Sąd uznał, że w tym konkretnym przypadku nie mogło dojść do sytuacji, że obydwaj kierowcy wjeżdżający na skrzyżowanie mieli zielone światło. Sprawca wypadku wjechał więc na skrzyżowanie na świetle czerwonym, ale realizował linię obrony, iż także wjechał na zielonym, bo źle działała sygnalizacja świetlna. GDDKiA wykazała, że nas tym skrzyżowaniu w Trzemesznie w ciągu 3 godzin aż 32 kierowców przejeżdża na czerwonym świetle.
Tomasz Motyliński uważa, że od czasu wypadku stał się w Trzemesznie lokalnym bohaterem fot. Roman Wolek ZIELONE DLA WSZYSTKICH
W Sądzie Rejonowym w Gnieźnie zakończył się proces w sprawie wypadku, do jakiego doszło 1 kwietnia 2012 r. w Trzemesznie na skrzyżowaniu ul. Gnieźnieńskiej, czyli odcinku drogi krajowej nr 15 z al. Odzyskania Niepodległości w Trzemesznie. Po 21:30 jadący wtedy od strony Gniezna samochód kia ceed zderzył się z wjeżdżającym na skrzyżowanie od strony Kruchowa peugeotem 206. W wyniku wypadku obrażeń doznała pasażerka peugeota i przewieziona została do szpitala w Gnieźnie.
Gdy samochody wjechały na skrzyżowanie, działała sygnalizacja świetlna. Jednak po wypadku obydwaj kierowcy stwierdzili, że wjechali na zielonym świetle. Policja po zbadaniu sprawy uznała, że sprawcą wypadku jest kierowca kia ceed, który miał wjechać na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Ten jednak nie przyznał się do tego czynu, dlatego też sprawę musiał rozstrzygać gnieźnieński sąd.
PEWNY UNIEWINNIENIA
Samochodem kia ceed podczas wypadku z 1 kwietnia 2012 r. kierował Tomasz Motyliński z Włocławka. Już ponad rok temu opowiadał chętnie reporterowi Pałuk o okolicznościach zdarzenia. Mieszkaniec Włocławka zgodził się pisemnie na publikację jego wizerunku i danych personalnych.
- Jak dojeżdżałem do skrzyżowania, to miałem czerwone światło na sygnalizatorze. Czerwone paliło się jeszcze, gdy przejeżdżałem koło „Tesco”. Później szybko zapaliło się pomarańczowe i zaraz zielone. Więc dodałem gazu i wjechałem na skrzyżowanie. Po lewej stronie widoczność jest bardzo ograniczona przez wysoką skarpę, więc dopiero na skrzyżowaniu zobaczyłem, że z lewej wjeżdża też samochód. Podkuliłem ręce i nogi i bez hamowania wjechałem w przód tamtego samochodu. Gdybym hamował, to wjechałbym w drzwi tamtego auta i wtedy kobieta siedzącą z boku pewnie by zginęła. Później usłyszałem tylko jak wszystko syczy. Ale nic się nie paliło. Gdy wysiadłem z samochodu, usłyszałem jak kierowca tamtego samochodu krzyczy do mnie - „K.... co ty robisz? Ja miałem zielone” To zdanie będę chyba pamiętał do końca życia - opowiadał rok temu o wypadku Tomasz Motyliński, dodając, iż jest przekonany, że to on miał zielone światło.
Przekonywał, że sygnalizacja ta od czasu do czasu działała nieprawidłowo, co doprowadzało do wypadków i kolizji. Winą za to obarczał Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, a pośrednio także policję. Był przekonany, że zostanie uniewinniony i zwracał uwagę, iż wtedy pojawi się dla sądu problem z wyjaśnieniem, kto jest winny spowodowania wypadku.
GŁUPOTA, A NIE ŚWIATŁA
Rok temu, krótko po ukazaniu się artykułu o wypadku, z naszą redakcją skontaktowała się Emilia Kos z Trzemeszna, pasażerka peugeota, która została ranna w wypadku 1 kwietnia. Jak opowiedziała, w wyniku tego zdarzenia doznała stłuczenia kręgosłupa, klatki piersiowej i miednicy oraz złamania mostka. Po wypadku przez 5 dni leżała w szpitalu w Gnieźnie, a później przez 6 tygodni musiała leżeć w łóżku w domu. Ze skutkami wypadku musiała się zmagać bardzo długo.
Emilia Kos powiedziała wtedy, że zachowanie kierowcy z Włocławka było bardzo dziwne po wypadku. Miał on wulgarnie wyzywać jej syna, który kierował peugeotem oraz spokojnie robić zdjęcia swojego rozbitego samochodu, w ogóle nie interesując się, co jej się stało, gdy była ranna i zakleszczona w zniszczonym samochodzie, wbitym w barierki. Mieszkanka Trzemeszna nie wierzy w przedstawianą przez niego wersję zdarzeń. Jak twierdzi, jeżdżąc wiele lat pod polskich drogach zdaje sobie sprawę, jak wiele osób przejeżdża przez skrzyżowania, dodając gazu, gdy pali się pomarańczowe lub nawet czerwone światło.
- Czyjąś głupotę to najlepiej zegnać na światła. Przy tym wypadku nie zawiniły światła, tylko nieuwaga. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Ja skutki wypadku będą odczuwała do końca życia. Codziennie będę się zastanawiała, jak ja mam wstać. Ten człowiek nie wie, ile muszę pokonać cierpienia, żeby normalnie funkcjonować codziennie - opowiadała rok temu Emilia Kos.
ZMIANY W SYGNALIZACJI
Sygnalizacja świetlna w miejscu, w którym doszło do wypadku 1 kwietnia 2012 r., czyli na skrzyżowaniu ul. Gnieźnieńskiej z al. Odzyskania Niepodległości uruchomiona została na początku 2010 r.
Do pierwszego wypadku doszło w tym miejscu już kilkanaście dni później. Rano 5 lutego doszło do zderzenia vw golfa jadącego od strony Mogilna z oplem astrą kombi, który wjechał na skrzyżowanie od strony centrum miasta. Później także dochodziło czasami do kolizji w tym miejscu. Po wypadku z 1 kwietnia Komenda Powiatowa Policji w Gnieźnie wystąpiła z wnioskiem do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad o dokonanie przeglądu technicznego tej sygnalizacji świetlnej. Głównie chodziło o sprawdzenie trwania długości cykli świetlnych w związku z tym, że liczba kolizji wzrosła od czasu wykonania sygnalizacji świetlnej. Na przykład od 2007 do 2009 r. zdarzył się tam jeden wypadek i 5 kolizji. Od czasu zainstalowania sygnalizacji świetlnej do kwietnia 2012 r. liczba wypadków wzrosła do 3, a kolizji do kilkunastu. Dlatego też już wcześniej ze strony policji i trzemeszeńskiego ratusza kierowane były prośby do GDDKiA o sprawdzenie, czy sygnalizacja działa właściwie. Jednak przeprowadzane kontrole nie stwierdzały nieprawidłowości.
Analiza programu działania sygnalizacji na skrzyżowaniu ul. Gnieźnieńskiej i al. Odzyskania Niepodległości na skutek wniosku KPP Gniezno przeprowadzona została 6 kwietnia 2012 r. Kontrola ta wykluczyła techniczną możliwość wyświetlania się jednocześnie świateł zielonych na dwóch sygnalizatorach dla przeciwstawnych kierunków ruchu. Jednak w celu zwiększenia bezpieczeństwa pracownicy GDDKiA zmienili nieco oprogramowanie sygnalizacji i czas pomiędzy zapalaniem się świateł zielonych na przeciwstawnych kierunkach ruchu wydłużony został o 2 do 3 sekund, co poprawiło bezpieczeństwo na tym skrzyżowaniu.
ROZPRAWA ZAKOŃCZONA
Na rozprawie 14 stycznia adwokat Michał Lewicki działający w charakterze obrońcy obwinionego Tomasza Motylińskiego, podtrzymał wszystkie wnioski dotychczas przez siebie złożone, a dodatkowo wniósł kilka dodatkowych wniosków. Dotyczyły one m.in.:
- zwrócenia się do firmy Vialis Polska sp z o.o. lub ewentualnie do GDDKiA o podanie w oparciu o wszelkie dostępne dane, czy w dniu wypadku zachodziła pełna synchronizacja pomiędzy sygnalizatorami na skrzyżowaniu, aby wyjaśnić, czy zapalenie się światła zielonego na sygnalizatorze widocznym z monitoringu oznaczało, że w tym samym czasie musiało zapalić się światło zielone na sygnalizatorze dla kierunku jazdy samochodu peugeot;
- zwrócenie się do firmy Vialis celem wyjaśnienia rozbieżności w zapisach w projekcie pracy sygnalizacji, na które wskazywał jeden z biegłych;
- przeprowadzenie dowodu z opinii biegłego celem interpretacji znaczenia i wpływu na pracę sygnalizacji wszystkich zapisów z rejestru logów z 1 kwietnia 2012 r., ewentualnie zwrócenie się w tym zakresie do firmy Vialis;
- ponowne przesłuchanie pokrzywdzonych celem rozstrzygnięcia sprzeczności, jakie pojawiły się w sprawie.
Oskarżyciel publiczny kom. Robert Recki z Komendy Powiatowej Policji w Gnieźnie wnosił o oddalenie wszystkich tych wniosków.
Sędzia prowadząca sprawę po 15 minutowej przerwie zadecydowała o oddaleniu wniosków. W związku z tym adwokat obwinionego zgłosił kolejny wniosek o powołanie innych biegłych z dziedziny rekonstrukcji wypadków drogowych i ruchu drogowego, którzy mają kwalifikację dotyczące działania sygnalizacji świetlnej. Sąd odrzucił jednak także i ten wniosek i zadecydował o zamknięciu przewodu sądowego.
KARY NIE POMOGŁY
W mowie końcowej oskarżyciel publiczny kom. Robert Recki podkreślił, że wszystkie ustalenia w tej sprawie, opinie biegłych, nagranie z kamer i zeznania świadków jednoznacznie wskazują kto jest sprawcą wypadku z 1 kwietnia. Zaznaczył, że tylko w jednym może zgodzić się z obwinionym. Z tym, że skrzyżowanie jest nieszczęśliwie usytuowane, a kierowcy czasami nie przestrzegają przepisów ruchu drogowego i wjeżdżają na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Tak samo zrobił też obwiniony, który nie dostosował się do ograniczenia prędkości i wjechał na czerwonym świetle. Przypomniał, że obwiniony dość często naruszał już wcześniej prawo w ruchu drogowym i przekraczał dozwoloną prędkość o 50 km na godzinę oraz przekraczał linię ciągłą, jednak dotychczas stosowane kary nie nauczyły go stosowania się do zasad ruchu drogowego.
Oskarżyciel publiczny wnosił o ukaranie mieszkańca Włocławka grzywną w wysokości 3.000 zł i obciążeniem kosztami postępowania sądowego w całości.
Obrońca obwinionego stwierdził, że zebrany materiał dowodowy nie wyjaśnia sprzeczności i wniósł o uniewinnienie oskarżonego.
MEDIA SIĘ POŚMIEJĄ
W swojej mowie końcowej Tomasz Motyliński przyznał, że zapłacił w życiu kilka mandatów, ale podkreślił, że przejeżdża co roku bardzo dużo kilometrów, więc w przeliczeniu na przejeżdżaną trasę to zapłacił pewnie mniej mandatów niż policjant, który jest w tej sprawie oskarżycielem publicznym.
Opowiadał, że gdyby wiedział, iż z jego sprawą będą takie cyrki, to mógł przecież nie tracić prawie 2 lat w sądach, bo z wypadku wyszedł tylko z dwoma siniakami, a na swoim zniszczonym samochodzie i tak jeszcze zarobił, bo miał dobre ubezpieczenie AC. Wyjaśniał, że chciał pomóc ludziom, którzy są pokrzywdzeni przez źle działającą sygnalizację. Podkreślił, że po zmianach dokonanych w sygnalizacji na skrzyżowaniu była tylko jedna kolizja. Według oskarżonego, trudno uznać, że lokalni policjanci, którym później zakazano się wypowiadać, i strażacy byli chorzy psychicznie i z powodu żyły wodnej lub przelatującego ufo widzieli dziwne rzeczy na skrzyżowaniu. Tłumaczył, że można uznać, iż jest on winny. Zapowiedział, iż pójdzie wtedy po apelację wyroku i go uniewinnią i co najwyżej media się pośmieją z całej tej sprawy.
Podkreślił, że nie wykazano jego winy i zapowiedział, iż w razie potrzeby poświęci swoje życie, aby udowodnić niewinność i doprowadzić do tego, by karę ponieśli winni źle działającej sygnalizacji.
BOHATER NIE PŁACI
Po zakończeniu rozprawy Tomasz Motyliński powiedział reporterowi Pałuk, że w Trzemesznie jest traktowany jak lokalny bohater, bo zdecydował się walczyć o sprawę źle działającej sygnalizacji. Jak wspomina, otrzymał oklaski od niektórych osób, gdy na miejscu wypadku zapowiedział, że będzie walczył w tej sprawie. Opowiedział także, że w Trzemesznie jest jeden zakład fryzjerski, w którym nie musi płacić za strzyżenie włosów, a w jednym sklepie spożywczym może załadować całą torbę zakupów i za to nie płacić, bo właścicielka sklepu nie chce od niego pieniędzy w dowód wdzięczności, iż walczy on w sprawie skrzyżowania.
NIE WSZYSCY MIELI ZIELONE
15 stycznia w Sądzie Rejonowym w Gnieźnie zapadł wyrok w sprawie wypadku z 1 kwietnia 2012 r.
Sąd nie podzielił jednak opinii o bohaterskiej postawie mieszkańca Włocławka i uznał go winnym zarzucanemu mu czynu, czyli wykroczenia z artykułu 86 kodeksu wykroczeń i skazał go na karę grzywny w wysokości 2.500 zł. Zobowiązał także Tomasza Motylińskiego do pokrycia kosztów postępowania sądowego oraz dodatkowo nałożył opłatę w wysokości 250 zł. Sąd określenie wysokości kosztów postępowania przesunął na późniejszy termin po ustaleniu m.in. kosztów sporządzania opinii biegłych.
W uzasadnieniu sędzie prowadząca sprawę stwierdziła, że nie ulega wątpliwości, iż kierowca samochodu peugeot miał zielone światło i wjechał na skrzyżowanie, po czym uderzony został przez samochód obwinionego, który też utrzymywał, iż miał światło zielone. Sąd nie dał wiary temu twierdzeniu i uznał, że obwiniony realizował właśnie taką linię obrony, mimo że wjechał na czerwonym świetle. Uznał także, iż obwiniony przekroczył dopuszczalną prędkość i wjechał rozpędzony na skrzyżowanie w terenie zabudowanym. Sąd uzasadnił, że zasadniczą kwestią w tej sprawie jest to, iż rejestrator błędów sygnalizacji świetlnej nie zarejestrował żadnego błędu w czasie zdarzenia, a linia obrony opierała się właśnie na kwestionowaniu poprawności działania sygnalizacji.
JEŻDŻĄ NA CZERWONYM
Sąd uznał za słuszne, iż po wypadku na skrzyżowaniu czas pomiędzy zapalaniem się świateł zielonych na przeciwstawnych kierunkach ruchu został wydłużony. Jednak według sądu argumentacja, iż po tym nie dochodziło do wypadków, jest nietrafiona, gdyż GDDKiA podczas badania na tym skrzyżowaniu wykazała, że w ciągu 3 godzin 32 kierowców przejechało na czerwonym świetle. Kierowcy lekceważą sygnalizację, więc tylko kwestią szczęśliwego zbiegu okoliczności jest fakt, że nie doszło tam później do wypadku.
Sąd przypomniał również, że obwiniony ma bardzo bogatą kartę, jeśli chodzi o łamanie przepisów ruchu drogowego i w tym przypadku nie przekonuje argumentacja o dużej liczbie przejeżdżanych kilometrów.
Wyrok nie jest prawomocny. Tomasz Motyliński nie był na ogłoszeniu wyroku, jednak już wcześniej zapowiadał, że będzie się od niego odwoływał, jeśli zostanie uznany winnym.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1144 (3/2014)
Inne teksty na ten temat:
Sprawdzają, czy telewizyjny ekspert od radarów spowodował wypadek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze