Piotr Mazurkiewicz w podroży dokoła świata * Niebiańska plaża * Obrzęd wypędzania duchów
Morze, plaże, wspinaczka
Railay Beach uważane jest za jedno z największych centrów wspinaczki na świecie. My uważamy je za genialne miejsce. Wspinając się, ma się za plecami morze, widoki z góry są przepiękne. To daje dodatkową energię do wejścia jak najwyżej.
OBRZĘD WYPĘDZANIA ZŁYCH DUCHÓW
CZWARTEK 26 LUTEGO, 117 DZIEŃ
Rano na naszej małej plaży mamy okazję zobaczyć obrzęd wypędzania złych duchów. W Tajlandii niemal w każdym budynku można dostrzec miniaturowe, pięknie rzeźbione i zdobione drewniane domki. Są one stawiane obok normalnych domów lub innych budynków. To właśnie w nich mają zamieszkać duchy, by nie zakłócać spokoju w normalnym domu. Kapłan wykonujący obrzęd ubrany jest w białą szatę. Z zamkniętymi oczami, jakby w transie wykonuje dziwne ruchy. Odmawiając modlitwę zmienia tonację głosu - raz prawie coś krzyczy, raz mówi szeptem. Co jakiś czas prosi osoby zebrane dookoła, by do niego podchodziły, wydając im różne polecenia. Osoby te zapalają świeczki na domku oraz odmawiają modlitwę. W czasie obrzędu kapłan używa również noża, kreśląc nim znaki na ziemi. Po jakimś czasie prosi jedną z młodych Tajek. Odprawia nad nią jakieś modły, wprowadzając ją w trans. Po chwili dziewczyna zaczyna się trząść, wydaje krzyk i mdleje. Zostaje odniesiona do domu. Turyści zebrani dookoła są w lekkim szoku, my również. Obrzęd trwa jeszcze przez krótką chwilę. Czegoś takiego nie spotkaliśmy jeszcze na naszym szlaku. Po obrzędzie zwijamy nasze namioty, żegnamy się z parą Niemców - Sebastianem i Natashą pracujących jako instruktorzy nurkowania. Naszą plażę opuszczamy w myśl taniego podróżowania, czyli tym razem jedziemy z dwoma wesołymi Duńczykami, których poczucie humoru nie opuszcza na sekundę.
Podwożą nas aż do portu z którego mamy prom na wyspę Phi Phi. W porcie poznajemy Szweda, który pracuje na Phi Phi, jako barman. Jest w Tajlandii już od kilku lat, świetnie mówi po tajsku i zna miejscowe ceny. Próbuje nam kupić bilet w cenie dla Tajów, czyli o połowę mniejszą. Niestety nic z tego, płacimy jak wszyscy turyści - 400 bathów. Rejs na wyspę zajmuje ponad dwie godziny. Ko Phi Phito jedną z bardziej imprezowych wysp w Tajlandii, a do tego wszystkiego na sąsiedniej wyspie kręcony był słynny film z Leo Di Caprio. Naszym planem jest szybka zmiana łodzi na Phi Phi i spędzenie kilku dni na plaży. Na wyspę dopływamy około 17:00. Tam szybka wymiana czeków podróżnych, zakup wody i jedzenia na kilka dni oraz organizacja łodzi, która nas tam zawiezie. Znajdujemy łódź za kolejne - 400 bathów, co jest bardzo dobrą ceną o tej porze. Po pół godziny wypłynięcia z Phi Phi wpływamy na Maya Beach, jesteśmy nieco zaskoczeni. Spodziewaliśmy się tu nieco więcej ludzi, a tu nie ma nikogo. Chwilę po zejściu na ląd zostajemy sami na plaży. To niesamowite miejsce, dookoła otoczone jest bardzo wysokimi, pionowymi skałami. Panuje głucha cisza. Piasek na plaży absolutnie biały. Jesteśmy w głębokim szoku. Rozbijamy nasze namioty na końcu plaży i przez bardzo długi czas podziwiamy plażę.
NA NIEBIAŃSKIEJ PLAŻY
27 LUTEGO PIĄTEK, 118 DZIEŃ
W nocy słyszymy dźwięk silnika motorówki i głosy młodych ludzi. Nad ranem około 6:00, Piotr spotyka grupę dziewczyn z Anglii, które przypłynęły tu po nocnej imprezie na Phi Phi. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że jedna z nich w Tajlandii spędza większość czasu. Mówi, że do Londynu wraca tylko zarobić przez pół roku, by rozkoszować się plażami przez kolejny rok. Robi tak już od trzech lat. Niezły sposób na życie. My nad ranem zwijamy nasze namioty, ponieważ zjeżdża się tu coraz więcej ludzi. Maya Beach (Niebiańska plaża), to jeden z tajskich parków narodowych, więc w ciągu dnia lepiej się nie pokazywać się z namiotem. Cały dzień upływa nam na rozkoszowaniu się plażą, białym piaskiem i krystalicznie czystą wodą. W południe plaża przeżywa prawdziwe oblężenie turystów, ludzie przypływają tu, by zobaczyć jak wygląda słynna plaża. Jednak około 18:00 znów robi się pusto i spokojnie. My spędzamy tu kolejną noc pod namiotami. Piotr poznaje również strażników mieszkających w dżungli za plażą. Mówią, że planowana jest budowa bungaloow dla turystów, by mogli spędzać noc na tej małej wysepce. Pewnie za jakiś czas straci ona swój urok bezludnej wyspy.
PODRÓŻ Z MAYA BEACH NA PHI PHI
SOBOTA 28 LUTEGO, 119 DZIEŃ
Po kolejnej nocy, próbujemy wydostać się z tej pięknej wysepki. Nie jest to żadnym problemem, ponieważ rano łodzi przypływających i odpływających jest bardzo dużo. Problemem są ceny rzucane przez taksiarzy. Z kłopotów wyciąga nas znajomość ze strażnikami parku, którzy co jakiś czas płyną po prowiant i paliwo do granicy. Zabierają nas swoim motopontonem z Maya Beach na Phi Phi. Tam po południu mamy prom na Krabii. Kolejne kilka godzin rejsu, później kilka kilometrów na tyle pick-upa i podróż wodną taksówką z miasteczka Karabii na plażę Railay. Miejsca osławionego świetnymi możliwościami do wspinaczki. W czasie szukania jakiegoś bongalowu widzimy dziesiątki ludzi wspinających się na pionowych skałach tuż nad brzegiem morza. Trafiamy na świetne i tanie lokum. Po kolacji poprzedzonej całym dniem w podróży padamy z nóg.
POD ŚCIANĄ WSPINACZKOWĄ
NIEDZIELA 29 LUTEGO, 120 DZIEŃ
Wczesnym rankiem zaczynamy wędrówkę po licznych w tej części Tajlandii klubach wspinaczki. Szukając najlepszej oferty, po dwóch godzinach poszukiwań przymierzamy i dobieramy sprzęt, a po kolejnych kilku minutach stoimy już pod ścianą z naszym tajskim instruktorem i jedną dziewczyną ze Szwecji, która będzie wspinać się z nami. Na początku podstawowe informacje z zakresu wspinaczki. My robiliśmy małe co nieco ze wspinaczką w czasie studiów na poznańskim AWF-ie. Zaczynamy od łatwych, nie wysokich ścian przechodząc na coraz wyższe. Railay Beach uważane jest za jedno z większych centrów wspinaczki na świecie. My uważamy je za genialne miejsce. Wspinając się, ma się za plecami morze, widoki z góry są przepiękne. To daje dodatkową energię do wejścia jak najwyżej. Wspinaczkę kończymy późnym popołudniem. Ludzie wspinają się tu do późnych godzin, szczególnie na jednej ze ścian przy, której jest knajpa z dobrą muzyką i zimnymi procentami
CHCEMY WZIĄĆ UDZIAŁ W IMPREZIE PEŁNI KSĘŻYCA
PONIEDZIAŁEK 1 MARCA, 121 DZIEŃ,
Rano wodną taksówką opuszczamy Railay, snując jednocześnie plany powrotu do tego raju, w którym bez problemu można połączyć wypoczynek z aktywnością fizyczną. Z miasteczka Krabii, do którego musieliśmy wrócić mamy autobus do Surat Thani. Podróż tutejszym odpowiednikiem PKS-u zajmuje nam prawie cały dzień. W Surat Thani jesteśmy wieczorem. Jest to miasteczko portowe, z którego wypływają promy na wschodnie wyspy Tajlandii. My udajemy się na wyspę Pha Ngan - słynną z co miesięcznych imprez "Full Moon Partytlum" (Impreza Pełni Księżyca). Imprezy te odbywają się w czasie pełni księżyca, na plaży Hat Rin leżącej w południowo-wschodniej części wyspy. Są one tak sławne, że zjeżdżają się na nie młodzi podróżnicy z niemal całej Tajlandii. Także o jednej z tych imprez opowiadała spotkana na plaży Angielka, mówiąc, że na ostatniej było ponad 15 tysięcy młodych ludzi. Nasz prom odpływa o 23:00. Wieczorem spotykamy dwie Angielki.
DO FULL MOON ZOSTAŁY 4 DNI
WTOREK 2 MARCA, 122 DZIEŃ,
Na Pha Ngan przypływamy wczesnym rankiem. Od portu na plażę Hat Rin jest około 15 km. Planujemy pokonać je pieszo, na co decydują się również nasze nowe koleżanki z Anglii. Pierwszym autem pokonujemy prawie połowę tego dystansu. Kolejne kilka kilometrów idziemy pieszo. Dziewczyny zatrzymują kolejne auto, które zabiera nas aż do Hat Rin. Mając podobny budżet, postanawiamy szukać razem jakiejś chaty. Trafiamy na plażę Hat Rin Sun Set, leżącą 10 minut pieszo od plaży, gdzie odbywają się "Full Moon Party". Dziewczyny zamieszkują w takim samym bungalow jak my, kilka metrów dalej. Jednak, co jest najważniejsze, nasz bungalow leży 45 sekund pieszo od wspaniałej piaszczystej plaży z palmami kokosowymi i knajpą ze świetną muzyką. Raj na ziemi. A do kolejnego "Full Moon" zostało cztery dni. Resztę dnia spędzamy na naszej plaży z nowymi koleżankami. Wieczorem próbujemy skontaktować się przez net z Polakami, których poznaliśmy w czasie podróży na Phuket. Na plaży widzimy widzimy prawdziwy raj dla tych, co lubią dobrą muzykę, ciepło i plażę. Każda knajpa ma tutaj swój niepowtarzalny klimat, swoją muzykę i drinki. Na piasku porozkładane są bambusowe maty z małymi drewnianymi stoliczkami i świeczkami. Bez problemu każdy znajdzie tu coś dla siebie. Także nawiązanie nowych kontaktów, to żaden problem. Znajomość angielskiego spokojnie wystarczy. Co jakiś czas odbywają się pokazy mistrzów ognia, czyli młodych Tajów żeglujących i wymachujących zapalonymi na końcach kijami. Niepowtarzalna atmosfera.
3 DNI DO FULL MOON
ŚRODA 3 MARCA, 123 DZIEŃ,
Trzy dni do "Full Moon". Rano na orzeźwienie kąpiel w morzu, a później śniadanie w knajpie. Tu poznajemy kolejne dwie dziewczyny z Anglii, jedna z nich ma polskie korzenie, tj. mamę Polkę. Niestety nic po polsku nie mówi. Jednak wspomniała, że wczoraj wieczorem poznała trzech kolesiów z Polski. Wiemy już, że nasi kumple z autobusu już tu są. Niemalże w każdej knajpie przez cały czas wyświetlane są najnowsze filmy. Niektóre z nich ciężko zobaczyć w kinie, no cóż, ale to Tajlandia. W końcu spotykam naszych rodaków. Oczywiście, umawiamy się na wieczorną imprezę. Opowiadają nam o Nepalu, w którym byli kilkanaście dni temu. Z przyjemnością słuchamy ich opowieści i oglądamy zdjęcia. Nepal to jedno z kolejnych marzeń Piotra. Poznajemy kolejne osoby, jest ich tyle że trudna zapamiętać imiona.
CIEPŁO, MORZE I NIE CHCE SIĘ WRACAĆ
CZWARTEK 4 MARCA, 124 DZIEŃ,
Dwa dni do "Full Moon". Znów budzimy się jak co dzień. Pierwsza myśl - od rana chce się tu zostać na zawsze. Tu jest idealnie. Ciepło, nie trzeba się martwić o ubranie, gdyż cały dzień spędza się w szortach do pływania. Nawet jeść się nie chce. Owoce, które można kupić na każdym rogu w zupełności wystarczą. Ludzie, których spotykamy, są tu po kilka tygodni, a nawet miesięcy. Można też spotkać takich, którzy przyjechali tu na wakacje kilka lat temu i ciągle tu są. Oczywiście, pracują w knajpach na plaży lub uczą nurkować. Dobry sposób na życie. Wieczorem znów plaża, na której co noc przybywa młodych ludzi. Tym razem bawimy się z naszymi znajomymi z promu.
TROCHĘ HISTORII POLSKI
PIĄTEK 5 MARCA, 125 DZIEŃ,
Jeden dzień do "Full Moon". Kolejny dzień pod palmami. Tym razem dzień z "Historię Polski". Nie to, żeby nam słońce źle podziałało, ale książka kupiona w Kambodży - "Spirit o Lechu Walesie i przemianach w Polsce" tak wciągnęła Piotra, że spędził prawie cały dzień pod palmami czytając, jak to naprawdę było kilkanaście lat temu w naszej Ojczyźnie. Czytanie książki przeplatane kąpielą w ciepłym morzu, to naprawdę prawdziwy czad. Paweł w tym czasie eksplorował górę, z której jak opowiadał rozciągał się wspaniały widok na morze.
Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 640 (21/2004)
Inne teksty:
W świecie kung-fu
Wszędzie sady mandarynkowe
Świątynia w skalnej jaskini
Strzelanie śniegiem z areozolu
Stopem do Wietnamu
Hanoi pełne bagietek i motocyklów
Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok
Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny
Jesteśmy w Kambodży
Zbrodnie Czerwonych Khmerów
Noc na fermie krokodyli
Jesteśmy w Tajlandii
Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego
Wjeżdżamy do Malezji
Wieżowce Kuala Lumpur
W kierunku tropikalnej dżungli
Noc i dzień w dżungli
Stanęli w Ameryce
Ulice San Francisco
6 dni w Meksyku
Dotarliśmy do Belize
Tuńczyki przed oczami
Raz w Hondurasie
Z Kostaryki w kierunku Panamy
Surfowali na falach oceanu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze