Reklama

Jerzy Witczak - przywracał życie zegarom

Zegary były jego całym życiem. Potrafił naprawić każdy, w każdego tchnąć życie. Poza tym żył muzyką, śpiewem, grą na instrumentach, podróżami, historią i modelarstwem. Syrenką zabierał rodzinę w dalekie podróże. Zaraził żonę fachem zegarmistrzowskim. Dziś córka Maria kontynuuje pasje ojca. Prowadzi zakład zegarmistrzowski, organizuje z mężem Zloty Weteranów Szos, uwielbia jeździć syrenką.

Jerzy Witczak podczas pracy w swoim mogileńskim zakładzie przy pl. Wolności w 1956 r. fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

    Jerzy Witczak urodził się 17 marca 1929 r. w Poznaniu. Był najmłodszym z trojga dzieci Józefa i Praksedy z domu Perlikiewicz. Ojciec jego pracował w pierwszej w Wielkopolsce Fabryce Samolotów Samolot w Poznaniu. Niestety okres recesji zaczynający się na świecie dał się we znaki i Poznaniowi. Na domiar złego 12 września 1929 r. nad fabryką rozszalały się płomienie. Właściwie do dzisiaj nie wiadomo, co było przyczyną pożaru, ale fabryka nie po-dźwignęła się z upadku i w 1931 r. oficjalnie ją rozwiązano. Ojciec Jerzego został bez pracy. Matka natomiast pochodziła z Pobiedzisk z rodziny wielu wyuczonych zegarmistrzów. Ojciec oraz bracia Praksedy Witczak mieszkali wtedy w Gnieźnie i prowadzili tam swoje zakłady. Jeden zegarmistrzowski i dwa złotnicze. Dowiedziawszy się o tragedii fabryki w Poznaniu, zaproponowali rodzicom Jerzego, aby przeprowadzili się do Gniezna. Tak też się stało. W Gnieźnie ojciec Jerzego otrzymał pracę u swego wuja Franciszka Perlikiewicza i tam wyuczył się zawodu złotnika.

Jerzy Witczak (drugi z prawej) podczas otwierania trumienki z relikwiami św. Wojciecha w katedrze gnieźnieńskiej w 1959 r. Na zdjęciu, stoją od lewej: bp. Zaremba, bp. Jan Michalski i bp. Jan Czerniak. fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

    OKRES GNIEŹNIEŃSKI
    W 1938 r. Jerzy Witczak rozpoczął naukę w szkole powszechnej. Naukę przerwała mu wojna. Krótko po jej wybuchu w 1939 r. ojciec Jerzego Józef Witczak został zmobilizowany do wojska i walczył nad Bzurą, dostał się do niewoli, skąd wywieziono go do Niemiec, tam pracował u gospodarza. Zakład złotniczo-zegarmistrzowski, w którym pracował w Gnieźnie, przejęła Niemka. Ona to od współpracowników oraz stałych klientów zakładu dowiedziała się, że Józef był bardzo dobrym fachowcem. Postanowiła za wszelką cenę ściągnąć go z powrotem do Polski. Władze niemieckie zgodziły się na jego powrót pod warunkiem, że będzie tutaj w tym zakładzie odrabiał to, co miał do zrobienia u gospodarza w Niemczech. W taki sposób Józef Witczak powrócił do Gniezna. Jerzy miał wówczas 12 lat i pracował również w tym samym zakładzie, ale jako goniec. Ponieważ dobrze wykonywał swoją pracę, Niemka zgodziła się, aby został w tym zakładzie uczniem zegarmistrzowskim. I tak rozpoczęła się przygoda, która stała się jego życiową pasją.
    Po wojnie, gdy Niemka wyjechała, zakład w Gnieźnie powrócił w ręce pierwotnego właściciela, czyli wuja Jerzego Franciszka Perlikiewicza. Jerzy w tym czasie ukończył szkołę podstawową i podjął dalszą naukę w szkole zawodowej na ul. Sienkiewicza w Gnieźnie, którą ukończył zdobyciem dyplomu czeladniczego. Następnie kształcił się zaocznie w zawodzie zegarmistrza w Poznaniu. Ukończył je pomyślnym złożeniem przed Komisją Egzaminacyjną 27 lutego 1953 roku egzaminu i decyzją Izby Rzemieślniczej w Poznaniu uznany został mistrzem zegarmistrzowskim. Po uzyskaniu tytułu mistrzowskiego nadal pracował w zakładzie u wuja.

Reklama
Występu chóru z Pobiedzisk w teatrze w Gnieźnie. Jerzy Witczak gra na wiolonczeli (w prawym dolnym rogu). fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

    MIŁOŚĆ DO MUZYKI
    Oprócz swojej zawodowej pasji Jerzy miał również inne zainteresowania i zdolności. Bardzo lubił muzykę, szczególnie Bacha, Beethovena oraz muzykę organową. Już od lat pięćdziesiątych aż do swojej śmierci, czyli blisko 40 lat, śpiewał w chórze. Był to Chór Prymasowski w Gnieźnie. Poświęcał mu bardzo dużo wolnego czasu. - Ojciec śpiewał w Chórze Prymasowskim w Gnieźnie od lat pięćdziesiątych. Śpiewał w nim aż do śmierci, czyli ponad 40 lat, tak że co sobotę jeździł do Gniezna na próby, bardzo często wyjeżdżał z chórem na koncerty po Polsce, parę razy zdarzyło się też, że wyjechali za granicę. To była też ojca pasja. Dla chóru naprawdę ojciec poświęcał bardzo dużo czasu - wspomina córka Jerzego Anna. Oprócz słuchania muzyki umiał także grać na różnych instrumentach, m.in. akordeonie, fisharmonii oraz wiolonczeli.
W 1953 r. Jerzy został powołany do wojska. Tam, ponieważ miał zdolności muzyczne, dostał się do wojskowej orkiestry. Po odbyciu służby wojskowej powrócił w rodzinne strony i nadal pracował w zakładzie u swojego wuja przy ul. Chrobrego w Gnieźnie. Jednak coraz częściej myślał o otworzeniu własnego zakładu.
    OSIADŁ W MOGILNIE
    Myśli takie zaczęły nachodzić go szczególnie, gdy poznał przyszła żonę Gabrielę Maciejewską i zaczął poważnie myśleć o założeniu rodziny. Żeby zapewnić byt rodzinie, jeździł i szukał po okolicy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Gniezna jakiegoś miejsca, w którym mógłby otworzyć swój zakład. Okazało się, że było warto, ponieważ znalazło się miejsce w Mogilnie, w miejscu, gdzie do dzisiaj znajduje się jego rodzinny zakład zegarmistrzowski.

11 sierpnia 1957 r. Jerzy Witczak z żoną Gabrielą krótko po ślubie przed zakładem na pl. Wolności w Mogilnie fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

    Najpierw Jerzy prowadził zakład w jednym małym pokoiku, bo tylko tyle wówczas wynajmował, jednak z czasem otrzymał od właścicielki Kazimiery Bosiackiej większą część lokalu. Jerzy był bardzo szczęśliwy, że spełniały się jego marzenia. Dopełnieniem jego szczęścia był ślub z Gabrielą Maciejewską, który nastąpił 21 lipca 1957 r. w katedrze gnieźnieńskiej. Później przyszły na świat dwie córki Jerzego i Gabrieli: Anna i Maria.
     RENOWACJA TRUMIENKI
    20 stycznia 1959 r., w związku z tym, że  ojciec Jerzego Józef miał prawdopodobnie jako jedyny zakład złotniczy w Gnieźnie, poproszony został przez ówczesne władze kościelne o pomoc przy wyciągnięciu relikwii św. Wojciecha mieszczącej się w katedrze gnieźnieńskiej. O pomoc w pracach poproszony został również brat Jerzego Aleksander oraz Jerzy, który ze względu na wykonywaną pracę posiadał niesamowitą precyzję.  Dokonali oni także renowacji trumienki. Po wykonaniu pracy otrzymali specjalne podziękowanie od Prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Reklama
Renowacja trumienki św. Wojciecha. Przy trumience (od prawej) Józef Witczak z synami Jerzym i Aleksandrem. fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

    MUZYKA I PODRÓŻE
    Praca pochłaniała bardzo dużo czasu w życiu Jerzego, ale starczało mu go także na inne pasje. Szczególnie na śpiew w chórze, ale oprócz występów w chórze Jerzy grał w zespole stworzonym z kuzynów i wujów. Spotykali się w swoich domach w Mogilnie lub Pobiedziskach i koncertowali dla rodziny. Jerzy na wiolonczeli, kuzyni i wujowie na skrzypcach i fortepianie. Oprócz muzyki Jerzy bardzo lubił podróżować i zwiedzać zabytki. Gdy nie miał jeszcze samochodu, wspólnie z bratem Aleksandrem i trzema kolegami organizowali wycieczki rowerowe po Polsce. Nawet po ślubie potrafił wykroić tydzień lub dwa, żeby wybrać się na krajoznawczą wycieczkę. - Spali wtedy po stodołach, gdzie się dało, czasami w jakimś ośrodku turystycznym. Otrzymał srebrną i złotą odznakę Kolarstwa Turystycznego - mówi żona Jerzego Gabriela.

Jerzy Witczak w 1984 r. fot. ze zbiorów domowych Gabrieli Witczak

     SYRENKA
    W 1969 r. po wielkich oporach kupił pierwszy samochód, była to syrenka. Po jej zakupie na wycieczki zabierał swoją rodzinę. Córka Jerzego Anna wspomina: - Dużo zwiedzaliśmy, jak była taka możliwość wyjeżdżaliśmy do krajów demokracji ludowej, bo nigdzie dalej wtedy nie można było wyjechać i tą „syreną” zajechaliśmy aż do Budapesztu, Berlina czy Drezna. Tam oczywiście zwiedzaliśmy muzea, to była naprawdę wielka pasja ojca. Pamiętam z dzieciństwa - ojciec podczas wyjazdu koniecznie chciał zwiedzać kolejne muzea. W Dreźnie było kolejne, wtedy my z siostrą zastrajkowałyśmy, że my już nie chcemy, to się ojciec na nas obraził, że on chce nam tu pokazać światowe dziedzictwo, a my strajkujemy.
    HISTORIA
    Kolejną pasją Jerzego była historia II wojny światowej. W swoich zbiorach miał niezliczoną ilość książek na ten temat, które zachowały się w zbiorach rodzinnych do dzisiaj. Bardzo dużo czytał szczególnie wszystko co związane było z Powstaniem Warszawskim i kulisami II wojny światowej na Wschodzie, Zachodzie i na naszych terenach. Miał również duszę artysty. Podczas podróży krajoznawczych zabierał się trochę za malowanie pejzaży. Swoją żonę przy różnych rocznicach i uroczystościach obdarowywał własnoręcznie wykonanymi bibelotami z bursztynu.
    Pomiędzy swoimi pasjami nigdy nie zapominał, co jest najważniejsze. Zawsze miał czas dla swoich kobiet w domu, czyli żony i córek. Nieustannie podnosił swoje kwalifikacje i doskonalił umiejętności. Praca była dla niego wielkim wyzwaniem. - Był dobry w swoim fachu na tyle, że nie było zegara, z którym by sobie nie poradził. Potrafił siedzieć do późnej nocy i grzebać w tych zegarkach. Nigdy nie było sytuacji, żeby odłożył pracę na później lub powiedział, że czegoś nie potrafi zrobić - mówi żona Gabriela. W sumie w rodzinie Jerzego było 17 zegarmistrzów.
    Jerzy niejednokrotnie pomagał także w pracy swoim kuzynom, oni także odwdzięczali się jemu wsparciem oraz służyli radą. Pasją Jerzego już od czasów młodości było także modelarstwo. - Niemcy wydawali kartonowe plansze z modelami samolotów alianckich, żeby np. Hitlerjugend wiedzieli, jak takie maszyny wyglądają, żeby w razie czego umieli się bronić. Jerzy bardzo lubił sklejać te modele. Umiał wykonać pojazdy, interesowały go także militaria - wspomina pani Witczak.     Jerzy bardzo dobrze władał językiem niemieckim. Najpierw zmuszony do jego nauki był podczas wojny, kiedy nauka j. niemieckiego była obowiązkowa. Po wojnie nie zaprzestał nauki i sam szlifował język. Często słuchał radia niemieckiego, żeby nie zapomnieć słów. Po śmierci ojca, przeglądając jego papiery, znaleźliśmy karteczki najróżniejsze, na których zapisywał sobie słowa, których nie znał i obok ich znaczenie. Zdarzyło się nawet, że jak z chórem pojechał na zaproszenie chóru niemieckiego do Bawarii, zabrakło tłumacza i wtedy poproszono o pomoc ojca - opowiada córka Anna.

Reklama
Gabriela Witczak przy oryginalnym warsztacie swego męża, przy którym do dnia dzisiejszego pracuje córka Maria Witczak fot. Paweł Lachowicz

     ŻONA ZEGARMISTRZ
    Swoją pasję zawodową zaszczepił wśród swoich domowników. Żona Jerzego Gabriela przed ślubem pracowała w Bibliotece Dziecięcej w Gnieźnie, po ślubie natomiast od początku pomagała mężowi w prowadzeniu zakładu. Gdy Jerzy Witczak miał bardzo dużo pracy, wówczas żona obsługiwała klientów. Podczas nieobecności męża, np., gdy wyjeżdżał na szkolenia, prowadziła zakład sama. - Zawodu wyuczyłam się przy boku męża i także zdobyłam w 1980 r. tytuł czeladnika w tym zawodzie. Stało się to za przyczyną takiego nieszczęśliwego roku w naszej rodzinie, kiedy poumierało wiele osób. Wtedy Jerzy się wystraszył i stwierdził, że gdyby mu się coś stało, to my zostaniemy bez środków do życia. Wtedy postanowił przyuczyć mnie do zawodu, abym w przyszłości mogła sobie poradzić i dopingował, żebym ukończyła kurs czeladniczy, a taki dokument był potrzebny do prowadzenia samodzielnie zakładu - wspomina pani Gabriela.
     CÓRKA ZEGARMISTRZ
    Państwo Witczakowie szczęśliwie dożyli zasłużonej emerytury, a miejsce ojca w zakładzie zajęła córka Maria, która po maturze koniecznie chciała pracować. Wtedy Jerzy Witczak powiedział córce, że jak ma pracować u kogoś obcego, to może pracować w zakładzie u niego. Nie miał syna, więc postanowił wyuczyć córkę. I tak się stało. Maria podjęła naukę fachu u ojca. Do swojej pracy zawsze podchodziła z taką samą pasją, jak jej ojciec. Uczyła się trzy lata zawodu i ukończyła go kursem czeladniczym w Bydgoszczy. W dzisiejszych czasach jest coraz mniej ludzi, którzy posiadają nakręcane zegarki. Teraz modne stają się stare duże zegary, w związku z tym Maria bardzo dużo pracy wkłada w przywróceniu ich do dawnej świetności, można by powiedzieć, że przywraca im życie.

Tak obecnie wygląda kamienica, w której od ponad 50 lat istnieje zakład zegarmistrzowski założony przez Jerzego Witczaka fot. Paweł Lachowicz

    WARSZTAT TEN SAM
    Jerzy Witczak zmarł nagle 22 lipca 1991 r. Okazało się, że nie przeżył rozległego zawału serca. Od ponad 50 lat nieprzerwanie zakład mieści się przy pl. Wolności. Jest to jeden z nielicznych już zakładów zegarmistrzowskich na naszym terenie. Dawniej do naprawy klienci przynosili zegary mechaniczne, których naprawa pochłaniała wiele godzin, dziś w dobie zegarków elektronicznych, usługa polega najczęściej na wymianie baterii. Warsztat państwa Witczaków wypełniają rozmaite zegarki oraz zegary wiszące i stojące. Wybijają godziny i półgodziny, niektóre nawet kwadranse. Dzięki świadczonym na najwyższym poziomie usługom zegarmistrzowskim pracownia ta zdobyła sobie szybko zaufanie klientów.
    Po śmierci Jerzego Witczaka w roku 1991 prowadzenie zakładu przejęła córka Maria Witczak, która do dzisiaj nie zmieniła wyglądu warsztatu ojca.

Reklama

  Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 855 (27/2008)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości