponownie zwymiotował.
STAN SIĘ NIE POPRAWIŁ
Gdy weszli do gabinetu przyjmująca ich lekarz kazała rozebrać dziecko. 4-latek był słaby i kładł się na łóżko.
- Córka chciała go podnieść. Niech pani go puści. Niech sam do mnie podejdzie. My mówiliśmy, że dziecko nie daje rady sobie. Jednak mówiła, że proszę go puścić - opowiada o wizycie w gabinecie babcia dziecka.
- Ona widziała, że on nie ma siły stać. A ona go na siłę, że ma stać, bo musi go zbadać. A on mówił do mnie - mamo gdzie mogę się położyć tutaj? A ona mówiła, wstań, no wstań, przecież muszę cię zbadać. Jak mam cię zbadać? Na leżąco? - relacjonuje zachowanie lekarski matka chłopca.
Lekarka zmierzyła temperaturę, ale Nikodem nie miał wtedy gorączki. Miał plamki na ciele. Jedną na brzuchu i jedno zaczerwienienie nieco wyżej. Z relacji matki wynika, że lekarz stwierdziła, że chłopiec się gdzieś uderzył i gdy będą wychodzić jeszcze jakieś plamki, kazała przyłożyć w to miejsce szklankę i patrzeć, czy znikają.
Badająca dziecko lekarz stwierdziła, że to nieżyt żołądkowo-jelitowy. Zapisała czopki przeciwgorączkowe, środki żeby się nie odwodnił i kazała wracać do domu. Pojechali więc do apteki w Gnieźnie je wykupić. Po powrocie do domu stan dziecka się nie poprawiał. Nikodem cały czas spał. Przebudził się tylko, żeby skorzystać z ubikacji. Wieczorem jego bliscy stwierdzili, że ma gorączkę.
Mama przystawiała szklankę do ciała tak jak kazała lekarz, ale plamy nie ginęły.
STWIERDZILI SEPSĘ
Załatwili więc ponownie kierowcę, aby zawiózł ich do Gniezna. Jak opowiada babcia chłopca, nie wezwali pogotowia, bo gdy raz zadzwoniła po karetkę to odmówiono jej przyjazdu i powiedziano, że ma kogoś sobie nająć do przewiezienia. Mama i babcia chłopca ponownie pojechali do punktu pomocy doraźnej na ul. Wyszyńskiego w Gnieźnie. Dojechali około 23:00. Dyżurowała tam nadal ta sama lekarka. Gdy zobaczyła stan chłopca wezwała karetkę i 4-latek przewieziony został do szpitala na ul. św. Jana. Tam chłopiec stracił już przytomność.
- Panie w szpitalu były bardzo dobre. Udzieliły dużej pomocy - opowiada babcia chłopca i dodaje, że personel szpitala twierdził, iż stan dziecka spowodowany jest sepsą.
Sepsa nazywana inaczej posocznicą, nie jest odrębną jednostką chorobową, ale specyficzną reakcją organizmu na zakażenie.
4-latek miał zostać przetransportowany do Szpitala Dziecięcego im. Krysiewicza w Poznaniu. Jednak nie zdążył tam trafić. Dziecko jeszcze reanimowano. Jednak nie przyniosło to rezultatu. Nikodem zmarł około 1:00.
4-letni Nikodem bardzo cieszył się z przyjścia na świat jego siostrzyczki fot. archiwum rodzinne PODEJRZENIE PRZESTĘPSTWA
Według babci dziecko by przeżyło, gdyby przy pierwszej wizycie udzielono mu właściwej pomocy. Dziwi się, że kazała wracać do domu dziecku, które nie mogło ustać na nogach. O błędzie lekarki jest także przekonany ojciec Nikodema, Mateusz Popielarz. Również matka chłopca uważa, że jej syn by przeżył, gdyby już na pierwszej wizycie właściwie rozpoznano co mu dolega i zapisano mu odpowiedni antybiotyk.
- A co mu miało pomóc? Czopiki na gorączkę? - pyta mama chłopca.
Agnieszka Szczepankiewicz ma jeszcze 3-miesięczną córeczkę.
- Zawsze rano gdy się budził, tulił ją, buziaka jej dawał, mówił mamo już wstałem. A teraz już go nie mam - opowiada płacząc i zapowiada, że uczyni wszystko, aby lekarka która badała jej synka poniosła odpowiedzialność.
O zdarzeniu rodzina chłopca powiadomiła policję, informując o podejrzeniu niewłaściwego zachowania przez dyżurującą lekarkę. W związku z tym Prokuratura Rejonowa w Gnieźnie wszczęła postępowanie o nieumyślne spowodowanie śmieci czyli przestępstwo z artykułu 155 kodeksu karnego. Za czyn ten grozi kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Zabezpieczona została dokumentacja związana z tą sprawą. 23 lutego w Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu miała zostać przeprowadzona sekcja zwłok 4-latka z Trzemeszna.
NIE BYŁO RATUNKU
Z zarzutami rodziny 4-latka nie zgadza się Krzysztof Bestwina, dyrektor Zespołu Opieki Zdrowotnej w Gnieźnie. Jak zaznacza, sam nie jest lekarzem i nie ma odpowiednich kompetencji, żeby oceniać zachowanie lekarza, który badał chłopca. W tym celu w ZOZ wszczęte zostało postępowanie wewnętrzne. Podkreśla jednak, że lekarka przyjęła pacjenta, zbadała i obejrzała jego ciało. Nie uznała, iż rzekoma plamka wskazana przez rodzinę mogła powstać w wyniku sepsy. Lekarka nie stwierdziła więc wystąpienia posocznicy plamistej, a jak podkreśla dyrektor ZOZ-u, przyjmująca wtedy lekarz ma duże doświadczenie w przyjmowaniu dzieci podczas dyżurów nocnych i świątecznych oraz, że pracowała ona przez 1,5 roku na oddziale hematologii oddziału dziecięcego szpitala w Poznaniu, więc miała wielokrotnie do czynienia z wybroczynami posocznicy.
- Nie wiem, jakie kompetencje posiadają rodzice, aby to oceniać. To jest bardzo daleko idące oskarżenie. Choć rozumiem, że jest to dla nich bardzo wielka tragedia, bo nie ma większej tragedii niż śmierć dziecka - komentuje dyrektor gnieźnieńskiego ZOZ. Jak dodaje, dziecko z Trzemeszna prawdopodobnie zmarło właśnie w skutek posocznicy plamistej, która jest posocznicą meningokokową. Ma ona bardzo gwałtowny charakter, postępuje bardzo szybko i nie ma na nią lekarstwa.
- Trudno mieć pretensje do lekarzy, że dziecko zmarło na chorobę śmiertelną - uważa dyrektor Krzysztof Bestwina i twierdzi, że nawet gdyby rodzice przywieźli dziecko po raz drugi, nawet godzinę później, czyli o 16:00 to i tak nie udałoby się go uratować. Podaje także przykład sprzed tygodnia, gdy do gnieźnieńskiego szpitala trafiło dziecko, które miało typowe objawy grypy. Po około jednej lub półtorej godziny na jego ciele pojawiły się wybroczyny czyli plamy typowe dla sepsy. Podjęto wtedy szybko procedurę wymaganą w przypadku posocznicy plamistej. Dziecku podano m.in. odpowiedni antybiotyk i osocze oraz przetransportowano do szpitala specjalistycznego w Poznaniu. Jednak mimo tego to dziecko także zmarło.
Do tematu wrócimy w Pałukach.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1306 (8/2017)
Inne teksty na ten temat:
Przyczyna nieznana
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze