Z tej karty ewidencyjnej mieszkania wynika, że lokal w Ostrowie, który obecnie zajmuje rodzina Łyków, jeszcze za czasów administracji mieszkań komunalnych przez ZGKiM w Strzelnie, czyli przed 2006 r., składał się tylko z jednego pokoju, kuchni, łazienki i skrytki
fot. Magdalena Lachowicz
Ostrowo, wilgoć, grzyb, mieszkanie, Beata Łyk
O jeden pokój za daleko
Beata Łyk twierdzi, że mieszkanie w Ostrowie przyjęła z rodziną, bo została zastraszona przez urzędników natychmiastową eksmisją pod most. - Miały być tutaj dwa pokoje, okazało się, że jest tylko jeden - mówi rozżalona kobieta. Kierownik referatu gospodarki przestrzennej Maria Giza i inni pracownicy zgodnie twierdzą, że przed podpisaniem umowy Beata Łyk oglądała mieszkanie. - Nikt nie straszył pani Łyk, że pójdą mieszkać pod most. Wiedziała, że przyznane ma mieszkanie z jednym pokojem. Dopiero teraz zaczęła wojować - mówi kierownik Giża.
EKSMISJA
Beata i Robert Łyk wraz z córkami Patrycją (17 lat), Martyną (10) i Nikolą (3) od lipca 2012 r. mieszkają w lokalu komunalnym w Ostrowie (gm. Strzelno). Umowę na przydział mieszkania na czas nieoznaczony podpisali 24 kwietnia 2012 r., po uzyskaniu pozytywnej opinii komisji rolnej, ochrony środowiska, mienia komunalnego i mieszkalnictwa Rady Miejskiej w Strzelnie.
Przed lipcem 2012 r. rodzina Łyków mieszkała w budynku na placu Świętokrzyskim w Strzelnie. Nie posiadali tam żadnej umowy najmu. Mieszkanie musiało zostać opuszczone, gdyż zgodnie z decyzją Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Mogilnie Macieja Matuszkiewicza z 24 listopada 2008 r., Urząd Miejski w Strzelnie został zobowiązany do opróżnienia i wyłączenia użytkowania całego budynku, a także do wykonania doraźnych zabezpieczeń obiektu przed dostępem osób trzecich. Zdaniem inspektora PINB budynek ten nadawał się wyłącznie do rozbiórki.
TRZY ZALICZKI
Robert Łyk twierdzi, że miał prawo pierwokupu domu na placu Świętokrzyskim, ponieważ kupił je od nieżyjącej już właścicielki Haliny Łagockiej. - Ja pani Łagockiej wpłaciłem zaliczkę. Raz otrzymała 5.000 zł i dwa razy po 1.000 zł. Co ja za to mogę, że po jej śmierci rodzina się wyparła, chociaż doskonale wiedzieli, że ja pani Łagockiej zapłaciłem - opowiada.
Dodaje, iż słyszał, że gmina sprzedała ten dom Bogdanowi Lewandowskiemu, który jest właścicielem przyległego obiektu. - Oni w Urzędzie nie chcą nic powiedzieć, ale jeśli to sprzedali, to ja miałem prawo pierwokupu - uważa Robert Łyk.
Beata Łyk twierdzi, że wilgoć i grzyb w mieszkaniu pokazały się dopiero jesienią (grzyb widać na zdjęciu w tle kuchni). Rozmowie przysłuchują się córki pani Beaty Martyna i Nikola
fot. Paweł Lachowicz
BEZ PODSTAW DO PIERWOKUPU
Innego zdania jest burmistrz Strzelna Ewaryst Matczak. Twierdzi, że Beata Łyk otrzymała mieszkanie na placu Świętokrzyskim, chociaż wcale nie była zameldowana na terenie gminy Strzelno. Dostała przydział na mieszkanie od komisji mieszkaniowej i je przyjęła.
- Pani Łyk jest na liście na zamianę lokalu mieszkalnego i jeśli będziemy takie lokale posiadać, to być może uda się je zamienić. Na razie chodziło, by rodzinę wyprowadzić z placu Świętokrzyskiego, bo tam była ruina i groziła zawaleniem. Przecież pan Łyk nie był tam nawet zameldowany, nie miał też podstaw do pierwokupu. My przynajmniej takich dokumentów nie posiadamy. Po wyroku eksmisji obiekt został sprzedany sąsiadowi zza płotu. Ten pan zgodnie z decyzją nadzoru budowlanego musi obiekt rozebrać - powiedział burmistrz Matczak.
RODZINA: WCISNĘLI NAM MIESZKANIE
Dlaczego zatem Łykowie czekali prawie 3 miesiące, nim przeprowadzili się w lipcu 2012 r. do Ostrowa? Otóż jak twierdzi Robert Łyk mieszkanie w Ostrowie zostało im wciśnięte na siłę.
- Przyjechały panie z Urzędu Miejskiego na nasze stare miejsce pobytu. Mnie nie było w domu. Zastraszyły żonę, że jeśli nie przyjmie mieszkania w Ostrowie, to będziemy wszyscy eksmitowani na bruk - mówi.
Natomiast Beata Łyk dodała: - Po wyroku eksmisyjnym zaproponowali mi to mieszkanie, bo tamto miało iść do rozbiórki. Miały być tutaj dwa pokoje, okazało się, że jest tylko jeden, ale musiałam umowę podpisać z tego względu, że pani Sylwia Kowalska i Maria Giża (pracownice UM w Strzelnie przyp. mal) powiedziały, że jeśli nie podpiszę tej umowy, to już żadnego innego lokalu mi nie zaproponują. Po prostu podjedzie samochód, bo jest nakaz eksmisji w dwa tygodnie, i wszystkie nasze rzeczy zabierze i wywiezie, a my pójdziemy mieszkać pod most, bo ich to nie obchodzi i wyjazd. Wystraszyłam się i podpisałam umowę na mieszkanie w Ostrowie - dodaje Beata Łyk.
Rodzina Łyków uważa, że mieszkanie w Ostrowie nie spełnia ich oczekiwań. Składa się z jednego pokoju, kuchni, łazienki i skrytki. Jak utrzymują Łykowie, mieszkanie, które im przydzielono pierwotnie składało się z dwóch pokoi. Ich zdaniem jeden pokój z ich obecnego mieszkania przydzielony został sąsiadce, która teraz ma w sumie trzy pokoje.
- Ta pani mieszka sama na trzech pokojach, a my w piątkę gnieździmy się na jednym pokoju. Byłam w Urzędzie, prosiłam, by oddali mi pokój, który kiedyś należał do mojego mieszkania, ale nikt nie chce mi pomóc. W Urzędzie nie mogę doprosić się wglądu do mapek, chciałam zobaczyć i udowodnić wszystkim, że moje mieszkanie też miało dwa pokoje, tylko jeden oddano sąsiadce. Wysyłam listy do burmistrza i nie dostaję żadnej odpowiedzi. Natomiast sąsiadka stwierdziła, że dopóki Matczak będzie burmistrzem, to nikt jej tego pokoju nie zabierze. A jak byłam z najstarszą córka u burmistrza, to powiedział, że nie wracajmy do sprawy tego pokoju, bo będzie wojna i na tym się temat skończył - opowiada Beata Łyk.
URZĘDNICY: WIDZIAŁA WCZEŚNIEJ MIESZKANIE
W strzeleńskim ratuszu w sprawie rodziny Łyków rozmawiali z naszym reporterem prawie wszyscy pracujący w referacie rolnictwa, gospodarki przestrzennej i rozwoju gospodarczego, kierownik Maria Giża, referent do spraw mieszkaniowych Dariusz Głowacki, starszy specjalista do spraw administracji budynków komunalnych Sylwia Kowalska i samodzielny referent do spraw mienia komunalnego Joanna Kaszyńska.
Wszyscy zgodnie stwierdzili, że Beata Łyk widziała mieszkanie zanim podpisała umowę najmu. Twierdzą, że Łykowie wiedzieli, że otrzymują mieszkanie z jednym pokojem.
- Nikt nie straszył pani Łyk. Nikt z nas nie powiedział też, że jeśli nie podpisze umowy najmu, to pójdą mieszkać pod most. Nie ma eksmisji na bruk czy pod most. Była jedynie mowa, że rzeczy zabrane z ich mieszkania, które zajmowali na dziko, trafią do miejsc ich zameldowania, czyli pani Beaty Łyk do Łagiewnik pod Kruszwicą, a pana Roberta Łyka do Strzelna Klasztornego, a świadkiem na to jest komendant Straży Miejskiej Paweł Namieśnik, bo był z nami na okazaniu tego mieszkania. Zresztą pani Łyk mówiła nam, że mąż nie przyjdzie mieszkać do Ostrowa, tylko ona z córkami. Była z mieszkania bardzo zadowolona. Tam nie było ani pieca, ani kaloryferów, ale ona powiedziała, że sama na własny koszt założy sobie ogrzewanie. Od chwili kiedy pani Łyk otrzymała mieszkanie, ja tam już nie byłam, więc nie wiem, jak tam wygląda, ale pani Łyk wiedziała, że przyznane ma mieszkanie z jednym pokojem. Dopiero teraz zaczęła wojować - mówi Maria Giża.
Blok mieszkalny w Ostrowie. Na piętrze po prawej stronie mieszka Beata Łyk z rodziną.
fot. Paweł Lachowicz
LOSY JEDNEGO POKOJU
Pracowników referatu mieszkaniowego spytaliśmy też, jak to się stało, że pokój, który kiedyś był częścią składową mieszkania, które obecnie zajmuje Beata Łyk, należy obecnie do sąsiadki.
Z dokumentacji wynika, że czterorodzinny blok mieszkalny w Ostrowie był kiedyś własnością istniejącego w Ostrowie Zakładu Rybackiego. Każde z mieszkań składało się z 2 pokoi, kuchni, łazienki i skrytki. U schyłku lat 80. ówczesny proboszcz ostrowskiej parafii Władysław Gaszak wystąpił do Zakładu Rybackiego o przydział jednego z mieszkań na potrzeby parafii, a konkretnie jako mieszkania dla gosposi, którą była wówczas Wiktoria Kaszak.
Z dokumentacji zgromadzonej w strzeleńskim Urzędzie wynika, że gdy Urząd Miejski w 2006 r. przejął administrację mieszkań komunalnych od strzeleńskiego Zakładu Komunalnego, sąsiadka rodziny Łyków miała już umowę najmu na trzy pokoje.
O tym, że mieszkanie, które obecnie zajmuje rodzina Beaty Łyk miało tylko jeden pokój w momencie przejmowania administracji budynku przez Urząd, świadczy też zapis, że 30 marca 1992 r. ówczesny zastępca burmistrza Ewaryst Matczak w odpowiedzi na wniosek parafii w Ostrowie przydzielił parafii lokal mieszkalny składający się z jednego pokoju i kuchni, w tym lokalu mieszkała do śmierci gosposia ks. proboszcza Wiktoria Kaszak, a po jej śmierci to właśnie mieszkanie otrzymała z przydziału rodzina Beaty Łyk.
Mieszkanie, które obecnie zajmuje Beata Łyk z rodziną, do 2001 r. najmowane było przez parafię. 8 sierpnia 2001 roku nieżyjąca już Wiktoria Kaszak napisała do Urzędu Miejskiego w Strzelnie pismo, że w związku ze śmiercią ks. proboszcza Władysława Gaszaka, najemcy mieszkania nr 4 w budynku nr 62 w Ostrowie, zwraca się z prośbą do burmistrza o wyrażenie zgody na przepisanie na nią umowy najmu tego lokalu, gdyż była w nim zameldowana na pobyt stały. 17 września 2001 r. otrzymała ona odpowiedź od ówczesnego burmistrza Piotra Pieszaka, że lokal zostaje oddany jej w najem. 26 września 2001 r. Wiktoria Kaszak otrzymała umowę najmu na mieszkanie o takiej samej powierzchni, jaka obecnie zajmuje Beata Łyk z rodziną.
Z dokumentacji wynika także, że sąsiadka rodziny Łyków otrzymała mieszkanie w 1989 r. za zgodą ówczesnego dyrektora Zakładu Rybackiego w Kruszwicy, pod który blok należał. Najpierw mieszkanie składało się z dwóch pokoi, ale Władysława Nowak otrzymała najpierw ustną, a później pisemna zgodę dyrekcji zakładu na zagospodarowanie dodatkowego pokoju pochodzącego z mieszkania sąsiedniego. W 1992 r. po przejęciu przez Urząd Miasta i Gminy w Strzelnie całego obiektu Bazy Hodowli Pstrąga w Ostrowie, otrzymała umowę najmu mieszkania na lokal składający się z 3 pokoi, kuchni i łazienki.
Mieszkanie sąsiednie składające się z 1 pokoju, kuchni i łazienki zostało wówczas przekazane na rzecz ostrowskiej parafii.
Referent do spraw mieszkaniowych Urzędu Miejskiego Dariusz Głowacki mówi: - Pani Władysława Nowak ma umowę najmu taką, a nie inną. Ma przydział na trzy pokoje. Obecnie władnym do zmiany tej decyzji jest jedynie jako właściciel budynku Urząd Miejski w osobie burmistrza Strzelna. Nic innego w tej sprawie nie można zrobić.
Burmistrz Ewaryst Matczak tłumaczy: - Rozmowy z panią Nowak na temat dodatkowego pokoju były prowadzone. Dzieci pani Nowak przebywają tymczasowo za granicą. My myśleliśmy, że pani Nowak sama zrzeknie się tego pokoju, ale nie. Z rozmowy jaką z tą panią przeprowadziłem wynika, że dzieci deklarują powrót do Polski. Ja nie mogę zabrać tego pokoju, bo gdy dzieci pani Nowak wrócą, też będą musiały gdzieś mieszkać.
GRZYB I WILGOĆ
Łykowie zwracają uwagę na to, że całe mieszkanie w Ostrowie jest zagrzybione. Wilgoć zaczęła się pokazywać od jesieni, podczas listopadowej słoty. Problem ten mieli zgłaszać w strzeleńskim Urzędzie wielokrotnie. Jednak pozostawało to, ich zdaniem, bez żadnej odpowiedzi. - Gdy mówiłam, jaki mamy grzyb w mieszkaniu, pani Kowalska powiedziała, że mamy nieprawidłowo zainstalowaną wentylację. A przecież ja wentylacji tutaj nie robiłam - mówi Beata Łyk.
Starszy specjalista do spraw administracji budynków komunalnych Sylwia Kowalska zaprzecza słowom Beaty Łyk. - Nie było takiej mowy. Było tylko powiedziane, że przy takiej pogodzie nic na dachu nie będzie robione, bo nikt na dach w takich warunkach atmosferycznych nie będzie wchodził. Takie były słowa. A o wentylacji to ja nic nie wiem. Warto byłoby sprawdzić, czy państwo Łyk mają aktualną opinię kominiarską, bo skoro zakładali sobie centralne ogrzewanie, to zgodnie z prawem budowlanym taka opinia kominiarska po jego założeniu jest konieczna - powiedziała Sylwia Kowalska.
W grudniu 2012 r. po ponownym zgłoszeniu przez Beatę Łyk zawilgocenia mieszkania, w Ostrowie pojawili się pracownicy brygady remontowej Urzędu Miejskiego delegowani przez Jana Kapicę. Mieli oni stwierdzić, że wilgoć nachodzi do mieszkania z powodu nieszczelnego dachu.
- No i co z tego, że stwierdzili, jak do dzisiaj nikt nic z tym nie zrobił. Jak długo jeszcze mamy wdychać opary wilgoci i grzyba? Tyle pieniędzy włożyłam w to mieszkanie, tutaj nie było nawet żadnego ogrzewania, sami zakładaliśmy centralne, a teraz nawet naprawy cieknącego dachu nie możemy się doprosić - mówi Beata Łyk.
Mieszkanie państwa Łyków, jak usłyszeliśmy w referacie mieszkaniowym Urzędu Miejskiego, rzeczywiście nie miało żadnego ogrzewania. Beata Łyk wraz z mężem założyli na własny koszt piec CO na węgiel, który znajduje się w kuchni oraz rozprowadzili po mieszkaniu kaloryfery. Pomimo że mieszkanie jest ogrzewane, grzyb na ścianach, szczególnie kuchni i pokoju z dnia na dzień się powiększa.
Jeśli chodzi o przeciekający dach i możliwość jego szybkiego remontu, burmistrz nie pozostawia złudzeń. Na dzień dzisiejszy dach nie będzie remontowany ze względu na warunki atmosferyczne.
- Dach jest cały z papy, więc czekać trzeba na lepszą pogodę - mówi burmistrz. Dodaje też, iż wiosną, jeśli będą fundusze, to ewentualnie zostanie przeprowadzona doraźna naprawa dachu. - Zaklejenie dziur tak, całkowity remont nie, bo takich potrzeb na terenie gminy jest bardzo dużo - dodał burmistrz Matczak.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1096 (7/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze