Tak wyglądają domostwa mieszkańców Kambodży, położone wzdłuż rzeki Tonle Sap
fot. Piotr Mazurkiewicz
Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata * Domy na palach * W mieście świątyń Angknor
Noc na fermie krokodyli
Kolejne 4 dni w Kambodży. Po 24 godzinach oczekiwania, podróżnicy pokonują na barce nurt rzeki Tonle Sap. Wszędzie naokoło rozciąga się kambodżańska sawanna. Wznoszą się platformy domów na palach. To jedyny sposób, by przetrwać czas, gdy przychodzi pora deszczowa.
PO 24 GODZINACH WYPŁYWAMY
8 LUTEGO, NIEDZIELA
7:00 rano kapitana znów nie widać. Nasz przyjaciel pociesza nas, że powinien być o 11:00. Ale jak tu mu wierzyć? No nic, znów cierpliwie czekamy, ale jeśli dziś nie wypłyniemy to decydujemy się jechać pociągiem. W końcu pojawia się kapitan i w końcu po ponad 24 godzinach czekania wypływamy. Po drodze mijamy osiedla zbudowane tuż przy rzece "Tonle Sap", a także pływające domy. Barka nie płynie za szybko, co pomaga w dokładnym podziwianiu okolicy. Po około godzinie znikają osiedla ludzkie i po obu stronach rzeki widać tylko sawannę z charakterystycznymi wysokimi trawami. My przenosimy cały nasz bagaż na dach łodzi. Nasz menadżer przynosi bambusowe maty i razem z nami spędza noc na dachu pod gołym niebem. Nasza barka około północy cumuje przy jednym z dzikich brzegów rzeki.
Kambodżańscy rybacy podczas połowu na rzece Tonle Sap
fot. Piotr Mazurkiewicz
WSZĘDZIE DOMY NA PALACH
9 LUTEGO, PONIEDZIAŁEK
Budzimy się przed wschodem słońca. Nad ranem troszkę chłodniej, ale z pojawieniem się pierwszych promieni słońca znacznie się ociepla. Wschód słońca nad kambodżańską sawanną jest niesamowity. Ruszamy około 7:00. Co jakiś czas to na jednym, to na drugim brzegu rzeki mijamy małe domki, zbudowane na kilkumetrowych palach. Ich konstrukcja ma związek z porą deszczową, kiedy to poziom wody znacznie się podnosi. Mieszkańcy, szczególnie dzieci widząc na dachu łodzi dwóch białasów, patrzą z niedowierzaniem. Okolica wygląda na bardzo biedną. Ludzie żyją tu głównie z połowu ryb i z tego co uda im się wyhodować na polach tuż przy rzece. Głównym sposobem poruszania się są małe łodzie z silnikami spalinowymi. Po południu przepływamy koło jednego z miasteczek. Kapitan z kilkoma załogantami płynie kupić jakiś prowiant. Nasze zapasy jedzenia też już się kończą. Mamy nadzieję, że dopłyniemy dziś wieczorem. Najpóźniej jutro rano. Po powrocie kapitana, jemy obiad z resztą załogi. Czas rejsu upływa na podziwianiu widoków, czytaniu i graniu w szachy. Dzień dobiega końca, a tu nie widać jeszcze jeziora przez które przepływa rzeka. Nasza barka znów cumuje przy jednym z brzegów na noc. Tam część towaru, głównie sól zostaje przeładowana na mniejsze łodzie, by zmniejszyć zanurzenie barki, ponieważ woda na jeziorze jest bardzo płytka. Przeładunek trwa do późnych godzin nocnych, więc spędzamy kolejną noc na barce.
CO CHWILĘ NA MIELIŹNIE
10 LUTEGO, WTOREK
Ruszamy tuż przed wschodem słońca. Pierwsze pytanie do naszego kambodżańskiego kumpla, to czy dziś już dopłyniemy. On zapewnia, że tak. Nie mamy nic do podróży barką i naprawdę pięknej okolicy, ale leci dziś już trzeci dzień i zaczyna się robić troszkę nudnawo. Około 9:00 dopływamy do jeziora Tonle Sap. Nosi taką samą nazwę jak rzeka i jest największym jeziorem w Azji Południowo-Wschodniej. Naprawdę ogromne, nie sposób dostrzec jego końca. Jedynym problemem jest to, że w porze suchej (czyli aktualnie) jest bardzo płytkie. Tak płytkie, że po 30 minutach od wpłynięcia na nie, stajemy na mieliźnie. Na początku mamy świetny ubaw, ale jak łapiemy tego samego dnia piątą mieliznę, przestaje być śmiesznie. Nasze jedzenie także się skończyło. Na szczęście spożywamy posiłki z resztą załogi. Ryba z ryżem na śniadanie, obiad i kolację. Wieczorem jesteśmy już pewni, że nie ma szans dziś dopłynąć do Siem Reap. Co lepsze, od czasu wypłynięcia każdego dnia mija nas "Szybka Łódź" pełna białasów. Zdajemy sobie też sprawę, że angielskie słowo "today" (dziś) ma bardzo podobną wymowę do "two days" (dwa dni), więc nasz menadżer mógł różnie interpretować nasze pytanie o dziś ("today"). No nic, spędzamy kolejną noc pod gwiazdami, licząc, że już jutro zobaczymy Siem Reap.
DOCIERAMY DO SIEN REAP
11 LUTEGO, ŚRODA
Dziś zaczyna się czwarty dzień rejsu, który miał trwać dwa dni. Około 9:00 dopływamy do miejsca zwanego "Pływająca Wioska". Domy wyglądają jak normalne, z tą różnicą, że wszystkie zbudowane są na pływających platformach. Przy każdym zacumowana jest łódź lub kilka łodzi. Na tarasach otaczających każdy dom widać bawiące się dzieci. To miejsce, to coś niesamowitego, coś, czego nie da się zobaczyć z pokładu "Szybkiej Łodzi", gdyż omija ona to miejsce. Nasza barka nie może wpłynąć do tej wioski, ponieważ poziom wody jest zbyt niski. Szef informuje, że płyną do brzegu, a stamtąd jest już kawałek do Siem Reap. Szybko wskakujemy na mniejszą łódź i ruszamy do brzegu. Przepływamy między pływającymi domami. W jednym z nich jest prowizoryczna stacja paliw, w kolejnym sklep. Mijamy też pływające łodzie-sklepy z różnymi towarami. To jak ci ludzie tu żyją, jest naprawdę niesamowite. Utrzymują się głównie z rybołówstwa i dobrego handlu. Po około pół godziny stoimy na lądzie, na brzegu rzeki, którą wpłynęliśmy kawałek w głąb lądu. Świetne to uczucie po czterech dniach spędzonych na łajbie. Żegnamy się z załogą i kolejną małą łodzią płyniemy kilka kilometrów w górę rzeki. Wysiadamy w kolejnej wsi. Tu również domy zbudowane są na kilkumetrowych palach. Z brzegu dochodzimy do targowiska i pytamy o transport do Siem Reap. Zbiera się tłum gapiów, widać że nie mają tu zagranicznych zbyt często. Jeden z moto-taxi mówi, że zawiezie nas za 6 dolarów, my mówimy, że damy mu 3 dolary, a tu ogólny śmiech. Nie mamy pojęcia, o co chodzi i ruszamy pieszo. Dochodzimy do końca wioski pytając o kierunek do Siem Reap i tłumacząc, że tam chcemy się dostać. Dziwnie na nas patrzą. Zaczynamy mieć małe wątpliwości, gdzie dokładnie jesteśmy. Po około 20 minutach łapiemy stopa. Kierowca pick-upa mówi, że nas zabierze, ale za 1 dolar od osoby. Nie ma sprawy, w końcu trzeba się stąd jakoś wydostać. No i wydostajemy się. Okazuje się, że miejsce, w którym opuściliśmy łódź oddalone było jakieś 50 km od Siem Reap i stąd taka wysoka cena. W mieście będącym bazą wypadową do słynnych świątyń Angkor nie ma problemu z tanim noclegiem. Trafiamy do guesthousu Tokyo, który jest nie tylko tani, ale jego właściciel ma na ogrodzie farmę krokodyli. Można je swobodnie obserwować z balkonu. Trudno o lepszy nocleg.
Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 635 (16/2004)
Inne teksty:
W świecie kung-fu
Wszędzie sady mandarynkowe
Świątynia w skalnej jaskini
Strzelanie śniegiem z areozolu
Stopem do Wietnamu
Hanoi pełne bagietek i motocyklów
Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok
Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny
Jesteśmy w Kambodży
Zbrodnie Czerwonych Khmerów
Jesteśmy w Tajlandii
Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego
Morze, plaże, wspinaczka
Wjeżdżamy do Malezji
Wieżowce Kuala Lumpur
W kierunku tropikalnej dżungli
Noc i dzień w dżungli
Stanęli w Ameryce
Ulice San Francisco
6 dni w Meksyku
Dotarliśmy do Belize
Tuńczyki przed oczami
Raz w Hondurasie
Z Kostaryki w kierunku Panamy
Surfowali na falach oceanu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze