Reklama

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Piotr Mazurkiewicz i Paweł Maczel w wiosce rybackiej, w miejscowości Mui Ne

fot. arch.

Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata * Plaże Nha Trang * Wjazd do Sajgonu
     Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny
    Dziwi nas nieco zaufanie, jakim obdarza nas właściciel motorka, wręczając kluczyki na ulicy i nie spisując żadnych naszych danych. Eskapadę zaczynamy od zatoki rybackiej, w której pełno jest kolorowych kutrów. Następnie ruszamy na żółte, a potem białe wydmy. Wielkie góry różnokolorowego piasku nie tylko przypominają fragmentami pustynie, ale i są odpowiedzialne za specyficzny klimat Mui Ne. Wiejące tu wiatry cenione są bardzo przez miłośników kitesurfingu (z ang. pływanie na desce z latawcem).

     ODPOCZYNEK PRZEZ CAŁY DZIEŃ
     Dzień 82, 22 stycznia,
     Hoi An
     Jeszcze zanim trafiliśmy do łóżek, postanawiamy coś zjeść. My jesteśmy głodni, pani z zaprzyjaźnionej restauracji (jadamy tam często) chce najwyraźniej zarobić i przygotowuje nam posiłek o 400 nad ranem. Najedzeni wracamy do hotelu. Jak to po udanych imprezach bywa, dzisiejszy dzień nie należy do zbytnio aktywnych. Ogranicza się generalnie do HBO i "Australian Open" w telewizji, kilku partyjek bilarda i dogadzaniu, podrażnionym wczorajszego wieczora żołądkom.
     AUTOBUSU NIE MA
     Dzień 82, 23 stycznia,
     Hoi An
     Dziś zamierzamy ruszyć dalej i przed południem opuszczamy pokój. Mamy jeszcze kilka godzin do odjazdu autobusu, o którym poinformowali nas wcześniej właściciele naszego hotelu. Odwiedzając cypel, znajdujący się w biedniejszej części miasta, znów zmuszani jesteśmy odmawiać notorycznym Wietnamczykom, oferującym ciągle swe usługi podwiezienia to tu, to tam, czy to rykszą, czy motorkiem, czy łodzią. Byle czym, byle wyciągnąć dolara. Wracamy do hotelu (pieszo) i tu niemile zostajemy zaskoczeni. Młoda dziewczyna z recepcji oznajmia nam, że dziś autobusu nie ma. Sporo czasu zajmuje nam uświadomienie jej błędu, popełnionego rano (mówiąc, że autobus jest i jedzie). W rekompensacie otrzymujemy nocleg gratis, tyle że na jednym, dwuosobowym łóżku. Damy radę. Nie pierwszy to raz.
     W DESZCZU NA POŁUDNIE
     Dzień 84, 24 stycznia,
     Hoi An - Guy Nhon (z autobusu)
     Dziś przymusowy przystanek w Hoi An, w oczekiwaniu na wieczorny autobus. Budzi nas deszcz, o który raczej trudno w Wietnamie o tej porze roku. Pogoda wybitnie nie sprzyja jakimkolwiek wypadom, więc czas wykorzystujemy na uzupełnianie notatek i robienie porządku ze zdjęciami. Nadrabiamy zaległości. Poznajemy parę Czechów, którzy zwiedzają okolice. Wspólnie wymieniamy doświadczenia z podróży. Miło spotkać na trasie pokrewne dusze sąsiadów, tym bardziej, że niezwykle rzadko spotkać można podróżników z Europy Środkowej w tej części ziemskiego globu. Wieczorem podjeżdża, oczekiwany od wczoraj autobus i w deszczu udajemy się na południe, szukać słońca i upału.
     JEDNA Z NAJPIĘKNIEJSZYCH PLAŻ NA ŚWIECIE
     Dzień 85, 25 stycznia,
     Guy Nhon (z autobusu) - Nha Trang
     Wczesnym rankiem docieramy do Nha Trang, gdzie znajduje się plaża, uznana za jedną z 30 najpiękniejszych na świecie. Ciężko to jednak docenić, jeśli jest zbyt zimno i zbyt wietrznie, aby na niej poleżeć i odpocząć. Tam jednak zostawiamy bagaże i jeden z nas udaje się w poszukiwaniu taniego noclegu. Nie jest to łatwe, gdyż ten popularny kurort akurat oblegany był przez licznych turystów z całego kraju. Po długich poszukiwaniach coś jednak znajdujemy. Mały, skromny pokój tuż przy tarasie z widokiem na Morze Południowo-Chińskie (Wietnamczycy chcieliby nazywać je Morzem Wietnamskim). Spór trwa, a czas pracuje na korzyść Chińczyków). Najpierw robimy krótki odpoczynek, a potem idziemy na plażę. Tam wielką frajdę sprawia kąpiel przy samym brzegu i zmaganie się z wysokimi na 2-3 metry falami. Po południu idziemy do kościoła. Ciekawe, bo wszyscy ministranci to dziewczyny. Ubogaceni duchowo przechadzamy się jeszcze wieczorem po mieście.
     ŚPIMY NA PLAŻY
     Dzień 86, 26 stycznia,
     Nha Trang - Mui Ne
     Rano wyjeżdżamy z Nha Trang, wykorzystując ciągle nasz bilet autobusowy, zakupiony jeszcze w Hanoi. Standardem są częste postoje w przydrożnych zajazdach. Tym razem zatrzymujemy się w miejscu, w którym ciężko określić - czy to góry, czy morze. To połączenie obu. Po kolejnych kilku godzinach jazdy wzdłuż wybrzeża, docieramy do Mui Ne, wioski turystyczno-rybackiej. W skromnej restauracji kelnerka serwuje nam z biegu, po kokosie z rurką w środku. Trochę jej głupio, gdy pytamy czy to za darmo. Po chwili zwątpienia odpowiada twierdząco i odchodzi ze skwaszoną miną. W Wietnamie prawie nic nie jest za darmo. Prawie, bo właśnie dzisiaj, zupełnie bez żadnej opłaty, rozbijamy namiot na samej plaży w miejscu budowy, gdzie powstanie wkrótce kolejny, niezbyt tani zapewne, ośrodek wypoczynkowy. Nadchodzi ciepły wieczór i Paweł decyduje się spać pod gołym niebem.
     ŚNIADANIE Z WIETNAMSKIMI RYBAKAMI
     Dzień 87, 27 stycznia,
     Mui Ne
     Budzimy się tuż przed wschodem słońca, gdy lokalni rybacy wracają właśnie z porannych połowów. Ciekawi co złapali, idziemy to sprawdzić do najbliższej osady. Od razu zapraszają nas na poczęstunek, złożony z ryżu, warzyw, kokosowych wafelków i bimbru domowej roboty. Nie wiemy do dziś, czy na żarty, czy na serio przedstawiają nam też kilka kobiet, które chcą wydać za mąż za białasów. Z uśmiechem na twarzy dziękujemy za oferty i po jakimś czasie wracamy do swojego biwaku. Za zgodą miłego Wietnamczyka przenosimy się też z piasku na pobliską trawę. W końcu doczekaliśmy się też słońca i upału. Leżąc na gorącym piasku, wspominamy zimne noce, spędzone w mongolskich i chińskich pociągach.
     140 KM NA MOTOROWERZE
     Dzień 88, 28 stycznia,
     okolice Mui Ne
     Kolejnego dnia postanawiamy zwiedzić okolicę na motorku. Wynajmujemy go bez większych problemów. Dziwi nas nieco zaufanie, jakim obdarza nas jego właściciel, wręczając kluczyki na ulicy, nie spisując żadnych naszych danych. Eskapadę zaczynamy od zatoki rybackiej, w której pełno jest kolorowych kutrów. Następnie ruszamy na żółte, a potem białe wydmy. Wielkie góry różnokolorowego piasku nie tylko przypominają fragmentami pustynie, ale i są odpowiedzialne za specyficzny klimat Mui Ne. Wiejące tu wiatry cenione są bardzo przez miłośników kitesurfingu (z ang. pływanie na desce z latawcem). Wielkie wrażenie robią na nas białe wydmy. Choć o to nie prosimy, to oprowadza nas po nich młoda dziewczyna, córka właściciela budki z napojami, gdzie zostawiliśmy naszą dwukołową maszynę. Po kilkudziesięciominutowej wycieczce po piaskownicy i kilku zjazdach na tyłku ze stromych wydm, sprawa się wyjaśnia, gdy dziewczynka wypowiada magiczne słowa "money". Odjeżdżamy z niesmakiem w poszukiwaniu jeziora, zaznaczonego w przewodniku. Autorzy nie odnotowali jednak, że jezioro to występuje tylko w porze deszczowej. Lekko zdezorientowani, po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów, wracamy do punktu, w którym już byliśmy wcześniej. W drodze powrotnej jesteśmy świadkami bardzo nieprzyjemnych i niehumanitarnych scen. Kilka minut przed nami, na drodze, śmierci na miejscu uległ wietnamski motorowerzysta. Widok zmasakrowanego kierowcy jest chyba mniej przerażający niż fakt, że ciało nie zostało przykryte, a wokół zdążyła zebrać się już spora grupa dzieci. Wracamy do namiotów i przed zaśnięciem zastanawiamy się nad kruchością ludzkiego życia.
     DOTARCIE DO SAJGONU
     Dzień 89, 29 stycznia,
     Mui Ne - Phan Thien - Ham Tan - La Gi - Sajgon
     Po kilku dniach odpoczynku nadszedł czas wyjazdu. Planujemy dziś dostać się do Sajgonu. Wybieramy jazdę na stopa, co okazuje się nie być łatwą sprawą. Zatrzymuje się wiele aut, ale ich kierowcy nie chcą zabierać nas za darmo. W końcu podjeżdżamy jednak bez opłat do Phan Thian. Tam znowu długo czekamy, aż zatrzymuje się pewna para. Tłumaczą nam, że w oddalonym o około 200 km Sajgonie będą dopiero późnym wieczorem. Nie robi nam to większej różnicy i wsiadamy. Para wybawców jest na małej wycieczce, więc wraz z nimi odwiedzamy dwa atrakcyjne miejsca po drodze. Mili Wietnamczycy kupują nam nawet dość egzotyczny obiad, złożony z owoców morza. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że zamiast w Sajgonie, zostawiają nas oni około 40 km przed naszym dzisiejszym celem. Wysadzają nas na bardzo ruchliwej i znanej autostradzie krajowej nr 1, będącej w praktyce jednym bardzo długim (na tym odcinku przynajmniej) łańcuchem sklepów i punktów usługowych. Niezwykle ciężko jest złapać stopa po zmierzchu, wśród nadjeżdżających z różnych stron samochodów i niezliczonych motorowerów. Ciągle mając przed oczami wczorajszy wypadek, z wielką ulgą wsiadamy do szkolnego autobusu, który ze śmiertelnie niebezpiecznej drogi zabiera nas już (za niewielką opłatą) do jednego z północnych dworców miasta Ho Chi Minha (Sajgonu). Pieszo pokonujemy jeszcze około 6 km i znajdujemy zakwaterowanie w taniej dzielnicy backpackerów.

Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 631 (12/2004)

Reklama

 

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Wieżowce Kuala Lumpur

W kierunku tropikalnej dżungli

Reklama

Noc i dzień w dżungli

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości