Reklama

Sprawdzają, czy telewizyjny ekspert od radarów spowodował wypadek

We wcześniejszym postępowaniu wykazano, że Tomasz M. spowodował wypadek wjeżdżając na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Oskarżony twierdzi jednak, że źle działała sygnalizacja świetlna i wini GDDKiA, policję, prokuraturę i sąd. Uważa się za lokalnego bohatera i tłumaczy, że uratował życie pasażerce samochodu, w którego uderzył swoim pojazdem.

     MINĘŁO 5 LAT
     Rozpoczął się w końcu proces, który powinien wyjaśnić okoliczności wypadku do jakiego doszło 1 kwietnia 2012 r. w Trzemesznie na skrzyżowaniu ul. Gnieźnieńskiej z al. Odzyskania Niepodległości. Po 21:30 jadący wtedy od strony Gniezna samochód kia ceed zderzył się z wjeżdżającym na skrzyżowanie od strony dworca kolejowego peugeotem 206. W wyniku wypadku obrażeń doznała pasażerka peugeota Emilia K. z Trzemeszna. Samochodem tym kierował jej syn Marcin. Obydwaj kierowcy stwierdzili, że wjechali na zielonym świetle. Policja po zbadaniu sprawy uznała, że sprawcą wypadku jest obecnie 39-letni Tomasz M. z Włocławka, kierowca kia ceed, który miał wjechać na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Ten jednak nie przyznał się. Wyjaśniał, że sygnalizacja ta od czasu do czasu działała nieprawidłowo doprowadzając do wypadków i kolizji. Winą za to obarczał Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, a pośrednio także policję.
     Emilia K., w wyniku zdarzenia doznała złamania trzonu mostka oraz stłuczenia kręgosłupa i klatki piersiowej i z bolesnymi skutkami wypadku musiała się zmagać bardzo długo.
     SYGNALIZACJA BYŁA SPRAWNA
     Sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu, na którym doszło do wypadku 1 kwietnia 2012 r., uruchomiona została na początku 2010 r. Do pierwszego wypadku doszło w tym miejscu już kilkanaście dni później. W późniejszym czasie także dochodziło tam do kolizji. Po wypadku z 1 kwietnia policja wystąpiła z wnioskiem do GDDKiA o dokonanie przeglądu technicznego sygnalizacji. Głównie chodziło o sprawdzenie trwania długości cykli świetlnych. Analiza programu działania sygnalizacji na skrzyżowaniu przeprowadzona 6 kwietnia 2012 r. wykluczyła techniczną możliwość wyświetlania się jednocześnie świateł zielonych dla przeciwstawnych kierunków ruchu. Jednak w celu zwiększenia bezpieczeństwa pracownicy GDDKiA zmienili nieco oprogramowanie sygnalizacji i czas pomiędzy zapalaniem się świateł zielonych na przeciwstawnych kierunkach wydłużony został o 2 do 3 sekund.
     WJEŻDŻAJĄ NA CZERWONYM
     Zdarzenie z 1 kwietnia 2012 r. zostało najpierw zakwalifikowane jako wykroczenie i było rozstrzygane przez Sąd Rejonowy w Gnieźnie. Tomasz M. nie przyznał się do zarzucanego mu spowodowania kolizji. Jego tłumaczeniu, że wjechał na zielonym świetle jednoznacznie zaprzeczyła opinia biegłych oraz pozostały materiał dowodowy. Z opinii biegłych wynikało, że mieszkaniec Włocławka wjechał na skrzyżowanie na czerwonym świetle i z nadmierną prędkością. Rejestrator logów nie zapisał żadnej usterki czy awarii w działaniu sygnalizacji świetlnej. Z opinii biegłych wynikało także jednoznacznie, iż otwarcie ruchu dla samochodu peugeot poprzedzone było 4-sekundowym zamknięciem ruchu z kierunku Gniezna, z którego wjechał na skrzyżowanie samochód kia.
     Wyrywkowe badania zlecone przez GDDKiA wykazały również, że na tym skrzyżowaniu, na kierunku ruchu, którym poruszał się oskarżony, w ciągu 3 godzin aż 32 kierowców przejechało na czerwonym świetle.
     W mowie końcowej Tomasz M. podkreślił, że nie wykazano jego winy i zapowiedział, iż w razie potrzeby poświęci swoje życie, aby udowodnić niewinność i doprowadzić do tego, by karę ponieśli winni źle działającej sygnalizacji.
     PRZYKRY ŻART LOKALNEGO BOHATERA
     Po zakończeniu rozprawy mieszkaniec Włocławka powiedział reporterowi Pałuk, że w Trzemesznie jest traktowany jak lokalny bohater, bo zdecydował się walczyć o sprawę źle działającej sygnalizacji. Opowiedział, że w Trzemesznie jest jeden zakład fryzjerski, w którym nie musi płacić za strzyżenie włosów, a w jednym sklepie spożywczym może załadować całą torbę zakupów i za to nie płacić, bo właścicielka sklepu nie chce od niego pieniędzy w dowód wdzięczności, iż walczy on w sprawie skrzyżowania.
     Wyrok w tej sprawie zapadł 15 stycznia 2014 r. Sąd nie podzielił opinii o bohaterskiej postawie mieszkańca Włocławka i uznał go winnym zarzucanemu mu czynu, czyli wykroczenia z artykułu 86 kodeksu wykroczeń i skazał go na karę grzywny w wysokości 2.500 zł i opłatę 250 zł tytułem zwrotu kosztów postępowania.
     W uzasadnieniu sędzia prowadząca sprawę stwierdziła, że nie ulega wątpliwości, iż kierowca samochodu peugeot miał zielone światło i wjechał na skrzyżowanie, po czym uderzony został przez samochód obwinionego, który wjechał na czerwonym świetle. Sąd uznał także, że obwiniony przekroczył dopuszczalną prędkość i wjechał rozpędzony na skrzyżowanie w terenie zabudowanym.
     Obrońca Tomasz M. odwołał się od tego wyroku. Apelacja trafiła więc do Sądu Okręgowego w Poznaniu. W piśmie do poznańskiego sądu Tomasz M. napisał: Przyglądając się tej sprawie nie można nie odnieść wrażenia, że data kolizji nomen omen przypadająca w Prima Aprilis piętnem odcisnęła się na całej historii, której sądowy finisz teraz zdaje się być także jedynie przykrym żartem, a która to w całości wielkim cieniem kładzie się teraz na reputacji GDDKiA, gnieźnieńskiej policji, prokuratury i przede wszystkim sądu.
     PRZEDAWNIENIE I UMORZENIE
     Sąd nie zdążył jednak zbadać sprawy wypadku z Trzemeszna. We wcześniejszym postępowaniu uznano bowiem, że ranna w wypadku Emilia K. doznała obrażeń powodujących naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia na okres poniżej 7 dni. Doszło więc tylko do wykroczenia, które uległo przedawnieniu po 2 latach. Karalność wykroczenia ustała więc z dniem 1 kwietnia 2014 r. W związku z tym Sąd Okręgowy w Poznaniu postępowanie umorzył. Nie doszło więc do wskazania i ukarania osoby winnej za spowodowanie wypadku.
     Tomasz M. triumfował. Do reportera i redakcji Pałuk wysłał maile, w których odnosił się do wcześniejszego artykułu o wypadku z 1 kwietnia. Podkreślał, że wcześniejszy wyrok nie był prawomocny i już takowym nie będzie. Domagał się sprostowania i przeprosin oraz straszył sądem.
     EKSPERT OD RADARÓW
     W tym czasie Tomasz M. stawał się osobą coraz bardziej znaną i medialną. Latem 2014 r. na swoim internetowym profilu zamieścił zdjęcie paragonu ze sklepu Tesco dokumentującego zakupy produktów spożywczych za prawie 50 zł. Jak twierdził, zakupy te zrobił dla ubogiego mężczyzny proszącego o drobne przed sklepem.
     Czy czuje się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie - relacjonował na swoim profilu. Po zamieszczeniu tych informacji mieszkaniec Włocławka stał się dla wielu mediów bohaterem. Informacje o tym zdarzeniu znalazły się telewizji, gazetach i portalach internetowych.Tomasz M. wyrósł także na pogromcę radarów i fotoradarów. Jako znawca w tej materii występował w ogólnopolskich programach telewizyjnych. Deklarował w nich, że jest wrogiem policji. Twierdził, że radary źle mierzą prędkość, a Główny Inspektorat Transportu Drogowego, policja i straż miejska łamią prawo. W programach tych komentował, że w Głównym Urzędzie Miar, który dopuszcza radary do użytku, pracuje banda idiotów i wszystkich tam pracujących wywaliłby na zbity pysk. Według opinii Tomasza M. zaprezentowanej w jednym z programów telewizyjnych, około 70% fotoradarów zostało dopuszczonych do użytku na podstawie poświadczenia nieprawdy.
     Ostatni raz wypowiadał się w telewizji jako ekspert amator w sprawie działalności policyjnych radarów kilka dni temu w Polsacie w programie Państwo w państwie.
     WYROKI I MANDATY
     Zapraszanie Tomasza M. do stacji telewizyjnych jako eksperta od wykrywania nieprawidłowości przy karaniu za przekroczenia prędkości i działalności radarów może dziwić nie tylko ze względu na to, że jest on osobą podejrzaną o spowodowanie wypadku drogowego w Trzemesznie.
     Wcześniej był on wielokrotnie karany mandatami za wykroczenia w ruchu drogowym. Głównie były to kary za przekroczenia dozwolonej prędkości i to nawet o 50 km/h. Był trzykrotnie karany za spowodowanie kolizji drogowej. Był również dwukrotnie skazany prawomocnymi wyrokami sądu. Pierwszy wyrok zapadł 23 marca 2012 r. w Sądzie Rejonowym we Włocławku. Dotyczył on zdarzenia z 30 listopada 2011 r. kiedy to Tomasz M. na terenie stacji paliw we Włocławku popchnął Sławomira M. powodując jego upadek na betonową podstawę zbiornika od gazu czym spowodował u niego obrażenia głowy i ranę języka. Skazany za to został na 600 zł grzywny oraz na zapłacenie nawiązki wobec pokrzywdzonego w wysokości 500 zł.
     Drugi wyrok wobec Tomasza M. zapadł 11 maja 2012 r. w Sądzie Rejonowym w Gnieźnie. Mieszkaniec Włocławka oskarżony było o to, że 19 listopada 2011 r. w Gnieźnie znieważył dwoje funkcjonariuszy policji. Nazwał ich debilami i idiotami, grożąc złożeniem na nich zawiadomienia do prokuratury i sądu, by zmusić ich do odstąpienia od ukarania go mandatem karnym za przekroczenie prędkości. Został za to skazany na karę 600 zł grzywny oraz zapłatę kwoty po 300 zł dla policjantów w ramach naprawy szkody.
     TO BYŁO PRZESTĘPSTWO
     Jak się jednak okazało, przedawnienie sprawy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu nie zakończyło wyjaśniania, kto jest odpowiedzialny za spowodowanie wypadku z 1 kwietnia 2012 r. Poszkodowana w tym zdarzeniu Emilia K. złożyła bowiem do Prokuratury Rejonowej pismo, w którym wskazała, że jej obrażenia powstałe w zderzeniu spowodowały naruszenie czynności narządu ciała na okres powyżej 7 dni, a więc doszło do popełnienia przestępstwa, a nie wykroczenia. A w takim przypadku sprawa nie ulega jeszcze przedawnieniu.
     W związku z tym gnieźnieńska prokuratura wystąpiła dodatkowo o opinię do Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Wystawiona opinia potwierdziła, że obrażenia w postaci złamania trzonu mostka spowodowały naruszenie czynności narządów ruchu na czas dłuższy aniżeli 7 dni.
     UNIKAŁ PRZESŁUCHANIA
     Prokuratura w związku z tym usiłowała wezwać Tomasza M. na przesłuchanie do Gniezna. Od czerwca do września 2015 r. wysłano cztery takie wezwania. Mieszkaniec Włocławka ich jednak nie odbierał. Zamiast tego wysłał pismo do zajmującego się tą sprawą zastępcy Prokuratora Rejonowego Radosława Krawczyka. W piśmie tym nazwał gnieźnieńską prokuraturę cudacznym przybytkiem i radził prokuratorowi, aby zajął się rzetelnym wyjaśnieniem sprawy i pociągnął do odpowiedzialności ludzi winnych sprowadzenia wielokrotnego zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym na skrzyżowaniu w Trzemesznie.
     Prokuratura Rejonowa w Gnieźnie nie mogąc doprowadzić do przesłuchania Tomasza M. przesłała akta sprawy do Włocławka i poprosiła tamtejszą prokuraturę o pomoc. Przyniosło to efekt i w końcu Tomasz M. został przesłuchany. W efekcie tego gnieźnieńska prokuratura w połowie ubiegłego roku przekazała do Sądu Rejonowego w Gnieźnie akt oskarżenia wobec mieszkańca Włocławka. Tomasz M. oskarżony został o spowodowanie wypadku drogowego, czyli o przestępstwo z artykułu 177 paragraf 1 Kodeksu Karnego. Przestępstwo, o jakie jest oskarżony, ulegnie przedawnieniu dopiero 1 kwietnia 2022 r.
     URATOWAŁ ŻYCIE?
     Pierwsza rozprawa w tej sprawie przed gnieźnieńskim sądem miała się odbyć 10 listopada 2016 r. Została jednak odroczona na wniosek obrońcy Tomasza M. Proces ruszył więc dopiero 30 stycznia bieżącego roku. Na rozprawie stawili się wtedy oskarżony oraz Emilia K. wraz z synami.
     Podczas pierwszej rozprawy Tomasz M. oświadczył, że nie rozumie stawianego mu zarzutu i uznał, iż jest on absurdalny. Nie przyznał się do stawianego mu zarzutu i stwierdził, że wszystkie służby od policji do prokuratury nie zrobiły nic, co mogłoby wyjaśnić sprawę.
     Opisując wypadek wyjaśnił, że gdy zobaczył peugeota, to nie mógł już zbyt wiele zrobić, ale bardzo szybko udało mu się ocenić prędkość pojazdów i wiedział, że jak wciśnie hamulce do podłogi, to uderzy prosto w drzwi pasażera. Więc zdecydował odpuścić hamulec i odbił kierownicą w prawo, tak żeby uderzyć w koło drugiego pojazdu.
     - Myślę, że udało mi się ocalić życie pasażerki - wyznał Tomasz M.
     SYGNALIZACJA KARZE I NAGRADZA
     Oskarżony zeznał, że nie jest w stanie stwierdzić z jaką prędkością wjechał na skrzyżowanie. Przyznał, że mogło to być do kilkunastu km/h szybciej niż prędkość dopuszczalna.
     - W momencie przejeżdżania przez skrzyżowanie ja jestem zobowiązany obserwować przedpole jazdy i drogę, a nie kontrolować licznika - wyjaśnił.
     Podczas rozprawy opowiedział również, że rozmawiał ze specjalistą od działania sygnalizacji i on stwierdził, że na skrzyżowaniach działają dwa mechanizmy: agregacyjny z czujników ruchu oraz system kary i nagrody, który zatrzymuje kierowców, u których czujniki wykrywały wyższe prędkości, a puszczały w nagrodę tych, którzy przed skrzyżowaniem zwolnili.
     Emilia K. zeznając zaznaczyła, że według niej sygnalizacja działała prawidłowo. Przypominała, że po wypadku była kłótnia między oskarżonym a jej synem i padały epitety. Zwróciła uwagę na to, że oskarżony nie udzielił im pomocy.
     Kolejna rozprawa miała się odbyć 19 kwietnia. Nie stawili się na niej jednak oskarżony i jego obrońca. Termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 26 czerwca.

Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska 1315 (17/2017)

Reklama

Inne teksty na ten temat:

Lokalny bohater uznany winnym spowodowania wypadku

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości