14 lat od katastrofy bombowca w Młynicach
To był błąd pilota
W Strzelnie panuje przekonanie, że pilot uratował miasto wyprowadzając uszkodzoną maszynę poza teren zabudowany miasta. Tymczasem bombowiec rozbił się obok Młynic, gdyż pilot popełnił błąd wykonując jedną z figur ćwiczebnego lotu na zbyt małej wysokości - czytamy w raporcie Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Miejsce katastrofy wykonane prawdopodobnie ze śmigłowca Mi-2. Żółta strzałka - kierunek drogi Starczewo-Młyny. Zielona strzałka - budynek gospodarczy państwa Stanków. Czerwona strzałka - kierunek na miasto Strzelno. Niebieska strzałka - kierunek lotu. Opis miejsc wraz zaznaczeniem na mapie Paweł Jankowski wykonał samodzielnie. Oryginalna fotografia tego nie posiada. HUK NA NIEBIE
Blisko 14 lat temu 31 maja 1995 r. o 10.56 w Młynicach pod Strzelnem doszło do katastrofy lotniczej. Zapewne mieszkańcy Strzelna i okolic doskonale pamiętają przerażający huk, a następnie wyjące syreny. W wyniku katastrofy lotniczej zginął starszy pilot z 7. Pułku Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego w Powidzu kpt. inż. Grzegorz Falenta, mieszkaniec miejscowości Ryki.
OBELISK OD MIASTA
Krótko po tym wypadku Rada Miejska Strzelna wraz z ówczesnym burmistrzem Ewarystem Iwińskim pilotowi ufundowała obelisk, który znajduje się na skwerku obok Przedszkola nr 1. W kronice Urzędu Miejskiego Strzelna z tamtego okresu czytamy: W dniu 9 listopada odsłonięto obelisk ku czci kapitana Grzegorza Falenty z jednostki lotniczej w Powidzu, który 31 maja 1995 r. zginął w katastrofie lotniczej w pobliżu wsi Młynice. Już kilkanaście dni po tym smutnym wydarzeniu pojawiła się propozycja upamiętnienia śmierci pilota. Uzgodnienia w tej sprawie miały miejsce w lipcu pomiędzy przedstawicielami dowództwa Jednostki Wojskowej i władzami Strzelna. Swoją opinię w tej kwestii wyraziła rodzina. Listopadowa uroczystość rozpoczęła się mszą świętą w kościele Św. Trójcy. Odprawił ją ks. kapitan Kaczmarek, kapelan z Gniezna. Po mszy św. zgromadzeni udali się wspólnie z orkiestrami na miejsce odsłonięcia obelisku. Przez cały czas trwania uroczystości wartę pełniło wojsko i harcerze. Uroczystego odsłonięcia tablicy umieszczonej na obelisku dokonała żona tragicznie zmarłego p.Małgorzata Falenta oraz pułkownik Krzysztof Adamczak. Odbył się Apel Poległych za tych, którzy zginęli w czasie pełnienia służby dla ojczyzny. Oddano salwę honorową, następnie zostały złożone wieńce i kwiaty na płycie obelisku. Napis na tablicy brzmi: „W dniu 31.V.1995r. wykonując moc obronną ojczyzny zginął śmiercią lotnika kpt. inż. pil. Grzegorz Falenta".
Kpt. pilot Grzegorz Falenta BŁĄD PILOTA
Po 14 latach od katastrofy z naszą redakcją skontaktował się mieszkaniec Strzelna Paweł Jankowski, dziś nauczyciel wychowania fizycznego i informatyki w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Strzelnie, który od lat interesuje się lotnictwem. Pamięta, że w dniu wypadku odbywał praktyki zawodowe w ZSZ Strzelno i widział lecący samolot, ponieważ w tym czasie przebywał na zewnątrz budynku. W rozmowie nadmienia, że informacje, które po 14 latach uzyskał na temat katastrofy, nie mają na celu skalania dobrego imienia poległego pilota. - Bohaterem jest każdy z nich narażając swe życie dla Ojczyzny, a tym bardziej chwała tym, którzy poświęcili swe życie - mówi Paweł Jankowski. Jednak po dokładnym zaznajomieniu się z okolicznościami katastrofy w Młynicach Paweł Jankowski mówi, że pilot, który uważany jest w Strzelnie i okolicach za bohatera, doprowadził do katastrofy przez własny błąd.
KOMISJA ZBADAŁA
W Strzelnie do dziś prawdopodobnie nikt głębiej nie wnikał w przyczyny wypadku. Paweł Jankowski jest pewnie pierwszą osobą w tym mieście, która miała możliwość przeczytania po prawie 14 latach oficjalnego raportu Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Komisja rozpoczęła proces badania okoliczności wypadku już w tym samym dniu, w którym wydarzyła się katastrofa. Komisja pod przewodnictwem inspektora bezpieczeństwa lotów Ministerstwa Obrony Narodowej płk. Mariana Urbańskiego przybyła na miejsce zdarzenia po południu. Po zebraniu materiałów trwała ich analiza. Jak długo trwała, tego nie wiemy. Nasz rozmówca o jej wynikach dowiedział się niedawno.
W Strzelnie, jak mówi pan Paweł, panuje przekonanie, że pilot uratował miasto wyprowadzając uszkodzoną maszynę za teren zabudowany. - Przez te 14 lat też tak myślałem, aż do dnia, w którym natrafiłem na portal internetowy prowadzony przez pana Filipa Borowskiego. W pierwszej chwili po przeczytaniu informacji zawartych na stronie internetowej pomyślałem, że musi tu być błąd. Relacje świadków, opisy w gazetach, audycje nadawane w radiu mówiły coś innego. Postanowiłem na forum opisać to, co wiedziałem na temat katastrofy i jej przebiegu. Wtedy też odezwał się do mnie na pocztę autor portalu - opowiada Paweł Jankowski. Mieszkaniec Strzelna nawiązał dyskusję, w której Filip Borowski, dziś emerytowany pilot, który służył w tej samej jednostce co poległy Grzegorz Falenta, wyjaśnił wszystkie aspekty katastrofy. Od tego też czasu nasz rozmówca inaczej zapatruje się na wydarzenia z tamtego czasu. Dotąd, jak pewnie wielu mieszkańców Strzelna i okolic, znał wersję katastrofy, która mówiła, że w czasie lotu awarii uległ silnik samolotu. Wówczas z tyłu maszyny wydobywał się czarny dym i słychać było wzmagający się ryk silnika. Pilot postanowił wyprowadzić maszynę poza teren zabudowany w celu przymusowego lądowania na brzuchu, a raczej kładzenia. - Wtedy nie pomyślałem, że skoro miał awarię, to dlaczego nie zawrócił w kierunku lotniska? Przecież na pewno dostałby taki rozkaz - mówi Paweł Jankowski. Maszyna została skierowana w kierunku miejscowości Młyny. Pracujący na polu ludzie zeznawali wówczas, że usłyszeli potworny huk, a w chwilę później samolot rozbił się na ziemi. Nastąpiła ponowna eksplozja. Szczątki samolotu zostały porozrzucane w dużej odległości - Z tego co pamiętam, część jakiegoś tłoka uszkodziła budę dla psa, chyba jeśli się nie mylę, u państwa Stanków, część skrzydła ścięła drzewo w pobliskim rowie melioracyjnym - relacjonuje nasz rozmówca.
Kamień - obelisk ufundowany przez Radę Miejską Strzelna na cześć pilota Grzegorza Falenty 9 listopada 1995 r. WOJSKO: PRZEWOZIŁ PÓŁ TONY AMUNICJI
Krótko po katastrofie dyrektor biura prasowego i informacji MON Grzegorz Schmidt poinformował, iż samolot należący do 7. Pułku Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego wykonywał lot szkoleniowy z Powidza. Na łamach Gazety Pomorskiej z 1 czerwca 1995 roku, czyli z następnego dnia po katastrofie, czytamy, iż rzecznik bydgoskiej Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej, która jako pierwsza ze wszystkich służb ratowniczych znalazła się na miejscu wypadku, st. kpt. Paweł Frątczak powiedział, że samolot eksplodował w powietrzu. - Jego szczątki rozrzucone były w promieniu dwóch kilometrów - dodał. Frątczak stwierdził także, że według informacji wojska samolot przewoził 500 kg amunicji, nie był natomiast uzbrojony w rakiety i bomby. Natomiast biuro prasowe MON potwierdziło, że w samolocie była amunicja nabojowa, która jednak nie stanowiła zagrożenia w razie wypadku.
Po latach Filip Borowski mówi reporterowi Pałuk: - Nieprawdą jest, że na samolocie było uzbrojenie. Podczas takich lotów ćwiczebnych nie lata się z uzbrojeniem, wojsko lata tylko na poligon z uzbrojeniem, jeśli jest w planie jakieś bombardowanie czy strzelanie na ostro.
14 LAT TEMU W GAZETACH
W Gazecie Pomorskiej, w artykule zatytułowanym Ostatni lot myśliwca autor opisał katastrofę widzianą oczyma okolicznych mieszkańców, cytując przy tym ich słowa. Andrzej Stanek, który pracował na polu około 100 metrów od katastrofy, widział wybuch samolotu. Widział go także wcześniej, jak leciał od strony Strzelna. Część podwozia ścięła rosnącą za domem topolę, druga część spadła za gnojowiskiem. Na polu leżały setki elementów samolotu wielkości klocków Lego. (...) Pierwsi na miejsce przybyli strażacy z Kruszwicy. Ponieważ nic nie płonęło, tylko się tliło, pogasili dymiące części. Zanim przyjechali wojskowi w stalowych mundurach, zdążyli zabezpieczyć teren. Wojskowi obstawili teren około 5 ha. Prawie 50 osób w kombinezonach służb lotniczych penetrowało pole w poszukiwaniu elementów samolotu. Czekali na przyjazd specjalnej komisji , która zbadać ma przyczyny katastrofy (...) - czytamy w artykule. Mieszkaniec okolic Strzelna Stanisław Dobrzyński reporterowi 14 lat temu w taki sposób relacjonował przebieg katastrofy: - Szedłem z sąsiadem ulicą i usłyszeliśmy dziwny odgłos odrzutowca. Dziwny, bo jakby silnik chodził na niskich obrotach. Potem na chwilę zrobiło się cicho i nagle potężny huk (...) Wtedy zobaczyliśmy grzyb dymu, jakby od bomby atomowej. Był dziwnie jasny. To spadł samolot. Natomiast Andrzej Stanek powiedział wówczas: - Dobry musiał być z niego pilot, skoro samolot nie rozwalił się nad Strzelnem, albo nad moim domem.
FIGURY NA MAŁEJ WYSOKOŚCI
Po 14 latach okazuje się, że do katastrofy wcale nie musiało dojść. W oficjalnym raporcie Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych czytamy bowiem, że przyczyną katastrofy był błąd pilota polegający na wprowadzeniu samolotu w przewrót na zbyt małej wysokości, ze zwiększoną prędkością lotu. Pierwszą fazę figury pilot wykonał za wolno i nie umiejąc poprawić błędu, spowodował zderzenie samolotu z ziemią. Również o okolicznościach katastrofy można przeczytać w oficjalnym raporcie. Zdaniem komisji okoliczności katastrofy wyglądały następująco: Pilot samolotu Su-20 wykonywał lot treningowy do strefy w celu doskonalenia techniki wykonywania figur średniego pilotażu na małej wysokości w DZWA . W strefie wykonał kolejno: pełne zakręty w lewo i w prawo, zwrot bojowy w lewo, nurkowanie, zwrot bojowy w prawo, nurkowanie, imelmana. Z imelmana wyprowadził samolot półbeczką, później zwiększył obroty do maksymalnych i po rozpędzeniu samolotu wprowadził go w górkę. Na wysokości 700 m wykonał beczkę w lewo, wznosząc się z kątem pochylenia 35°. Na wysokości 1950 m wykonał półbeczkę z przejściem w przewrót. W górnym punkcie figury osiągnął wysokość 2400 m, prędkość 750 km/godz. i kąt natarcia mniejszy niż 10°. Wysokość wykonania półbeczki i wprowadzenia samolotu w przewrót oraz wysokość w górnym położeniu figury były za małe. Prawidłowa wysokość wprowadzania wynosi 3500 m. Pilot zatem nie był w stanie wyprowadzić samolotu ze zniżania. Po upływie 9 sekund od chwili osiągnięcia górnego położenia w figurze, na wysokości około 700 m, pilot wytworzył przeciążenie 4,2. W tym czasie prędkość lotu wynosiła 960 km/godz. Kiedy pilot spostrzegł, że samolot gwałtownie zbliża się do ziemi, zaczął energicznie wyprowadzać maszynę z nurkowania, jednak nie uniknął zderzenia z ziemią. Samolot rozbił się w rejonie Młynic koło Strzelna. Błąd pilota polegał na wprowadzeniu samolotu w przewrót ze zbyt dużą prędkością, na za małej wysokości. Niewspółmiernie wychylał drążek sterowy do siebie. Pomyłka mogła być skutkiem błędnego odczytania wskazania wysokościomierza (tego samego dnia pilot wykonywał lot kontrolny na samolocie Su-22 wyposażonym w cyfrowo-tarczowy wskaźnik wysokościomierza, inny niż w samolocie Su-20).
SU 20 NIE WYBACZAŁ BŁĘDÓW
Poznając raport komisji wojskowej do badania przyczyn katastrof lotniczych Paweł Jankowski powiedział, iż jego zdaniem i zdaniem emerytowanego pilota Filipa Borowskiego, Grzegorz Falenta mógł się katapultować, lecz próbował ratować maszynę. W 1997 r. samoloty typu Su 20 stacjonujące w Powidzu zostały wycofane z użytku.
Tekst, który znajduje się na stronach portalu Eskadra odnośnie katastrofy oraz raport komisji został zaczerpnięty z książki Pamięci lotników polskich 1945-2003, autorstwa Józefa Zielińskiego. Teksty, które w książce się znajdują, zostały z kolei zaczerpnięte z materiałów Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. - Informacje, które znajdują się w książce i na portalu są potwierdzone, ponieważ sam osobiście rozmawiałem z pilotami. Jeśli chodzi o raport komisji to myślę, że komisja na pewno zaczęła badać katastrofę już w dniu samej katastrofy i nie wiem, ale do finalnego raportu mogło to trwać dwa, trzy miesiące - mówi emerytowany pilot.
Filip Borowski dodaje: - Su 20 nie uchodził za łatwy w pilotażu i nie wybaczał niektórych błędów. Tutaj w tej katastrofie błędem była za mała wysokość wprowadzenia w figurę (w przewrót) i za duża prędkość - no i stało się, co się stało - szybka utrata wysokości, jeszcze większy przyrost prędkości. Pilotowi po prostu zabrakło wysokości, aby wyprowadzić z figury. Patrząc na zdjęcie z katastrofy, niewiele brakowało, a nie stałoby się to nieszczęście. Samolot płasko uderzył w ziemię, widać charakterystyczny na zdjęciu odcisk samolotu. Jeśli chodzi o sam lot, to był to lot na średni pilotaż na małej wysokości, tak to ćwiczenie się nazywało według programu szkolenia na samolocie Su 20. Średni pilotaż to po prostu stopień trudności, w średnim pilotażu występują już figury pionowe, czyli przewrót, imelman, pętla i inne, które wchodzą w skład prostego pilotażu. No i niestety stało się to podczas wykonywania jednej z figur (przewrót), które właśnie wykonywał pilot w strefie pilotażu, akurat zlokalizowanej nad tym rejonem - usłyszeliśmy od Filipa Borowskiego.
Natomiast, jeśli chodzi o opinię, czy pilot ratował miejscowość, czy nie, Filip Borowski powiedział: - Trudno mi powiedzieć, nie wiem, a w zasadzie nikt nie wie, co działo się w głowie pilota, o czym myślał, czy tylko skupiał się nad tym, aby wyprowadzić samolot z niebezpiecznej sytuacji, czy widział miejscowość podczas pionowego opadania i wiedział, że nie starczy wysokości i nie katapultował się, tylko do końca walczył ..... nie wiem. Chyba sam Grzegorz Falenta o tym najlepiej wie....... To co zostało napisane w raporcie komisji to suche fakty, ale prawdziwe fakty. Jakiś czas po katastrofie zdarzyła się identyczna katastrofa. Wówczas zginęło dwóch lotników. Przyczyny były takie same. Po tej katastrofie wycofano z programu szkolenia na samolotach Su 20 i 22 średni pilotaż na małej wysokości. Obecnie wykonuje się go tylko na średniej wysokości. Uznano, że dla tego typu samolotu jest to niebezpieczne. Mam nadzieje, że chociaż troszeczkę wyjaśniłem aspekty tej katastrofy. Jestem po to, aby przybliżać tematykę o samolotach wojskowych, o lotnictwie i lataniu w wojsku - zakończył rozmowę Filip Borowski.
Zadaniem pilota lecącego nad Strzelnem 31 maja 1995 r. był lot treningowy z Powidza do strefy w celu doskonalenia techniki wykonywania figur średniego pilotażu na malej wysokości. Niestety, lot ten dla pilota Grzegorza Falenty zakończył się tragiczną śmiercią.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 884 (3/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze