Reklama

Bój o okienko kasowe

Ostatni bilet w kasie mogileńskiego dworca PKP tuż przed jej zamknięciem 31 stycznia sprzedaje Iwona Jendrzejczak

    fot. Paweł Lachowicz

Mogilno, dworzec kolejowy, okienko kasowe, PKP, przetarg
     Bój o okienko kasowe
    Przetarg na sprzedaż biletów na mogileńskim dworcu kolejowym ogłoszony przez PKP Przewozy Regionalne wygrała firma Naprawa Samochodów Stanisława Dunajskiego z Wąbrzeźna. Dotychczasowy ajent Włodzimierz Paduch z Grudziądza przetarg przegrał. Wyników przetargu nie uznaje i pomieszczenia kasowego nie chce opuścić, gdyż ma z PKP Nieruchomości podpisaną umowę na czas nieokreślony na wynajem tego pomieszczenia.

     Na tym konflikcie najbardziej cierpią pasażerowie PKP odjeżdżający z mogileńskiego dworca, gdyż bilety muszą kupować u konduktora. Na szczęście bez dodatkowych opłat.
     PRZETARG NA SPRZEDAŻ BILETÓW
     31 stycznia od godzin popołudniowych podróżujący ze stacji kolejowej w Mogilnie zmuszeni byli do zakupu biletów u konduktora w pociągu, gdyż kasa biletowa na dworcu PKP została zamknięta. Powodem takiej sytuacji jest zmiana ajenta sprzedającego bilety.
     Sprzedaż biletów w województwie kujawsko-pomorskim należy do Przewozów Regionalnych w Bydgoszczy, które co dwa lata ogłaszają przetargi. Wynik przetargu na sprzedaż biletów na mogileńskim dworcu Przewozy Regionalne ogłosiły pod koniec stycznia. Uczestniczyły w nim 3 firmy: Dompol P.W. Włodzimierza Paducha z Grudziądza - wartość zamówienia 175.254,04 zł brutto; Maciej Pniewski z Torunia - 175.103,96 zł brutto oraz Naprawa Samochodów Stanisława Dunajskiego z Wąbrzeźna - 166.626,82 zł brutto.

Zwycięzca przetargu na sprzedaż biletów w kasie dworca PKP Marzena Dunajska jadąc do Mogilna nie miała żadnych wątpliwości i doskonale wiedziała, że będą problemy z przekazaniem lokalu

Reklama

      fot. Paweł Lachowicz

     PRZEKAZANIE KASY I POMIESZCZENIA
     Przetarg na sprzedaż biletów nie ma nic wspólnego z lokalem w budynku dworca, w którym ta sprzedaż się odbywa. To spółka PKP Nieruchomości dysponuje lokalem kasowym na dworcu. Czyli firma, która będzie prowadzić sprzedaż biletów w Mogilnie na dworcu, musi podpisać również umowę dzierżawy na lokal kasowy z firmą PKP Nieruchomości. Natomiast niezbędny sprzęt komputerowy i kasę do wystawiania biletów firmie obsługującej ich sprzedaż zapewniają Przewozy Regionalne.
     Po przetargu zmiana obsługującego kasę kolejową zazwyczaj odbywa się poza wiedzą klientów PKP, gdyż dzieje się to płynnie w ostatni dzień tuż po zamknięciu kasy. Firma, która schodzi z rynku w danym mieście, w obecności pracownika Przewozów Regionalnych przekazuje lokal oraz sprzęt kolejnej firmie, która wygrała przetarg na sprzedaż biletów kolejowych. Przeważnie jest tak, że nowa firma przejmuje też pracowników, którzy obsługują kasę w danym punkcie. Trwa to zaledwie kilka godzin i kasa następnego dnia jest otwarta w normalnych godzinach.
     W Mogilnie miało dojść do przekazania kasy 31 stycznia o 9:00. Na dworcu pojawiła się przedstawicielka firmy z Wąbrzeźna Marzena Dunajska oraz pracownik Przewozów Regionalnych Małgorzata Pelc.
     Włodzimierz Paduch obsługujący do 31 stycznia kasę jednak się nie pojawił. Kilka minut po 9:00 Małgorzata Pelc rozmawiała telefonicznie z Włodzimierzem Paduchem. - Wie pan, to jest trochę niepoważne podejście do sprawy. Ustalamy to dzień wcześniej, a i tak jest tolerancja godzinna między 9:00 a 10:00, to należało by wpasować się w tę godzinę - mówiła Małgorzata Pelc. W rezultacie Włodzimierz Paduch zadeklarował, że będzie w Mogilnie o 11:00.
     OBAWY MARZENY DUNAJSKIEJ
     Zanim mieszkaniec Grudziądza dotarł do Mogilna, Małgorzata Pelc mówiła, że zaistniała sytuacja powstała w związku z tym, że Przewozy Regionalne i PKP Nieruchomości nie mogą dogadać się ze sobą. Całe zamieszanie, jej zdaniem, powstaje również z powodu podpisywania kilku umów z osobna z Przewozami Regionalnymi oraz z PKP Nieruchomości.
     - Kasa to jest jedno, a obiektem dysponuje ktoś inny i wychodzi na to, że trzeba z każdym z osobna zawrzeć umowę. Te umowy są niespójne. Nie ma tak, że pani wygrała przetarg i automatycznie przejmuje i wynajmuje lokal kasowy - tłumaczyła Małgorzata Pelc z Przewozów Regionalnych.
     Przysłuchując się rozmowie Marzena Dunajska stwierdziła, że najprawdopodobniej nie dojdzie do przekazania lokalu, gdyż Włodzimierz Paduch żąda pieniędzy za lokal i stwarza problemy. Twierdziła, że nie może on pogodzić się z tym, że przegrał przetarg. Przedstawiła też umowę na najem lokalu, którą posiada. Ponadto wpłaciła też kaucję za wynajem lokalu. Umowa ta będzie obowiązywać od dnia przejęcia lokalu. - Wpłaciłam kaucję w wysokości prawie 900 zł. Jest taki paragraf w umowie o przyczynach zerwania umowy. Jednym z nich jest informacja o opuszczeniu ze skutkiem natychmiastowym z powodu utraty koncesji, licencji lub innego zezwolenia, w tym wynikających zawartych umów licencji, franczyzy niezbędnych do prowadzenia umówionej przez strony działalności lokalu - opowiada Marzena Dunajska.
     Przedstawicielka firmy z Wąbrzeźna dodała, iż Włodzimierz Paduch nie zamierza przekazać lokalu kasowego, twierdząc, że teraz może sobie tutaj prowadzić sprzedaż biletów chociażby do kina. - Mówi, że będzie mógł podpisać umowę ze spółką „Intercity” i będzie tutaj bilety sprzedawał. Natomiast z tego co ja wiem, to u przewoźnika w „Intercity”, jeżeli nie osiąga się danych wpływów z utargów za bilety, to oni nie są zainteresowani i na pewno „Intercity” do tego nie podejdzie. Inne koleje tutaj nie dojeżdżają, tak więc praktycznie nic nie można otworzyć. A ten punkt przeznaczony jest na sprzedaż biletów. Ten pan z prostych przyczyn wiecznego podpisywania umów z PKP „Nieruchomości” ma podpisaną umowę na czas nieokreślony i tutaj jest zwykła złośliwość ze strony tego pana. Jest tak, że jak jeden przegrywa przetarg, to w ostatni dzień się usuwa i wchodzi następny - dodaje Marzena Dunajska.
     5.000 ZŁOTYCH NIE DA
     Problem pojawił się w momencie, gdy Włodzimierz Paduch zażądał od Marzeny Dunajskiej 5.000 zł za postawioną w kasie biletowej zabudowę oraz za wstawione nowe drzwi. Okazuje się jednak, że drzwi zostały wymienione na nowe przez Włodzimierza Paducha po włamaniu do pomieszczenia kasowego. W związku z tym, że punkt musi być ubezpieczony, wstawienie drzwi opłacone było z ubezpieczenia.
     - Dostał odszkodowanie, a nikt przecież nie kazał mu kupować tak drogich drzwi - dodaje Marzena Dunajska. Jej zdaniem Włodzimierz Paduch 2 lata temu zabudował płytami meblowymi pomieszczenie kasowe, by zaoszczędzić na ogrzewaniu obiektu.
     - Żebym ja wypracowała te 5.000 zł, to muszę pół roku ten punkt prowadzić, a on chce na mnie podwójnie zarobić. Najpierw sobie to wszystko w koszty wrzucił, a teraz myśli, że głupiego znajdzie i pani Dunajska rzuci mu 5.000 zł, bo on tak sobie chce. Teraz może wcale mnie tutaj nie wpuścić. Jemu udaje się wiele przetargów wygrać i myśli, że wszystkie należą do niego. Natomiast za zabudowę jestem w stanie coś mu dać, ale nie tyle, ile on sobie życzy - mówi Marzena Dunajska.
     Zapewniła jednocześnie, że z chwilą przejęcia lokalu kasowego przejmuje też zatrudnione tam osoby. - One automatycznie przechodzą do mnie. Czy aż tak bardzo to go boli? Czy tak bardzo na tym stracił, że robi to ze złości czy chciwości? - zastanawia się Marzena Dunajska. Jej zdaniem, Włodzimierz Paduch znany jest z tego typu zachowań. Sugerowała, że podczas przekazywania przez niego kasy w wielu innych miejscowościach doszło do celowych zniszczeń w lokalach. - Jest do tego zdolny, że może powyrywać kable, uszkodzić czytnik, czy gniazdka powyrywać. Idzie dosłownie na całość. Ja go znam, bo kiedyś jemu przekazywaliśmy kasę w Wąbrzeźnie. Bolało to nas, ale on przyjmował bez problemów. Natomiast w Jabłonowie Pomorskim ja od niego przejmowałam kasę, to były problemy, a takie są realia przetargów. Tam potrafił głośniki uszkodzić, powyrywać kable. Meble 30-letnie, które do niczego się nie nadawały, zabrał do spalenia, nic nie zostawił. Pan zobaczy, jak to będzie się tutaj odbywało.      Utrudnia wszystko i to w sposób chamski. Gotów jest z siekierą i młotkiem wejść i wszystko porozwalać - powiedziała Marzena Dunajska.
     PONIÓSŁ NAKŁADY
     Włodzimierz Paduch pojawił się o wyznaczonej przez siebie godzinie, lecz - jak obawiała się Marzena Dunajska - do przekazania kasy nie doszło. Włodzimierz Paduch nie czuł obowiązku przekazania lokalu, gdyż uważał, że poniósł spore nakłady na dostosowanie lokalu, a umowę najmu z PKP Nieruchomości na pomieszczenie kasowe na mogileńskim dworcu ma na czas nieokreślony.
     Z reporterem Włodzimierz Paduch nie chciał rozmawiać i poprosił o legitymację prasową. Dopiero po jej obejrzeniu zaczął rozmowę. Twierdził, że w dokumentach składanych do Przewozów Regionalnych w ramach przetargu zaznacza się, że posiada się lokal na sprzedaż biletów.
     - Ta pani wygrała przetarg, lecz w przetargu musiała spełniać warunek, że musi dysponować lokalem. Ta pani nie dysponowała lokalem. Ja włożyłem tutaj swoje nakłady, żeby przygotować pomieszczenie i zaproponowałem, żeby ta pani mi spłaciła te nakłady. Odmówiła, więc ja nie zdaję pomieszczenia. Ja będę inną działalność tutaj prowadził. Kiedyś płaciłem 1.000 zł za samo ogrzewanie - tłumaczył Włodzimierz Paduch.
     W rozmowę wtrącała się Marzena Dunajska, lecz Włodzimierz Paduch stanowczo zaprzeczał jej sugestiom tłumacząc, że nie spełniła formy przetargu.
     - Dysponowała pani lokalem? Ja dysponowałem lokalem i podczas przetargu dałem taką cenę, bo wiedziałem, jakie są tutaj koszty. Pani nie wiedziała i myślała, że przyjdzie sobie i tyle, a o wiele większe tutaj są koszty niż pani to robi. Dałem pani propozycję, żeby zrekompensować nakłady, które poniosłem, pani nie chciała. Nie, to nie, to trudno - mówił Włodzimierz Paduch.

Reklama

Małgorzata Pelc z „Przewozów Regionalnych” musiała zabezpieczyć sprzęt kasowy i zabrać go do Bydgoszczy

     fot. Paweł Lachowicz

Syn Włodzimierza Paducha z pomieszczenia kasowego na mogileńskim dworcu wynosi do samochodu należący do byłego ajenta monitor

     fot. Paweł Lachowicz

     WYNIÓSŁ GRZEJNIKI I MONITOR
     W dalszej dyskusji Marzena Dunajska sugerowała, że Włodzimierz Paduch i tak dostanie miesięczne wypowiedzenie i będzie musiał przywrócić lokal do porządku, co poskutkuje zwiększeniem jego kosztów opuszczenia lokalu. Przypomniała również, jak to wyglądało, kiedy to oni przekazywali lokal w Wąbrzeźnie. Dyskusja wyprowadziła Włodzimierza Paducha z równowagi. Zażądał, by Marzena Dunajska opuściła lokal, gdyż - jego zdaniem - nie miała prawa tam przebywać.
     - Ja nie chcę się spierać, nie jest mi to potrzebne i proszę, aby pani wyszła. Nie ma prawa tu pani siedzieć - mówił Paduch. W trakcie rozmowy usłyszał, że nie jest właścicielem obiektu i nie może zakazać nikomu przebywania w obiekcie.
     - Ja jestem dysponentem lokalu i ja warunki określam - powiedział Paduch. Mówił również, że kasa może być czynna. - „Przewozy Regionalne” mogą mi zlecić, a ja mogę obsługiwać. Mogą innej firmie dać i będzie to ktoś, kto mi zwróci koszty. Mało tego, obok są pomieszczenia wolne i pani może sobie zaadaptować pomieszczenie. A pani nie chce, bo musiałaby pani ponieść koszty, tak jak ja poniosłem - wykłócał się Włodzimierz Paduch.
     W dalszej rozmowie przyznał, że zabudowę wykonał ze względu na oszczędności w ogrzewaniu oraz ze względu na poprawę warunków pracy kasjerkom. Sugerował, że kubatura pomieszczenia jest tak duża, że gdyby chciał ogrzać całe pomieszczenie, musiałby do interesu dopłacać.
     Twierdził, że doprowadzi do unieważnienia przetargu z tego względu, że Dunajscy nie spełnili warunków przetargu. W rezultacie siłą wyprosił Marzenę Dunajską z pomieszczeń kasowych. Cały czas z przekonaniem twierdził, że może w miejscu kasy prowadzić nie tylko sprzedaż biletów. Mówił, że poszerzy działalność o sprzedaż gazet i razem z gazetami będzie sprzedawał bilety.
     W rezultacie wraz z synem Markiem zabrali z pomieszczenia kasowego sprzęt komputerowy, grzejniki elektryczne oraz inne rzeczy i odjechali. W tym czasie Marzena Dunajska prowadziła rozmowę z naczelnikiem działu w Przewozach Regionalnych w Bydgoszczy Agnieszką Czubalą. Od niej usłyszała, że w przypadku osób, które nie prowadzą już działalności w danym obiekcie, w tym przypadku chodziło o Włodzimierza Paducha, to w przeciągu dwóch dni spółka Przewozy Regionalne przysyła zarządcę, wykonują zdjęcia, że kasa nie pracuje i automatycznie rozwiązują z taką osobą umowę.
     BILETY W POCIĄGU
     Marzena Dunajska, pomimo że wpłaciła kaucję i otrzymała wstępną umowę na najem lokalu, jak na razie nie może z niego korzystać, bo Włodzimierz Paduch nie przekazał jej komisyjnie lokalu. W związku z tym kasa biletowa w Mogilnie jest nieczynna. Podróżni zmuszeni są do zakupu biletów u kierownika bądź konduktora pociągu bez ponoszenia dodatkowych opłat. Podróżni obowiązani są zgłosić się do obsługi pociągu przed lub niezwłocznie po wejściu do pociągu w celu nabycia biletu. W tym przypadku nie pobiera się opłaty za wydanie biletu w pociągu. Podróżny, który niesłusznie zapłaci opłatę dodatkową, po przedstawieniu oryginału biletu w drodze reklamacji skierowanej do przewoźnika może otrzymać zwrot tej opłaty.
     Spytaliśmy rzecznika prasowego PKP S.A. Funkcjonowanie Grupy PKP, dworce kolejowe (budynki), nadzór właścicielski, nieruchomości PKP S.A., obszary korporacyjne, prywatyzacja i restrukturyzacja odpowiedzialnego za dworce i pozostałe nieruchomości w województwie kujawsko-pomorskim Tomasza Kowalskiego, czy zapadły już konkretne ustalenia i decyzje w sprawie kasy biletowej w Mogilnie oraz w jaki ewentualnie sposób rozwiązany został spór pomiędzy ajentami. Do chwili oddawania artykułu do druku nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
     DZIŚ PRZEKAZANIE KASY
     Do momentu oddania artykułu do druku nie otrzymaliśmy odpowiedzi od rzecznika Kowalskiego. Natomiast wczoraj, 5 lutego tuż przed oddaniem artykułu do druku, otrzymaliśmy informację od Marzeny Dunajskiej, że Włodzimierz Paduch otrzymał w poniedziałek 3 lutego od naczelnika PKP z Gdańska, nakaz natychmiastowego zdania pomieszczenia kasowego na dworcu w Mogilnie. Marzena Dunajska poinformowała nas, że w dniu dzisiejszym ma dojść do przekazania kasy, a od 7 lutego (piątek) ona ma już uruchomić okienko kasowe na mogileńskim dworcu.
     - Było burzliwie, wszystko otarło się o dyrektorów z Gdańska, rzecznika PKP z Warszawy i naszych dyrektorów PKP „Nieruchomości”. Jeżeli w czwartek dojdzie do przekazania kasy przez pana Paducha, to w piątek ja uruchomię już kasę - powiedziała nam Marzena Dunajska.
     O tym, czy do przekazania kasy doszło, napiszemy za tydzień.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1147 (6/2014)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości