Reklama

Jesteśmy w Tajlandii

Na ulicach Bangkoku można spotkać co chwilę stragany z miejscową żywnością

      fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz podróżuje dookoła świata * Antyczny Angkor * Granica z Tajlandią
     Jesteśmy w Tajlandii
    Wracając ze zwiedzania antycznego Angkor - jeszcze po stronie kambodżańskiej - podróżnicy kupili przy drodze prażone owady, które przed zjedzeniem należy obrać ze skrzydełek, nóżek i główki. Idealne do piwa.

     SMAŻONE BANANY, PRAŻONE OWADY
     103 DZIEŃ, 12 LUTEGO
     Budzimy się w Siem Reap, bazie wypadowej do antycznego miasta Angkor. Planujemy poznawać jego tajemnice przez kolejnych kilka dni. Sprawy organizacyjne przesuwają wizytę w Angkor na wieczór. Ranek i popołudnie wykorzystujemy na wycieczkę rowerową po okolicy. Mijamy niezwykle biedne osiedla ludzkie, pełne prostych drewnianych chat, które ciężko nazwać domami. Docieramy nad rzekę. Pustynne wcześniej połacie pokrywa już zielony busz. Wyschniętą, ziemną ścieżką docieramy pieszo do szkoły zbudowanej na dryfujących barkach. Spotykamy się z życzliwością nauczycieli i dzieci, którym bieda nie przeszkadza wcale w uśmiechaniu się na co dzień. W drodze powrotnej do miasta obserwujemy ciekawy sposób łowienia ryb, polegający na cierpliwym wypatrywaniu zdobyczy, stojąc po pas w wodzie i zarzucaniu nań obciążonej siatki. Dalej, miejski rynek oferuje ciekawe potrawy, z których dziś do spróbowania wybieramy smażone banany. Przychodzi w końcu czas na odwiedzenie najważniejszego miejsca. Wieczorem docieramy do słynnej świątyni Angkor Wat. Pięć jej wież wyraźnie widocznych jest na horyzoncie. Wraz z licznymi turystami podziwiamy antyczną budowlę zatopioną w świetle zachodzącego słońca. Do Siem Reap wracamy po zmierzchu, głodni kolejnych tajemnic, które ukrywa położone w pobliżu, tajemnicze miasto. Kupujemy przy drodze prażone owady, które przed spożyciem należy obrać ze skrzydełek, nóżek i główki. Idealne do piwa.

Kobieta sprzedająca na ulicach Bangkoku kadziełka i ozdoby 

Reklama

       fot. Piotr Mazurkiewicz

     ANTYCZNY ŚWIAT
     104 DZIEŃ, 13 LUTEGO
     Po śniadaniu znów ruszamy rowerami do oddalonego o kilka kilometrów cudu świata. Najpierw podziwiamy tą samą Angkor Wat, uważaną za najwspanialszą z ponad 200 budowli porośniętego niegdyś dżunglą, miasta. Wczesna pora umożliwia wejście do środka. Wdrapujemy się na bardzo strome schody, prowadzące do kolejnych pomieszczeń hinduistycznej świątyni. Wyraźna jest niesamowita dbałość o szczegóły, szczególnie wyrzeźbionych w ścianach scen o tematyce głównie epickiej i erotycznej. Pobyt umila pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu dwóch młodych dziewcząt. Na drodze do kolejnych budowli spotykamy się z natarczywością lokalnych sprzedawców, głównie dzieci poobwieszanych widokówkami, prymitywnymi instrumentami muzycznymi i kołatkami odstraszającymi węże. Nie potrzebujemy. Docieramy do świątyni Bayon, ozdobionej bardzo licznymi, wykutymi w kamieniu twarzami. Zatrzymujemy się na chwilę przy małych pomieszczeniach, w których nadal odprawiane są religijne rytuały. Ostrzyżone "na jeża" i ubrane na biało starsze kobiety dbają nad ceremoniami. Zapach kadzideł będziemy długo pamiętać. Na zachód słońca docieramy na niewielkie wzgórze. Rezygnując z możliwej (płatnej) przejażdżki na słoniu, docieramy na górę pieszo. Nie jesteśmy sami. Tłum ciekawych ogląda zalane czerwienią niesamowite budowle. Oświetlając sobie drogę latarkami, wracamy na noc do Siem Reap.
     KAWA W CIENIU KAMIENNYCH TWARZY
     105 DZIEŃ, 14 LUTEGO
     Wstajemy jeszcze przed świtem, aby do Angkor dotrzeć na wschód słońca i móc spojrzeć na budowle z nowej perspektywy. Korzystamy z usług mieszkających na terenie antycznego miasta Khmerów (rdzennych mieszkańców Kambodży) i poranną kawę pijemy na tarasie znanej już z wczorajszego dnia świątyni Bayon. Kamienne twarze spoglądają na nas z wysoka. Dziś planujemy pokonać około 20 kilometrów w obrębie "zaginionego miasta", odwiedzając kolejno świątynie Preah Khan, Ta Keo i Ta Prohm. Każda ma w sobie coś ciekawego i tajemniczego, jakby kryły tysiącletnią historię. Największe jednak wrażenie robi na nas ostatnia z nich. Sposób, w jaki wielkie konary drzew oplatają antyczne mury jest wręcz niesamowity. Każda uliczka świątyni odsłania kolejne zadziwiające przykłady. Robiąc liczne fotografie, spotykamy wycieczkę z Polski. To chyba największa przyjemność, porozmawiać z kimś po polsku. Rodacy zapraszają nas na wieczór do siebie. Oczywiście planujemy skorzystać z zaproszenia. Mija kolejny dzień w miejscu, które przez Europejczyków zostało odkryte dopiero w 1860 roku. Wyobrażenie tajemniczych kamiennych świątyń, zatopionych przez wieki w buszu, dodaje miejscu pikanterii. Wracamy do bazy i odwiedzamy nowych znajomych. Delektujemy się polską mową i przekazujemy gruby plik zrobionych od początku wyprawy zdjęć, prosząc o ich przekazanie do domu.

Reklama

Bangkok nocą

      fot. Piotr Mazurkiewicz

     POJEDYNEK Z MAŁPAMI
     106 DZIEŃ, 15 LUTEGO
     Dziś zamierzamy pokonać najdłuższy odcinek obszernego antycznego miasta. Rozczarowani zostajemy lokalnym prawem, zakazującym wynajmowania motorów obcokrajowcom. Pozostają nam zatem rowery, do pokonania kilkudziesięciu kilometrów. Ruszamy bez wahania. Odmianą na szlaku wśród kolejnych świątyń jest posterunek wojskowy. Korzystając z uprzejmości khmerskich żołnierzy organizujemy sesję zdjęciową z karabinami. Standardem już jest próba wyciągnięcia pieniędzy od białych, ale nam po raz kolejny udaje się uniknąć opłaty. Dziękujemy uśmiechniętym tubylcom i ruszamy dalej. W świątyni Pre Rub spotykamy kolejne rusztowania na antycznych ścianach. Głównie europejskie ekipy naukowców dbają bowiem o renowację zniszczonych fragmentów Angkor. Czwarty dzień mija na zwiedzaniu bardziej odległych, ale nie mniej ciekawych budowli. Czas mija jednak szybko. Na koniec dnia wracamy do punktu wyjścia - najbardziej majestatycznej z miejscowych świątyń, Angkor Wat. Na trasie przychodzi nam jednak zmierzyć się ze stadem sprytnych małp, którym w inteligentny sposób udaje się skraść z rowerowego kosza, butelkę wody mineralnej. Nie jesteśmy jedynymi pokrzywdzonymi przez działające w grupach małe, ale chytre małpy. Woda to nic. Można też stracić np. aparat. Słońce zachodzi nad "zaginionym miastem", a my wracamy do Siem Reap. Ostatni dzień w Kambodży, a zarazem niedzielę świętujemy tzw. dumplingami (przypominającymi nieco nasze pierogi z mięsem) w chińskiej restauracji i tajskim piwem, będącym niejako zapowiedzią kolejnego kraju na naszym szlaku.
     PRZEKRACZAMY GRANICĘ Z TAJLANDIĄ
     107 DZIEŃ, 16 LUTEGO
     Budzimy się wcześnie, by zdążyć na autobus, który zabrać nas ma dziś do Bangkoku. Żegnamy gospodarzy małego hoteliku i niewielkiej taniej restauracyjki, w której stołowaliśmy się kilka ostatnich dni. Kuchnia khmerska - podobnie do chińskiej - oparta jest głównie na ryżu i makaronie, mięsie kurczaka, wieprzowinie i wołowinie oraz dużej ilości warzyw. Pakujemy się do autobusu i ruszamy w drogę. Asfalt kończy się za miastem i rozpoczyna się rozpostarta w poprzek stepu ziemna droga, której stan jest delikatnie mówiąc, fatalny. Współczujemy tylko, oczekującym wygody turystom, którzy zapłacili za droższy autobus - drogę mieli ta samą. Remont jednego z mostów zmusza w pewnym momencie, kierowcę do skorzystania z szerokiej na 3 metry dziurawej drogi polnej. Opuszczając w ten sposób Kambodżę, zastanawiamy się nad porażką polityki Czerwonego Khmera, który obrócił jeden z najlepiej prosperujących krajów Azji Południowo-Wschodniej lat 60. w totalną ruinę.
     Docieramy do granicy. Uwagę naszą przykuwa wyraźny napis po angielsku, mówiący o groźbie kary dożywotniego więzienia lub kary śmierci za posiadanie narkotyków. Po drugiej stronie przejścia granicznego wita nas inny świat. Zdecydowanie poprawia nam nastrój, przypominająca europejska, infrastruktura Tajlandii. Wieczorem docieramy do jej stolicy i znajdujemy nocleg na rozsławionej wśród podróżników ulicy Khao San.
     DZIEŃ W BANGKOKU
     108 DZIEŃ, 17 LUTEGO
     Dzień poświęcamy głównie na szukaniu możliwości połączeń lotniczych do Ameryki Południowej. Bangkok jest bowiem miejscem pełnym agencji turystycznych, oferujących jedne z najtańszych biletów na świecie. Poszukiwania przynoszą jednak rozczarowanie. Ceny okazują się dużo wyższe od oczekiwanych. Pewni jednak, że jak zwykle, jakoś sobie przecież poradzimy nie przejmujemy się zbytnio. Na uliczkach stolicy bez problemów spotkać można małe punkty gastronomiczne, oferujące liczne i bardzo pyszne potrawy. Zgadzamy się szybko z twierdzeniem, że kuchnia tajska należy do jednych z najlepszych w świecie. Niestety, należy też do jednej z najbardziej pikantnych. Pomiędzy kolejnymi agencjami trafiamy do parku miejskiego. Jako absolwenci AWF-u bardzo doceniamy, powszechny tu zwyczaj masowej aktywności fizycznej. Tłumy ludzi odwiedzaj park, korzystając z tras do biegania, prostych i praktycznych siłowni i licznych placów ćwiczeń, na których bez opłat skorzystać można z możliwości gimnastyki przy muzyce, którą prowadzi wykwalifikowany instruktor. Paweł korzysta z okazji i dołącza do jednej z grup. Wieczorem wracamy na Khao San, znanej między innymi z filmu "Niebiańska plaża". W rzeczywistości stanowi ona tzw. mekkę backpackerów, pełną małych tanich hoteli, knajp, małych punktów z jedzeniem, kafejek internetowych i agencji turystycznych, która żyje swoim zachodnim życiem, do późnych godzin nocnych. Paweł rozmawia z rodziną na czacie, a Piotr robi sobie w tym czasie dredy u fryzjera.
     ŻYCIE NOCNE W BANGKOKU
     109 DZIEŃ, 18 LUTEGO
     Rano decydujemy się opuścić hotel. Powodem jest bardzo niemiła postawa recepcjonistki owej "noclegowni". Przenosimy się kilkadziesiąt metrów dalej. Ciekawi stolicy Tajlandii, udajemy się nad rzekę. Po drodze odwiedzamy uniwersytet. Ten nie rozczarowuje nas ani trochę. Jak większość uniwersytetów na naszym szlaku, oferuje tanie i pożywne obiady. Mijamy miejskie targowisko. Tam roi się od stoisk z tropikalnymi owocami i warzywami, pikantną tajską kuchnią i licznymi punktami oferującymi pamiątki i odzież różnego rodzaju. Żywym targom sprzedawców i sprzedających, towarzyszy zapach kadzidełek, do którego zdążyliśmy się już w Azji przyzwyczaić. Zapada zmierzch, a my udajemy się do parku, położonego tuż przed Pałacem Królewskim. Świetny stamtąd widok tej ciekawej budowli, jeszcze lepszy przy tajskim piwku. Wieczór poświęcamy na przyjrzenie się z bliska nocnemu życiu Bangkoku. Nie zawodzimy się. Wracamy nad ranem.

Reklama

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 636 (17/2004)

 

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Reklama

Wieżowce Kuala Lumpur

W kierunku tropikalnej dżungli

Noc i dzień w dżungli

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości