Reklama

Stopem do Wietnamu

Część drogi z Chin do Wietnamu Piotr Mazurkiewicz z Mogilna i Paweł Maczel z Bolesławaca pokonali na pace "jeepa" fot. arch.

Piotr Mazurkiewicz w "Podróży dookoła świata" * Nocleg na szczycie pól herbacianych * Kretą drogą wśród pól tarasowych
     Stopem do Wietnamu
    W Hekou tani hotel pomagał nam znaleźć młody mężczyzna, mówił, że pracuje dla rządu. Dla jakiego rządu nie wiemy, skoro proponuje nam załatwienie dziewczynek na noc i uprzedza o opłacie dla właściciela hotelu - 10 jenów od dziewczyny. Mówimy, że dziękujemy za pomoc, a na to, że nie ma sprawy, bo to jest jego obowiązek pomagać obcokrajowcom.

     2 STYCZNIA: PRZYSTANEK SIMAO
     Ruszamy do banku zmienić trochę dolarów i zrobić zakupy przed jazdą na stopa, w stronę granicy z Wietnamem. Nie słyszeliśmy, aby wcześniej ktoś jeździł na stopa w Chinach. Najważniejszym zakupem jest teraz dla nas zeszyt z czystymi kartkami, na którym będziemy rysować nazwy miejscowości. Nasz kumpel Kurt odprowadza nas na drogę wylotową z miasta, towarzysząc nam do czasu złapania pierwszego samochodu. Pierwsze auto zatrzymuje się po około 20 minutach. Jest to mały bus. Podwozi nas ponad 120 km do Simao. Jesteśmy tam około godziny 19:00, gdy już zmierzcha. Szukając noclegu spotykamy dwóch młodych Chińczyków. Po krótkiej rozmowie, jeden z nich proponuje nam nocleg u siebie. Oddaje nam do dyspozycji pokoik na tyłach knajpy. Rano okazuje się, że knajpa mieści się w Parku Wodnym. Nasi znajomi oprowadzają nas po parku i proponują zjazd na linie między dwoma zboczami góry i jazdę rowerem po linie. Oczywiście korzystamy. Trudno o takie rozrywki w Polsce.

     3 STYCZNIA: PRZYSTANEK KANG PING
     Znów ruszamy w drogę. Dziś także nie czekamy więcej niż 20 minut i zatrzymuje się mały bus. KIerowca jest mało rozmowny, lecz jak tu rozmawiać, skoro my mówimy niewiele po chińsku, a on nic po angielsku. Czas upływa nam na słuchaniu muzyki. Kręta droga biegnie między górami. Bus jest w dobrej kondycji. W połowie drogi mamy mały problem z tarczami hamulcowymi, które trochę się zagrzały od tych ciągłych podjazdów i zjazdów. Pomagamy w ich ochłodzeniu. Nasz kierowca zaprasza nas na obfity obiad z piwem, czym jesteśmy mile zaskoczeni. Dojeżdżamy do wsi Kang Ping. Jest około 17:00, więc musimy znaleźć jakieś miejsce na campingu, zanim się ściemni. Kierujemy się w kierunku rzeki. Znajdujemy odpowiednie miejsce i rozbijamy namioty. Dziś przejechaliśmy około 190 km, więc stop w Chinach idzie jak na razie całkiem nieźle. W nocy zostajemy obudzeni przez okolicznych rybaków. Jednak nie zwracają na nas większej uwagi.

Reklama

Chiński gospodarz uprawia tarasowe pola zalewowe fot. Piotr Mazurkiewicz

     4 STYCZNIA:
     Kolejny dzień zaczynamy od porannej kawy przy muzyce "The Doors", nagranej jeszcze w knajpie w Jing hong. "Riders on the storm" daje nam ostrego kopa na następny dzień. Maszerujemy przez 40 min, aż w końcu pojawia się wymarzony jeep, taki jak z amerykańskich filmów. Ładujemy się na pakę. Droga ciągle biegnie przez góry, zakręt za zakrętem. Tego dnia łapiemy jeszcze kolejne 4 samochody. Droga zmienia się z asfaltowej na brukową, a my dojeżdżamy do wsi położonej pośród plantacji herbacianych. Odchodzimy trochę od wsi i rozbijamy namioty na szczycie pola herbacianego. Prowincja Yunnan jest pokryta w 94% przez góry, wielkością dorównujące naszym Tatrom. Nie ma tam jednak żadnego Parku Narodowego, więc można poruszać się wszędzie. Słynie z uprawy herbaty, której pola są wszędzie dookoła. Do tego wszystkiego zachód słońca w tych górach naprawdę zapiera dech w piersiach. Jak zwykle miejscowym nic nie umknie, a biały we wsi robi wrażenie, co sprawia że odwiedza nas trzech tubylców. Najlepsze jest to, że przyszli tylko po to, by sobie z nami zrobić foto.
     5 STYCZNIA: PRZYSTANEK DAHAI SHAN
     Kolejnego dnia autem dojeżdżamy do małego miasteczka. W knajpie mamy małe problemy z zamówieniem obiadu. My zamówiliśmy smażoną wołowinę, a oni przynoszą nam pieczone ryby. Po reklamacji, w końcu dostajemy pieczoną wołowinę, tyle, że nie wygląda jak wołowina. Do tego jest podana w jakiejś zupie, której nie znosimy. Kończy się na tym, że wołowinę zjada pies, a my zadawalamy się ryżem.
     Na kolejne auto czekamy bardzo długo. Czas upływa nam na ciskaniu kamieniami do płynącej w dole rzeki. Żartujemy, że to niezła zabawa jak na 25-latków. W końcu nadjeżdża duża wywrotka, ładujemy się na pakę. Droga brukowa prowadzi pośród sławnych chińskich pól tarasowych zalanych w większości wodą. Na pewnych odcinkach biegnie tuż przy przepaści sięgającej ponad 500 m. Na tym odcinku trwa ciągle budowa nowej drogi asfaltowej, która tylko na naszej mapie jest już asfaltowa. Dziwne, ale prawdziwe. Dojeżdżamy w końcu do miasteczka Dahai Shan, tu jemy kolację. Wychodzimy z miasteczka w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Po drodze kąpiemy się w strumyku, których jest tu pełno. Dziś zasypiamy na jednym z pól tarasowych, które nie jest jeszcze zalane wodą.
     6 STYCZNIA:
     Rano zwijamy namioty. Śniadanie jemy na wiejskiej stacji, na której paradoksalnie brak jakichkolwiek autobusów. Pierwszy stop jest wręcz rewelacyjny. Jedziemy małym ciągnikiem wiozącym robotników budujących przyszłą drogę asfaltową. Kolejne auto dowozi nas do małego miasta. Przy wyjściu z miasta towarzyszy nam mnóstwo dzieci z okolicznej szkoły.
     Na drodze mijają nas busy, oferujące podwiezienie za opłatą. Prawie nieznane jest w Chinach pojęcie jazdy na stopa, więc zanim wchodzimy do jakiegoś auta pokazujemy, że nie chcemy płacić. Nieraz wzbudza to ogromne zdziwienie i niedowierzanie oraz śmiech, że białas chce podjechać za darmo. Po około 20 minutach łapiemy kolejnego busa. Kierowca na początku próbuje wyciągnąć od nas pieniądze, ale w końcu zabiera nas za darmo. Przejeżdżamy kilka kilometrów i nasz samochód łapie gumę. Młody kierowca nie bardzo ma pojęcie jak zmienić koło i walczy z lewarkiem. Widząc te zmagania, ruszamy z pomocą. Kierowca dowozi nas do miasta, gdzie mamy nadzieję zmienić zielone na czerwone. Tu po małym tournee po bankach, zostajemy ciągle z zielonymi. Nikt nie ma pojęcia, o co chodzi z tymi dolarami, a tym bardziej jak je zmienić na jeny. Wszyscy kierują nas do miasta oddalonego jeszcze o ponad 200 km. Wszystko byłoby OK, tyle, że jenów w naszych portfelach nie ma za dużo, a 200 km to nie mało. Czym prędzej udajemy się poza miasto, by znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Mały bus odwozi nas jakieś 4-5 km poza miasto. Okolica jest jak zwykle piękna. Jednak, może zabrzmi to dziwnie, jesteśmy już troszkę zmęczeni tymi górami. Idąc pieszo zatrzymujemy "jeepa", a w nim mężczyzn w mundurach. Pokazujemy, że jedziemy do najbliższego miasta. Wyglądają na wojskowych, podwożą nas do granicy prowincji. Tam też sprawdzają nam paszporty, w tym czasie podjeżdża autobus jadący do miejscowości. Mundurowi mówią, byśmy nim pojechali. My jednak nie mamy wystarczającej ilości jenów, by kupić dwa bilety. Wykręcamy się chęcią zjedzenia czegoś we wsi. Opuszczamy posterunek i po chwili, za pierwszym zakrętem łapiemy kolejnego stopa - ciężarówkę, którą pokonujemy kolejne 10 km. Siedząc sobie przy drodze i myśląc, czy jechać dalej, czy może już rozbić namiot nadjeżdża "jeep", a za kierownicą siedzi ten sam mundurowy, a obok jego kumpel. Są zdziwieni tym, że tak szybko się tutaj dostaliśmy. Pytają, co z naszym jedzeniem we wsi. Proponują podwiezienie nas do kolejnej miejscowości. Wsiadamy, jednak po kilku kilometrach decydujemy się wysiąść, bo co będzie jak podrzucą nas do jakiegoś hotelu. Nie mamy przecież odpowiedniej ilości jenów, a poza tym szkoda płacić za hotel, jak wszędzie dookoła tyle cudownych miejsc na rozbicie namiotu. Widząc z auta świetne miejsce na biwak prosimy, by nas tu wysadzili pod pretekstem zrobienia kilku fotek. Dziękujemy za podwiezienie i ruszamy czym prędzej rozbić namiot. Tym razem mamy nocleg nad kolejną rzeką. I jak zwykle miejscowy gospodarz przychodzi zobaczyć, co się dzieje. Jednak nie ma żadnych problemów. Paweł z kolei odwiedza jego dom pytając się o wrzątek. I tam spotyka się ze skrajną biedą. Ci ludzie mieszkają w jednym murowanym pomieszczeniu. Na środku pali się ognisko, a w kącie suszy drewno na opał. Cały sufit jest okopcony. Na półce pod dachem siedzą kury. Żarówka bardzo słabej mocy nie daje wiele światła. Jednak są bardzo mili i uprzejmi. Sprawiają wrażenie, jakby żyli tylko po to, by pracować. Stwierdzamy, że nasze namioty przy ich domu to świetne chaty.
     7 i 8 STYCZNIA:
     Rano decydujemy zrobić sobie mały odpoczynek nad rzeką. Odwiedza nas ten sam gospodarz. Z wielkim zaciekawieniem ogląda nasze namioty i cały ekwipunek. Szczególnie interesuje go nasze małe radio, na którym paradoksalnie widnieje napis: "Made in China". W drogę ruszamy około 13:00. Najpierw jedziemy małym traktorem jakieś 3 km, potem idziemy pieszo i w końcu zatrzymuje się terenowy samochód. Wysadzają nas w miejscowości Laomeng, położonej na szczycie góry. Przejechaliśmy z nimi ponad 86 km w niezłym czasie. Do Gejiu, miejscowości, gdzie możemy wymienić dolary zostało niecałe 70 km. Jeśli złapiemy kolejnego takiego dobrego stopa, to jesteśmy tam bez problemów na wieczór. Liczymy, ile nam zostało w kieszeni i jest to 23 jeny, czyli około 3 dolarów. Kolejny samochód prowadzony jest przez dwie młode Chinki, które podwożą nas do Yuanyang. Tam kolejnym stopem wyjeżdżamy na obrzeża. Idąc pieszo zatrzymujemy "jeepa" z trzema Chińczykami, przejeżdżamy tylko 1 km. Później z jednym z nich przerzucamy się na ciężarówkę, pamiętającą jeszcze czasy Mao. Wrzucamy plecaki na tył zawalony kamieniami i ruszamy. Pierwsze 15 km pokonujemy bez problemu, później wysiada III bieg. No i kolejne 35 km, jedziemy na I i II biegu z prędkością 18-20 km/h. Dotarcie do miasta zajmuje wieki. Jesteśmy tam po 21:00. Szybko znajdujemy hotel. No i tu kolejny problem. Znów nikt nie wie, co to dolar amerykański. Recepcjonistki ani myślą nas tu zakwaterować. W końcu całą sprawę rozwiązuje szefowa hotelu, która pozwala nam zostać pod warunkiem, że rano jeden z nas pójdzie w obecności jednej z recepcjonistek do banku po pieniądze. Wieczorem oglądamy nagrany podczas jazdy na stopa film video. Rano zgodnie z umową Paweł idzie do banku po pieniądze. W Gejiu zostajemy na kolejną noc. Miasto nie jest specjalnie turystyczne.
     9 STYCZNIA:
     Kolejnego dnia ruszamy na drogę wylotową z miasta. Do granicy z Wietnamem zostało nam 140 km. Planujemy pokonać trasę w ciągu dwóch dni. Bardzo długo nic nie możemy złapać. W końcu zatrzymujemy ciężarówkę. Przejeżdżamy przez zagłębie górnicze, gdzie wydobywa się rudę. W tym miejscu ma swój początek Czerwona Rzeka, płynąca przez Hekou, Lao Cai i stolicę Wietnamu Hanoi. Dojeżdżamy ciężarówką do miasta, gdzie dwóch jego kolegów za kilka minut wyrusza do miasta granicznego - Hekou. Każdy z nas jedzie osobną ciężarówką. Droga biegnie tuż nad Czerwoną Rzeką, która na pewnym odcinku stanowi granicę między Chinami i Wietnamem. Widzimy więc wietnamską ziemię, na którą możemy wjechać dopiero 11 stycznia, ponieważ od tego dnia mamy ważną wizę. W Hekou tani hotel pomagał nam znaleźć młody mężczyzna, mówi, że pracuje dla rządu. Dla jakiego rządu nie wiemy, skoro proponuje nam załatwienie dziewczynek na noc i uprzedza o opłacie dla właściciela hotelu - 10 jenów od dziewczyny. Mówimy, że dziękujemy za pomoc, a na to, że nie ma sprawy, bo to jest jego obowiązek pomagać obcokrajowcom.
     10 STYCZNIA:
     Kolejny dzień spędzamy w Hekou, czekając na wjazd do Wietnamu. Wieczorem gramy w szachy, Piotr dostał baty 3:0.
     11 STYCZNIA:
     Nadszedł w końcu ten dzień. Po dwóch miesiącach spędzonych w Chinach wjeżdżamy do Wietnamu.

Reklama

Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 626 (7/2004)

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Reklama

Wieżowce Kuala Lumpur

W kierunku tropikalnej dżungli

Noc i dzień w dżungli

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości