Reklama

Jesteśmy w Kambodży

W świątyni kaodaizmu w Tay Ninh fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz podróżuje dookoła świata * Sajgon * Świątynia kaodaizmu * Wojenne tunele
     Jesteśmy w Kambodży
     Po stronie kambodżańskiej widać biedę, jakiej podróżnicy nie spotkali nigdzie dotąd. Nie ma jednak żadnych problemów z porozumiewaniem się, gdyż wszędzie słychać język angielski.

     MUZEUM AMERYKAŃSKIEJ ZBRODNI WOJENNEJ
     30 STYCZNIA
     Sajgon zwany Ho Chi Minh od nazwiska wodza rewolucji Ho Chi Minha. Jest on największą aglomeracją Wietnamu. Miasto, tak jak każde wietnamskie pełne jest motorków. Są ich tu, tak jak w Hanoi, miliony. Jednak od pierwszych chwil tu spędzonych czuć coś innego. Czuć to na ulicach, gdy zaczepiają nas rikszarze. Na słowa: - "Nie dziękuję", dają spokój. W ulicznych knajpkach, normalne ceny, tj. nie wymyślone specjalnie dla turystów. Można powiedzieć że lubią tu białych. Nasza dzielnica to miejsce typowe dla backpackerów, czyli młodych ludzi z plecakami. Mnóstwo tu tanich hoteli, guesthousów, knajpek z tanim jedzeniem, biur turystycznych, kafejek internetowych i sklepów z pamiątkami. Jednym z głównych zabytków Sajgonu jest katedra Notre Dame, wyglądem przypominająca tą z Paryża. Została zbudowana przez Francuzów za czasów ich panowania w Wietnamie. Kolejne miejsce, które odwiedzamy pierwszego dnia pobytu to Muzeum Wojny. Zwane ono było jeszcze kilka lat temu Muzeum Amerykańskiej Zbrodnii Wojennej, ale z napływem turystów zagranicznych nazwa została zmieniona. Zebrane zbiory wyjątkowo eksponują złe rzeczy, których dopuścili się amerykańscy chłopcy" w czasie wojny wietnamsko-amerykańskiej. Dwie godziny spędzone w muzeum dają dużo do myślenia. Zdecydowanie odmienny obraz od tego z amerykańskich filmów o Wietnamie. Dobra to lekcja historii. Jedną z atrakcji Sajgonu jest zwiedzanie miasta rikszą. Nic w tym niezwykłego, riksze spotykaliśmy już wcześniej na naszej trasie. Ciekawa jest jednak historia samych rikszarzy. Są to w większości osoby lub byli żołnierze wspierający Amerykanów w czasie wojny. Po ich przegranej zostali oni ukarani pozbawieniem wszelkich praw, dostanie przez nich jakiejkolwiek pracy jest praktycznie niemożliwe. Są to czasami osoby dobrze wykształcone, świetnie władające językiem angielskim. Mieszkają oni jednak na ulicach. Każdego wieczoru, wracając do hotelu, mijamy ich śpiących w swoich rikszach. Wieczorem kupujemy dwa bilety na całodniową wycieczkę do tunelów Cu Chi i Wielkiej Świątyni Kaodaizmu, na którą wybieramy się jutro.

Elementy dekoracyjne zabytków w Saigonie fot. Piotr Mazurkiewicz

Reklama

     W ŚWIĄTYNI KAODAIZMU
     31 STYCZNIA
     Z Sajgonu wyjeżdżamy o 8:00. Droga do Tay Ninh, gdzie znajduje się świątynia kaodaizmu zajmuje ponad dwie godziny. Kaoidaizm to bardzo młoda religia. Zatwierdzona została dopiero w 1926 roku. Jest ona kombinacją elementów wielu religii m.in. buddyzmu, konfucjanizmu, chrześcijaństwa, hinduizmu, islamu, judaizmu, taoizmu oraz genismu. W Wietnamie ma ona około 2 milionów wierzących. Gmach Wielkiej Świątyni robi ogromne wrażenie. Przepięknie przyozdobiony, można nawet rzec przeozdobiony. Styl budowy to typowe rokoko. Z Tay Ninh ruszamy w stronę sławnych z czasów wojny tuneli Cu Chi. Były one używane przez żołnierzy Viet Congu do walki z Amerykanami. Mają długość ok. 200 km. Przewodnik oprowadzający po nich naszą grupę, mówi, że były jednym z elementów decydujących o przebiegu wojny. Mamy też okazję przeczołgać się jednym z tuneli. Budowa ciała białego człowieka zdecydowanie nie pomaga w przemieszczaniu się tunelem. Kolejna niespodzianka to strzelnica. Arsenał tam zgromadzony jest imponujący - od lekkiego colta, przez automat UZI do ciężkiego karabinu maszynowego służącego do zestrzeliwania samolotów. Co lepsze, to wszystko dla turystów. Za drobną opłatą można sobie postrzelać z każdej broni. My oczywiście wybieramy słynny M-16 i spełniamy marzenie z lat dziecinnych. Strzelanie z tego karabinu to naprawdę dobra frajda. Na końcu wycieczki zostajemy poczęstowani jedzeniem spożywanym przez żołnierzy Viet Congu, a mianowicie gotowanymi bulwami słodkiego ziemniaka i herbatą. Wycieczka ta dostarczyła nam wielu nowych wiadomości na temat walki Wietnamczyków z Amerykanami, a także nowych znajomości. Poznajemy tam mianowicie Tobra - Niemca pochodzenia polskiego. Podróżuje tak jak my, już od kilku miesięcy. Jego Polski nie jest najlepszy jednak podstawowe słowa takie rozumie.
     UMAWIAMY SIĘ W BOLIWII
     1 LUTEGO
     Rano jak zwykle śniadanie, w zaprzyjaźnionej knajpce. Jednak nie jest ono takie jak zwykle. W czasie swobodnej rozmowy o kobietach itd. wiedząc, że i tak nas nikt nie rozumie (niestety ciągle nie spotkaliśmy polskich podróżników na naszej trasie) odzywa się po polsku jegomość siedzący obok. Nie wyglądał na Polaka. A co gorsza siedział z nami jakiś czas. Pyta: "Panowie mówią po Polsku?" - "Tak mówimy po Polsku" - odpowiadamy zdziwieni. Po chwili rozmowy okazuje się, że studiował w latach 70. matematykę w Polsce. Pochodzi z Boliwii, a na stałe mieszka w Kanadzie. Nasze śniadanie znacznie się przedłuża. Rozmawiamy prawie dwie godziny. Wspomina on wspaniałe czasy studenckie, które nam też nie są obce. Jego polszczyzna po tylu latach jest imponująca. Dowiadując się, że mamy zamiar odwiedzić również Boliwię, proponuje opiekę swojego brata, który tam mieszka. Kontakt w Boliwii - dobra rzecz. Wymieniamy e-maile i robimy pamiątkowe zdjęcie. To pierwsza dłuższa rozmowa po polsku i co ciekawsze nie z Polakiem, tylko z Boliwijczykiem. Po spotkaniu szukamy serwisu naprawczego, ponieważ siadła nam kamera. W niedzielę, jak to w niedzielę, serwisy naprawcze pozamykane. Ale wiemy gdzie znajduje się serwis "Canona". Jutro na pewno się tam udamy. Na mszę świętą idziemy do katedry Notre Dame i tam kolejne zabawne wydarzenie. Część wiernych uczestniczy w nabożeństwie siedząc na swych motorkach przed kościołem. Są to głównie młodzi ludzie, ale nie brakuje też dorosłych. Wiedzieliśmy, że motorek to ważna część życia Wietnamczyka, ale aż do tego stopnia? W jednym z parków znów motorki, a na nich romantycznie spędzające czas pary zakochanych. Wieczorem przy grze w bilard poznajemy młodego Anglika, który na wieść, że za kilka dni jedziemy do Kambodży poleca nam Guesthouse No.9. Kolejni podróżnicy potwierdzają tą opinię. Najważniejsze to wymiana informacji między podróżnikami, można zaoszczędzić wiele czasu.  
     ODDAJEMY KAMERĘ DO NAPRAWY
     2 LUTEGO
     Naprawa kamery to priorytet dzisiejszego dnia. Po małym rozczarowaniu w serwisie "Canona" i szukaniu kolejnego punktu naprawczego, w końcu oddajemy kamerę do naprawy. Po małych negocjacjach ceny i za dodatkową opłatą ma być gotowa dziś na 19:00. By jakoś wypełnić dzień udajemy się do Pałacu Reunifikacyjnego, znanego z zakończenia konfliktu wietnamsko-amerykańskiego. To właśnie rankiem 30 kwietnia 1975 roku północnowietnamskie czołgi sforsowały bramę pałacu, co było znakiem zwycięstwa komunistów. Dwa słynne czołgi ciągle stoją tuż przy pałacu na znak zwycięstwa, a na maszcie powiewają dwie flagi. Jedna z nich to narodowa flaga Wietnamu, a druga dobrze i nam znana, czerwona z żółtym sierpem i młotem. Wieczorem odbieramy naprawioną kamerę i kupujemy bilet autobusowy do Phnom Penh, stolicy Kambodży.
     W DELCIE MEKONGU, PRZEKRACZAMY GRANICĘ
     3 LUTEGO
     Rano tuż po śniadaniu pakujemy się do autobusu. Trasa do granicy z Kambodża to końcówka słynnej wietnamskiej Highway No.1, jak zwykle bardzo zatłoczonej. Dookoła rozciągają się pola ryżowe, leżące w Delcie Mekongu, głównego obszaru rolniczego Wietnamu. Odprawa paszportowa szybko i sprawnie. Jednak przejście graniczne jest w tragicznym stanie. Po 5 minutach marszu jesteśmy już w Królestwie Kambodży. Tu kontrola celna zabiera nam niecałą godzinę. W jej trakcie poznajemy parę z Francji podróżującą po południowo-wschodniej Azji na rowerach. Zrobili już prawie 2.500 km. Jesteśmy pełni podziwu. Po stronie kambodżańskiej czeka na nas kolejny autobus. Kompletny złom. I do tego coś się w nim zepsuło tak, że opuszczamy granicę z małym opóźnieniem. W autobusie poznajemy kolejnego podróżnika - Szweda Jonasa. Droga międzynarodowa prowadząca do Phnom Penh nie jest zbyt imponująca. Czekając w kolejce na prom przez znaną nam już z Południowych Chin rzekę Mekong zapoznajemy się z nowym krajem. Widać tu ogromną biedę. Transport ludzi odbywa się głównie "pick-upami". Pasażerowie siedzą nawet na dachu, podróżując razem ze związanymi świniami leżącymi na podłodze "pick-upa". Głowy mają obwiązane kolorowymi chustami, chroniącymi przed kurzem. Niesamowity widok. Dookoła naszego busa tłum dzieci, sprzedających napoje i jedzenie. Na prom czeka jeszcze kilka innych autobusów z zagranicznymi turystami, w jednym z nich widzimy naszego znajomego z Niemiec - Tobra. On też zamierza się zatrzymać w Guesthousie No.9. Do stolicy dojeżdżamy około 15:00 i jak zwykle kierowca busa podwozi nas pod hotel, z którym ma układ na dostarczanie turystów. Stary numer znany już z Wietnamu. My wraz z Jonasem udajemy się do słynnego i polecanego No.9. Położony kawałek od centrum tuż nad jeziorem. Uliczka do niego prowadząca zwala nas z nóg. Prawdziwy raj dla młodych z plecakami, knajpki ze świetną muzyką, dużo młodych osób z całego świata. Pokoje w No.9 w cenie 1 dolara od osoby. Wielki taras wychodzący w jezioro. Bilard za darmo. I hamaki wiszące między belkami tarasu. Miejsce jakiego do tej pory nie doświadczyliśmy. Wieczorem poznajemy kolejnych młodych podróżników.
     PIERWSZY DZIEŃ W KAMBODŻY
     4 LUTEGO
     Pierwszy dzień na nowej ziemi. Dzień zapoznania z miastem, orientacji w lokalnych cenach i transporcie. I tu coś nowego i zarazem dziwnego, ponieważ w większości sklepów ceny podane są w amerykańskich dolarach, a co lepsze, reszta wydawana jest w lokalnych "rielach". Kompletny chaos, trudno na początku się połapać. Nie ma jednak problemu z porozumiewaniem się, język angielski z powodzeniem wystarczy. Na ulicach zdecydowanie mniej motorków, co znacznie ułatwia i zwiększa bezpieczeństwo dostania się na drugą stronę ulicy.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 633 (14/2005)

Reklama

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Wieżowce Kuala Lumpur

W kierunku tropikalnej dżungli

Reklama

Noc i dzień w dżungli

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości