Trzemeszno, dziecko, Jakub, przychodnia, inhalator, doktor
Zbadanie dziecka uzależniła od oddania inhalatora
3-letni Jakub, syn Sylwii Walczak, nie został przyjęty i zbadany w trzemeszeńskiej przychodni, gdyż jego rodzice nie oddali pożyczonego wcześniej inhalatora. - Dobroć dla ludzi w Trzemesznie się skończyła. Nie będzie już pożyczania inhalatorów - zapowiada Edward Załęski, kierownik przychodni Zdrowie.
NAJPIERW INHALATOR
18 lutego Sylwia Walczak z Trzemeszna udała się do trzemeszeńskiej przychodni NZOZ Zdrowie. Jak relacjonuje, jej niespełna 3-letni synek Jakub miał gorączkę i silny kaszel. W związku z tym, że jej mąż Marcin był w pracy, do przychodni oddalonej od jej domu o około 2,5 km poszła pieszo z wózkiem i dwójką swoich dzieci. Małżonek rano zarejestrował ją telefonicznie na wizytę do lekarz pediatry Beaty Byttner na 13:20. Do gabinetu lekarskiego weszli po 14:00, jak się jednak później okazało, tylko na chwilę.
Jak opowiada Sylwia Walczak, lekarz Beata Byttner nie odpowiedziała jej nawet dzień dobry, tylko powiedziała słowo - inhalator.
Chodziło jej o inhalator pożyczony około 4 tygodnie wcześniej państwu Walczak dla ich starszej córki chorującej na astmę, dlatego że ich inhalator się zepsuł.
- Odpowiedziałam, że dzisiaj nie mam. Ale pani doktor powiedziała, „no to teraz pani pójdzie po inhalator”. Ja pytałam „czy pani żartuje?”, ale ona stwierdziła, że nie żartuje. Powiedziałam, że teraz nie pójdę, bo jestem pieszo z dziećmi. Mówię, że rano mąż przywiezie inhalator. Ale odpowiedziała, że „nie mamy o czym rozmawiać, dopóki nie będzie inhalatora” - opowiada Sylwia Walczak i dodaje, że później doktor Byttner wstała, otworzyła jej drzwi, wyprosiła z gabinetu i poprosiła do siebie kolejną osobę czekającą w kolejce.
WAŻNIEJSZY BYŁ KAWAŁEK PUDŁA
Gdy Sylwia Walczak wróciła do domu, zadzwoniła do swojego męża do pracy i opowiedziała mu całe zdarzenie i stwierdziła, że trzeba będzie pojechać gdzieś do lekarza, bo dziecko ma cały czas silny kaszel i gorączkę. Jej mąż trzykrotnie dzwonił zdenerwowany do przychodni i próbował porozmawiać z doktor Byttner. Ale lekarz nie podeszła do telefonu i słyszał tylko, jak mówiła do pracownic recepcji, że będzie inhalator to będzie rozmawiać.
- Dla niej ważniejszy był kawał jakiegoś pudła, niż zbadanie małego dziecka - uważa Marcin Walczak. Dlatego też wieczorem tego samego dnia pojechali z dzieckiem na prywatną wizytę do lekarz pediatry Ewy Jachimczyk do Gniezna. Za wizytę zapłacili 70 zł. Lekarz stwierdziła u dziecka zapalenie oskrzeli oraz krtani i zapisała antybiotyki.
Na drugi dzień ojciec dziecka zadzwonił do rzecznika praw pacjenta i opowiedział o całym zdarzeniu. Poradzono mu, aby z przychodni pobrał wydruk, z którego będzie wynikało, że dziecko było zarejestrowane, a nie zostało przyjęte.
DOGADAJCIE SIĘ
Dlatego też Marcin Walczak pojechał do przychodni w tym celu, przy okazji oddając inhalator. Jak opowiada, kierownik przychodni Zdrowie Edward Załęski zadzwonił do rejestracji i zapewnił, że na drugi dzień takie potwierdzenie otrzyma. Gdy jednak przyjechał 20 lutego, usłyszał w recepcji, że nie dostanie potwierdzenia, gdyż jest ochrona danych osobowych i nie mogą wystawić takiego pisma, że dziecko było zarejestrowane, ale nie zostało przyjęte. Kierownik przychodni poprosił ojca dziecka na rozmowę w obecności Beaty Byttner.
- Pani doktor się tylko perfidnie uśmiechała i zapowiedziała, że jeśli ta sprawa wyjdzie poza przychodnię, to nie będziemy mieli wstępu do jej gabinetu. Kierownik przychodni chciał dojść do porozumienia. Prosił mnie chyba z 30 razy, mówił „panie Walczak, odpuśćcie, dogadajcie się” - relacjonuje ojciec 3-letniego Jakuba. Jak jednak dodaje, zachowanie doktor Byttner utwierdziło go w przekonaniu, że tak nie może zostawić tej sprawy. Tym bardziej, że stwierdziła ona, że dziecko podczas wizyty w gabinecie wyglądało na zdrowe, mimo iż wcale go nie zbadała.
ZAŻĄDAŁA ZWROTU
Lekarz Beata Byttner potwierdza, że po wejściu do gabinetu Sylwii Walczak, zażądała od niej oddania inhalatora. Jak wyjaśnia reporterowi Pałuk, pożyczyła go tylko na tydzień, a minęło już 5 tygodni. Od tamtej pory był potrzebny, na przykład trzy razy dla jednego niemowlaka. W razie braku inhalatora musi dać dziecku zastrzyk lub lekarstwo, po którym dzieci często wymiotują. Jak podkreśla, wielokrotnie wydzwaniała i pisała SMS-y do rodziny Walczaków w sprawie oddania inhalatora, ale bez rezultatu. W gabinecie usłyszała od Sylwii Walczak, że zmieniła numer telefonu, więc nawet nie wiedziała o telefonach i SMS-ach. Dlatego też doktor Byttner podczas ostatniej wizyty w gabinecie tłumaczyła jej, że inhalator jest potrzebny do pracy, więc powiedziała matce, aby go przyniosła i jak zastrzega - kilkakrotnie zapewniła, że będzie na nią czekała.
ANI INHALATORA, ANI KOBIETY
Beata Byttner uważa, że 3-letni Jakub nie miał gorączki, bo wszedł do gabinetu ożywiony, a ona wie, jak on się zachowuje, gdy ma gorączkę. Zapewnia też, że matka mogła zostawić swoje dzieci w poczekalni dla dzieci i na przykład taksówką pojechać po inhalator. Podkreśla także, że aż do końca przyjmowania pacjentów w tym dniu czekała na Sylwię Walczak i pracownikom recepcji powiedziała, żeby zaraz do niej zadzwonili, gdy ona wróci do przychodni z dziećmi i wtedy od razu zostałaby przyjęta.
- Ale gdy po 15:30 wychodziłam z pracy, nie było ani inhalatora, ani kobiety. Nie przyszło mi do głowy, że ona się obrazi i nie wróci - opowiada Beata Byttner. Jak dodaje, była więc zaskoczona, gdy na drugi dzień przyjechał jej mąż oddać inhalator i oburzony twierdził, że żona została wyrzucona z gabinetu i musieli wieczorem prywatnie jechać do innego lekarza.
KONIEC Z DOBROCIĄ
Edward Załęski, kierownik przychodni NZOZ Zdrowie potwierdza, że zorganizował konfrontację Marcina Walczaka z doktor Byttner. Jak tłumaczy, w tej sprawie nie doszło do odmowy przyjęcia pacjenta, tylko że matka poproszona została o oddanie najpierw inhalatora. Kierownik przychodni opowiada, że też miał kiedyś dwa swoje inhalatory i już się ich pozbył.
- Dobroć dla ludzi w Trzemesznie się skończyła. Nie będzie już pożyczania inhalatorów. Dobroć dla ludzi pani doktor Byttner obróciła się w zło - komentuje Edward Załęski.
Marcin i Sylwia Walczakowie zapowiadają, że na pewno wypiszą swoje dzieci z przychodni Zdrowie i zapiszą je do drugiej trzemeszeńskiej przychodni. Mają także zamiar złożyć pisma w sprawie zdarzenia z 18 lutego do Narodowego Funduszu Zdrowia i rzecznika praw pacjenta.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1202 (8/2014)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze