W szpitalu w Strzelnie mówiono, że to przeziębienie, a może być to początek zapalenia płuc. W szpitalu w Bydgoszczy u chłopca zdiagnozowano ropień płuca z zapaleniem płuc. - Jak wychodziliśmy ze szpitala w Bydgoszczy usłyszałam, że Błażej dostał drugie życie od Boga. Oni myśleli, że nie dadzą rady go uratować - mówią rodzice chłopca.
Trzyipółletni Błażej Kurczewski z Wójcina (gm. Jeziora Wielkie) dzisiaj już może bawić się ze swoim tatą Piotrem. Jeszcze kilka tygodni wcześniej walczył o życie. fot. Paweł Lachowicz NIC GROŹNEGO
Rodzina Kurczewskich z Wójcina (gm. Jeziora Wielkie) przeżyła dramat. Przez kilka tygodni Agnieszka i Piotr walczyli o życie syna Błażeja.
Wszystko zaczęło się 4 marca od wizyty u lekarza pediatry w Strzelnie. 3,5-roczny Błażej miał suchy kaszel. Podczas wizyty u pediatry Agaty Pieszak okazało się, że to nic groźnego. Pani doktor miała stwierdzić, że wszystko jest z Błażejem dobrze. To był piątek. W niedzielę chłopiec zaczął się krztusić i mama chłopca zauważyła, że dzieje się z nim coś złego. W poniedziałek, 7 marca pani Agnieszka wraz z synem ponownie pojawiła się w ośrodku zdrowia u pani Pieszak. - Ona obsłuchała go i powiedziała, że odsłuchowo jest wszystko dobrze. Lecz po nim było widać, że jest chory. Był blady i słaniał się na nogach. Wyraźnie było widać, że jest z nim coś nie tak - opowiada pani Agnieszka.
Padło stwierdzenie, że Błażeja trzeba położyć w szpitalu, matka otrzymała skierowanie. Na oddziale pediatrycznym szpitala w Strzelnie przyjmowała go lekarz Ewa Badowska. - Ta pani od razu wyskoczyła na mnie z wielką buzią, że przyszłam z dzieckiem na oddział z zapaleniem gardła. Od razu powiedziałam, że jak z zapaleniem gardła, jak dzieciak się ledwo na nogach trzyma. Powiedziałam, że przecież mam skierowanie do szpitala. Ona stwierdziła, że skoro mam skierowanie, to ona gdzieś go tam położy. Dosłownie można powiedzieć, że z wielkim ale. Gdzieś tam na korytarzu, bo nie ma miejsc powiedziała - kontynuuje Agnieszka Kurczewska.
STRZELNO: WSZYSTKO JEST DOBRZE
Po przyjęciu na szpitalny oddział wykonano chłopcu kilka badań. Padła diagnoza, że jest to przeziębienie, a może być to początek zapalenia płuc. W Strzelnie Błażej leżał do 11 marca. - W czwartek widziałam, że się jeszcze bawi z dzieciakami na oddziale. W piątek poprosiłam lekarza, żeby Błażeja zbadał. Przyszedł ordynator Tomasz Nowak, osłuchał go słuchawkami i powiedział mi, żebym się nie przejmowała, bo wszystko jest dobrze. Powiedział: „Niech pani się nie przejmuje, jest pani przewrażliwiona, bo za długo pani z dzieckiem siedzi”. Jak tak powiedział, to zrobiłam się spokojniejsza - dodaje mama Błażeja.
Tego dnia wykonano też prześwietlenie płuc i okazało się, że trzeba z dzieckiem jechać do Bydgoszczy.
- Nam nie powiedziano, że Błażej jedzie walczyć o życie, tylko nam powiedziano, że będzie tam dostawał antybiotyk, którego tutaj nie mają. Ja byłam przekonana, że dostanie antybiotyk i pojedziemy do domu. W Bydgoszczy, jak go zobaczyli to się przerazili, że jest mocno pokłuty. Bo w Strzelnie, w szpitalu oni potrafili trzymać go półtorej godziny w gabinecie i kłuli. Był pokłuty dosłownie wszędzie, nawet na głowie - opowiada pani Agnieszka.
BYDGOSZCZ: RATOWAĆ ŻYCIE
Błażej trafił do Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego im J. Brudzińskiego w Bydgoszczy na oddział pediatrii, endokrynologii i diabetologii. Przy wstępnych badaniach padła diagnoza, że chłopiec może mieć nadpęknięty wyrostek. Lekarze szykowali się do operacji, która miała odbyć się następnego dnia. Rano przyszedł chłopca zbadać profesor Andrzej Prokurat. - Powiedział mi, że będzie musiał Błażejka wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej, bo jest w bardzo ciężkim stanie, wręcz krytycznym. Ja powiedziałam, że w Strzelnie powiedzieli mi, że w Bydgoszczy dostanie tylko antybiotyk i wszystko będzie dobrze. Profesor powiedział mi, że dziecko trzeba uśpić, bo musi robić wszystko, aby dziecko ratować. Syn miał w ciągu czterech dni dwa razy brzuszek otwierany oraz musieli się do płucka dostać. Na płuckach miał flegmę, krew i popękane żyłki. Wszystko to ściekało mu do brzuszka i miał bardzo opuchnięty brzuszek. Walczyli tak z mim przez trzy dni - opowiada Agnieszka Kurczewska.
W trakcie leczenia w bydgoskim szpitalu chłopca zaatakowała sepsa, ale lekarze uspakajali rodziców, że będą z nią walczyć - i jak mówi pani Agnieszka - zwalczyli ją. Chłopiec przez półtora tygodnia przebywał w stanie śpiączki, a dwa tygodnie na OIOM-ie, jego stan był bardzo ciężki, ale stabilny. Gdy parametry życiowe się poprawiły, chłopiec przewieziony został na oddział chirurgiczny bydgoskiego szpitala.
W sumie Błażej ze swoją mamą przebywał w szpitalu w Bydgoszczy 6 tygodni. Z karty leczenia szpitalnego w Bydgoszczy wynika, że u chłopca zdiagnozowano ropień płuca z zapaleniem płuc. To, co zapisano w karcie leczenia szpitalnego, publikujemy obok w ramce.
- Po opuszczeniu bydgoskiego szpitala leczenie naszego syna się nie zakończyło, oni go cały czas leczą. Ma ciągłą dietę, mleka nie może spożywać, czekolady też, a wiadomo jak można dziecku odmówić. Jeździmy co tydzień do Bydgoszczy na kontrolę. Po tym wszystkim Błażej zrobił się bardzo nerwowy. A on taki nie był. Usłyszałam, że nie mam co się dziwić, bo jak może być inaczej po tym wszystkim, co przeszedł - dodaje pani Agnieszka.
PRETENSJE RODZICÓW
Rodzice chłopca mają pretensje do strzeleńskich lekarzy. Do doktora Tomasza Nowaka, bo mówił, że jest wszystko w porządku. Matka chłopca uważa, że gdyby Tomasz Nowak zlecił wcześniej prześwietlenie, to prędzej by się Błażej znalazł pod odpowiednią opieką. - Mam również pretensje do pani Badowskiej, że nie chciała go przyjąć na oddział, chociaż mieliśmy skierowanie od pani Pieszak. W Strzelnie moim zdaniem Błażej przeszedł piekło. Opieka jest tam można powiedzieć beznadziejna. Jak wychodziliśmy ze szpitala w Bydgoszczy, usłyszałam, że Błażej dostał drugie życie od Boga. Oni myśleli, że nie dadzą rady go uratować. Tak zaawansowana była choroba. Nie wiem, czy jest to spowodowane chorobą, ale Błażej jak biegnie, to się po chwili przewraca i przechyla się trochę na prawą stronę. Jest nadpobudliwy. Tego przed chorobą u niego nie było - dodaje Agnieszka Kurczewska.
Matka chłopca Agnieszka Kurczewska ma żal do strzeleńskich lekarzy. Jej zdaniem, Błażej mógł wcześniej znaleźć się pod odpowiednią opieką lekarzy z Bydgoszczy. fot. Paweł Lachowicz WDZIĘCZNI BYDGOSKIM LEKARZOM
Rodzice Błażeja są bardzo wdzięczni bydgoskim lekarzom za uratowanie życia ich syna. Za naszym pośrednictwem dziękują też sąsiadom, znajomym, przyjaciołom, członkom rad sołeckich, rady parafialnej oraz ks. proboszczowi wójcińskiej parafii za modlitwę i okazaną pomoc materialną podczas ich pobytu w szpitalu. - Dziękujemy również wszystkim, którzy wspierali nas w tych ciężkich chwilach, za ciepłe słowa i słowa otuchy – powiedziała Agnieszka Kurczewska.
NIE CZUJĄ SIĘ WINNI
Zastępca dyrektora SPZOZ do spraw medycznych dr Tomasz Nowak uważa, że w strzeleńskim szpitalu wykonano chłopcu wszystkie niezbędne badania i hospitalizacja chłopca przebiegała zgodnie ze sztuką lekarską.
- W piątek powiedziałem mamie chłopca w ten sposób, że wszystko będzie zależało od wyniku zdjęcia radiologicznego, które będzie wykonane w poniedziałek. Była taka kwestia, że u chłopca były zmiany w szczycie po prawej stronie płuca, było wysokie CRP, chłopiec gorączkował, więc rozpoczęto leczenie, CRP opadło, przestał gorączkować i powiedziałem, że po zdjęciu radiologicznym zdecydujemy, czy idzie do domu, czy nie. Zdjęcia radiologiczne okazało się gorsze niż wyjściowe i dlatego chłopiec został skierowany na oddział pulmonologiczny do Bydgoszczy. My traktowaliśmy to jako zapalenie płuc z niedodmą. Po prostu przytkanie jakiegoś oskrzela. Normalnie, jak oglądamy obraz radiologiczny, to mamy zwiewny rysunek, a tutaj był generalnie zajęty górny płat prawego płuca. CRP jest wskaźnikiem stanu zapalnego. Opadające świadczy o tym, że leczenie było dobre. Radiologicznie niestety obraz się pogorszył, rysunek był bardziej zacieniony, w związku z tym nasze możliwości w tym momencie się kończą i przekazujemy do ośrodka wyższego rzędu. Osłuchowo nic na to nie wskazywało. Na początku, jak badaliśmy chłopca, to jak mamy zmianę niedodmową, to jest gorsza wentylacja z tej strony, więc ciszej słyszymy w stosunku do pozostałych obszarów płuca, a tutaj się poprawiało, wręcz można powiedzieć, że jakby się odblokowało. Ale zawsze robimy zdjęcie radiologiczne, tym bardziej w sytuacji takiej, jak mamy zmianę niedodmową, czy jest wszystko w porządku. W związku z tym, że nie było w porządku, pomimo że parametry stanu zapalnego były znormalizowane i w takim stanie przekazywaliśmy go do ośrodka wyższej referencyjności, bo różnie to bywa. U nas dwukrotnie było wykonane badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Opisy USG były prawidłowe. Nie było żadnych zmian, żadnego płynu, powiększenia narządów, czy węzłów chłonnych. W obrazie radiologicznym również nic nie wzbudzało naszych wątpliwości – tłumaczy doktor Tomasz Nowak.
Powiedzieliśmy dr. Nowakowi, że matka chłopca uważa, że gdyby w strzeleńskim szpitalu prędzej zareagowano i podjęto właściwe leczenie, oszczędziłoby to dalszych przykrych badań i skutków leczenia chłopca. Doktor Nowak uważa, że po chłopcu nie było widać tak ciężkiego stanu chorobowego, jego stan, jak twierdzi dr Nowak nie pogarszał się, nie gorączkował, a wyniki stanu zapalnego nie pogarszały się.
- Gdyby było odwrotnie, to nikt by się nad tym nie zastanawiał, ale skoro bąbel wychodzi z łóżka, bo jednak dłuższy okres czasu leżał. Z kolegą obok przy łóżku bawi się, nie gorączkuje, to nie ma podstaw, aby przekazywać dziecko. Natomiast obraz radiologiczny przedstawił sytuację inaczej, czyli nastąpiło pogorszenie. Nikt nie mógł przewidzieć, że taki będzie postęp. Jeżeli dziecko jest w dobrym stanie klinicznym, to nie robimy zdjęć rtg non stop. Dajemy okres czasu na leczenie i dopiero robimy kontrolę. Gdyby wcześniej wskazywał i gorączkował, zrobilibyśmy zdjęcie wcześniej i dziecko byśmy odesłali. Każde zdjęcie jest obciążeniem. Ja pracuję w tym zawodzie prawie 30 lat i wszystko się zmienia. Każdy człowiek jest indywidualnością i u każdego choroba przebiega inaczej. Są różne przebiegi choroby. Mogła być taka sytuacja, że z jednej strony coś się odblokowało, a z drugiej nie odblokowała się jakaś część pęcherzyków i doszło do martwicy, bo było niedotlenione. W związku z tym, że chłopiec otrzymywał antybiotyk, to mu się poprawiało, lepiej oddychał, ale zmiana miejscowo postępowała – dodał dr Tomasz Nowak.
Spytaliśmy pana doktora, czy nie czuje się winny, że być może z powodu jego błędu pogorszył się stan zdrowia chłopca. Doktor Nowak twierdzi, że miałby do siebie pretensje, jeśli nie wykonane zostałoby u Błażeja USG. Ale takie badanie zostało chłopcu wykonane. Zdaniem doktora Nowaka, chłopiec uskarżał się na ból brzucha i USG było wykonane z tego właśnie względu.
- Gdybyśmy zrobili jakieś uchybienie i czegoś nie dopilnowali, to bym mógł mieć do siebie pretensje. Ale nie mamy sobie nic do zarzucenia, zrobiliśmy zdjęcie w momencie, aby ocenić, czy chłopiec może iść do domu, a okazało się, że jednak nie i tego samego dnia zaraz po zdjęciu przekazany został na pulmonologię. W medycynie nigdy nie można być pewnym. Każdy człowiek jest indywidualny i nie można tutaj iść szablonem, a u dzieci szczególnie, bo dziecko panu nic nie powie, szczególnie takie maluchy. Bazujemy na tym, co mówią rodzice, na własnych obserwacjach i wynikach badań. I to wszystko wymaga czasu i spokoju - dodał dr Tomasz Nowak.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1265 (19/2016)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze