Pracownik Pogotowia Ratunkowego wyprowadza z siedziby Schroniska dla Bezdomnych 66-letniego Jerzego Zachwieję ubranego w specjalny strój po to, by nie roznosił w karetce zarazków świerzbu
fot. Paweł Lachowicz
Mogilno, Schronisko dla Bezdomnych, M-GOPS, kłopoty, transport, chory
Noc ze świerzbem spędził na ławce
Kierownik M-GOPS Agnieszka Szulc miała olbrzymie kłopoty z załatwieniem transportu dla chorego 66-latka do Szpitala im. Jurasza w Bydgoszczy. Wicedyrektor SPZOZ Barbara Buzała zapowiada, że prawdopodobnie obciążą opiekę społeczną kosztami transportu. - Tu nie było wskazania na transport medyczny, ten pan był chodzący - mówi.
NOC NA ŁAWCE
W piątek 19 lipca w godzinach wieczornych do naszego reportera zadzwonił mężczyzna, który poinformował, że drugą noc z rzędu, pod Schroniskiem dla Bezdomnych w Mogilnie przy ul. Łąkowej na ławce będzie spał starszy mężczyzna. Usłyszeliśmy od naszego rozmówcy, że człowiek ten śpi na ławce dlatego, że nikt nie chce udzielić mu pomocy.
Gdy dojechaliśmy pod budynek noclegowni około 21:00, mieszkaniec schroniska Adam Szczepański ostro dyskutował z kierownik M-GOPS Agnieszką Szulc. Na ławce, tuż przy drzwiach wejściowych do schroniska, siedział straszy człowiek. Był to 66-letni Jerzy Zachwieja, który od dwóch miesięcy przebywa w mogileńskim schronisku dla bezdomnych. Jest samotnym kawalerem i nie ma żadnej rodziny. Wcześniej mieszkał w Niestronnie, tam pracował u gospodarza, w zamian za pracę zagwarantowane miał lokum do spania. Z informacji jakie uzyskaliśmy od kierowniczki mogileńskiej opieki społecznej, człowiek ten znalazł się w noclegowni po konflikcie z gospodarzem.
Adam Szczepański pytał się kierownik M-GOPS Agnieszki Szulc (z prawej), jak długo jeszcze Jerzy Zachwieja będzie spędzał noce na ławce pod Schroniskiem dla Bezdomnych w Mogilnie
fot. Paweł Lachowicz
U starszego człowieka rozpoznano świerzb, który jest chorobą zakaźną. Prawdopodobnie nabył ją niedawno, już w trakcie pobytu w schronisku. Kilka dni wcześniej opiekunowie schroniska zauważyli, że po ciele Jerzego Zachwiei zaczęły skakać wszy, myślano wówczas, że ma on wszawicę. Opiekunka wykonała czynności odwszawienia, wyprane zostały wszystkie ubrania mężczyzny oraz pościel, pod którą spał. Jednak to nie pomogło. Mężczyzna cały czas mocno się drapał.
W czwartek 18 lipca zadecydowano więc o jego wizycie u lekarza. Po zbadaniu przez lekarza dermatologa okazało się, że mężczyzna nie ma wszawicy, a choruje na świerzb. Dermatolog zapisał pacjentowi maści, a w związku z tym, że świerzb jest chorobą zakaźną wydał decyzję o odizolowaniu go od innych mieszkańców schroniska. Właśnie z tego powodu człowiek ten spał pod gołym niebem, na ławce, gdyż w schronisku nie ma żadnej izolatki.
- Całą noc na ławce spał. Ja przyjeżdżam z pracy o 18:00, a on śpi na ławce zmarznięty. Wczoraj od rana wiedzieliście wszyscy, zamiast działać, to wy w tym kierunku nie robicie nic. Od czego jest opieka? Opieka zawsze przychodzi dopiero, jak się coś stanie. Teraz pani przyjechała, jak się pani dowiedziała, że „Pałuki” przyjadą. Ja zadzwoniłem po „Pałuki”. Chłop ma prawie 70 lat i jak ma sobie poradzić - Adam Szczepański krzyczał w kierunku kierownik Szulc.
- Jest pan niesprawiedliwy wobec mnie. Załatwiłam dla tego pana miejsce w szpitalu w Bydgoszczy, ale nie mieliśmy transportu - tłumaczyła Agnieszka Szulc. Tłumaczenia kierownik nie docierały do Adama Szczepańskiego. Pytał, co ma zrobić ten chory mężczyzna. - To, co on ma sam jechać do Bydgoszczy. On ma prawie 70 lat. Od czego jest opieka. Opieka powinna załatwić samochód - twierdził Adam Szczepański.
Kierownik M-GOPS próbowała wytłumaczyć, że Jerzy Zachwieja po zdiagnozowaniu u niego świerzbu nie mógł zostać wpuszczony do schroniska, gdyż istniało realne zagrożenie, że zarażonych chorobą zostanie pozostałe 27 osób przebywające w schronisku. Dermatolog wytłumaczył im, iż pacjent musi być izolowany przez pięć dni, a w Schronisku dla Bezdomnych takiej izolatki nie ma. Szpital w Mogilnie ma wewnętrzny oddział, lecz za świerzb NFZ nie refunduje mu nic, bo nie ma chorób współistniejących, dlatego Jerzy Zachwieja nie został przyjęty na oddział.
NIKT NIE CHCE JECHAĆ
Problem pojawił się również z transportem chorego do szpitala. Kierownik M-GOPS załatwiła mu miejsce w szpitalu Jurasza w Bydgoszczy. - Mimo to, że oddział był przepełniony powiedzieli, że go przyjmą. Warunek był tylko jeden, że muszę go dowieźć do godziny 12:00 w czwartek, a była 9:30. Myślałam, że przez dwie i pół godziny wszystko załatwię. Niestety nic nie załatwiłam. W SPZOZ powiedziano mi, że karetka nie jest od tego, bo jest to choroba zakaźna. A ja się spytałam, czy jeśli ktoś dostanie zawału na ulicy i będzie miał świerzb, to co zostawicie go na ulicy - dodaje Agnieszka Szulc.
Kierownik dzwoniła także tego samego dnia do Jakubowskiego z pytaniem o karetkę transportową. Usłyszała jednak, że do godziny 15:00 nie ma do dyspozycji wolnej karetki.
Potem wpadła na pomysł, by do szpitala w Bydgoszczy zawiózł mężczyznę samochód Straży Miejskiej. - Zadzwoniłam do pana burmistrza i on wyraził zgodę, tylko prosił o zachowanie bezpieczeństwa. Straż Miejska pojechała najpierw na pogotowie, a tam powiedzieli im, że musi być później przeprowadzona dezynfekcja całego samochodu. Więc i oni zrezygnowali. Ja go nie wezmę również do prywatnego samochodu, bo jest to choroba zakaźna. Ja wiem, że ci państwo przebywający tutaj są zdenerwowani, ale ja mam małe dzieci w domu i ja nie zaryzykuję. Straż Miejską również rozumiem, bo przecież jest to służbowy samochód - opowiada Agnieszka Szulc.
Mężczyzna spędził noc z czwartku na piątek na ławce pod schroniskiem.
W piątek rano Jerzy Zachwieja ponownie trafił do lekarza, tym razem do Kazimierza Jacyny. Agnieszka Szulc twierdziła, że sama go do lekarza wysłała po skierowanie do szpitala, które wcześniej sama załatwiła. Jednak doktor Jacyna miał odmówić wypisania skierowania i zapisał mężczyźnie kolejną maść.
- Ja mówię, jak człowiek siedzący i śpiący na ławeczce ma się smarować na brudne ciało, gdzie dwa dni się nie mył. Dla mnie to nie miało żadnego sensu. A są to rany z krwią. Pod ubraniem na całym ciele jest wysypany. Nie wiadomo co jest z pachwinami i z plecami, bo mówił, że go też plecy swędzą - dodała Agnieszka Szulc.
Od piątkowego popołudnia sytuacja w schronisku robiła się coraz bardziej napięta. Mieszkańcy schroniska nie wiedzieli jednak, że pracownicy są bezsilni i nie mogą nigdzie załatwić transportu chorego do szpitala. O 18:00 w pracy w schronisku pojawiła się Lucyna Wojewoda. To ona zadzwoniła do kierownik Agnieszki Szulc i mówiła, że zapowiadają zmianę pogody i coś trzeba zrobić, by Jerzemu Zachwiei pomóc.
Agnieszka Szulc ponownie zadzwoniła do bydgoskiego szpitala i spytała, czy jak załatwię transport o tej godzinie, to przyjmą chorego mężczyznę na oddział. - Powiedzieli, że jak załatwimy skierowanie można go przywieźć na izbę przyjęć i wszystko zostanie załatwione. Pozostała tylko kwestia, czy teraz w Mogilnie wypiszą nam skierowanie. O godzinie 18:00 zmieniła się w izbie przyjęć mogileńskiego szpitala służba i okazało się, że jest inna pani doktor, Beata Woszczyńska, która wypisała nam skierowanie i transport karetką. To była jedyna kobieta, która nam dzisiaj pomogła i to bez problemu. Od razu wypisała skierowanie i powiedziała, żeby jechać do schroniska i tego pana przygotować, uszykować środki czystości i ręczniki. I okazuje się, że można było zabezpieczyć karetkę - dodaje Agnieszka Szulc.
WYRZUCIĆ ŁÓŻKO
Po odjeździe karetki z mężczyzną Adam Szczepański zażądał, aby łóżko, na którym spał Jerzy Zachwieja, zniknęło z pokoju.
- Ja to miałem i wiem, co to znaczy mieć świerzb. Miałem to w kryminale. Wyszedłem z kryminału i po pół roku odnowiło mi się to i wiem co to jest świerzb - mówił. Agnieszka Szulc oznajmiła, że to łóżko zostanie na dwa tygodnie wyniesione na świeże powietrze. Jednak z takim rozwiązaniem nie zgadzał się Adam Szczepański, twierdząc, że łóżko powinno zniknąć.
- Tego łóżka pani nie wygotuje, bo rzeczy albo się gotuje, albo wyrzuca. Jak ja miałem świerzb w zakładzie karnym, to wszystko łóżko i nasze rzeczy były wyrzucane - mówił.
WYSTAWIĄ RACHUNEK
O kłopotach kierownika mogileńskiego M-GOPS Agnieszki Szulc z załatwieniem w SPZOZ transportu chorego mężczyzny rozmawialiśmy z wicedyrektor Barbarą Buzałą. Przyznała, że rzeczywiście było uzgodnione, że pacjent powinien trafić na oddział, jednak zaznaczyła, że świerzb nie jest wskazaniem do transportu medycznego. Sytuacja wygląda tak, że środkami transportu wiezie się pacjentów, którzy nie są w stanie sami dostać się do placówki leczniczej ze względu na dysfunkcję narządów ruchu. Wówczas zalecany jest transport bezpłatny, inaczej transport jest odpłatny.
- Tak w ogóle to do dyrektora Michała Ogrodowicza pani Szulc po karetkę zadzwoniła w piątek, po 14:00. Jeżeli Straż Miejska odmawia transportu i mówi, że muszą później zdezynfekować samochód, to tym bardziej my musimy zdezynfekować karetkę. Karetki to nie są taryfy, one mają służyć ratowaniu życia, a z tego co ja wiem pacjent spędził już jedną noc z czwartku na piątek. To opieka społeczna z pomieszczenia, w którym przebywał, wystawiła go na zewnątrz, nie my. Owszem pani doktor Woszczyńska wypisała to zlecenie, ale to zlecenie właściwie było wypisane po to, żeby ten człowiek faktycznie nie siedział na zewnątrz. Nie było żadnych wskazań do transportu medycznego. W tym przypadku karetka była wyłączona na pięć godzin. Nasz skład zawiózł pacjenta, który miał uzgodnione, że powinien trafić do którejś godziny. Dobrze, że pojechał nasz skład, bo załatwili, że przyjęto tego człowieka, bo tam już nie było nikogo. I tu trzeba pamiętać, że my w tym momencie zdejmowaliśmy karetkę, która być może byłaby potrzebna do ratowania życia ludzkiego - tłumaczyła wicedyrektor SPZOZ Barbara Buzała.
Choroba, którą miał Ryszard Zachwieja, zdaniem Barbary Buzały, nie była chorobą, która zmuszałaby do natychmiastowego transportu środkami medycznymi. Jej też zdaniem chory mógł w każdy inny sposób dojechać do szpitala. Usłyszeliśmy też, że świerzb nie jest również chorobą wymagającą leczenia szpitalnego.
- Pacjent został zabezpieczony, on dostał lekarstwa i maści i na dzień dzisiejszy wychodzi ze szpitala. Jemu wystarczyło zapewnić osobny pokój, w którym mógłby przebywać. Jeżeli chodzi o odkażanie, to nie należy tak panikować, bo na dzień dzisiejszy istnieją doskonałe środki do dezynfekcji. To nie jest też nic takiego, że trzeba zaraz człowieka całkowicie odizolować - dodała Barbara Buzała.
Stwierdziła także, że pojawia się w tym momencie kwestia, komu się należy nieodpłatny transport medyczny, bo jak zauważyła w tym przypadku jest to niesłuszne zrzucanie kosztów na SPZOZ. Jej też zdaniem odprowadzane składki zdrowotne nie są podstawą do ponoszenia kosztów transportu karetką.
- My prawdopodobnie wystawimy opiece społecznej rachunek za ten transport. Tu nie było wskazania na transport medyczny, ten pan był chodzący - mówi Barbara Buzała.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1119 (30/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze