Dorota Czerniak z 4-miesięcznym synkiem Mikołajem
fot. Magdalena Lachowicz
Strzelno, szpital, pediatra, lekarz, rodzice
Pediatra nie udzieliła pomocy
Lekarz pediatra Anna Sikorska w drzwiach swego gabinetu pouczała matkę z 4-miesięcznym chorym Mikołajem na rękach: - Miała pani cały dzień na to, by pójść z dzieckiem do lekarza. Komentowała, że rodzice są za młodzi, by zwracać jej uwagę. - Mówiła, że za dużo sobie wyobrażamy, że to jest szpital - opowiada Dorota Czerniak. Od razu w nocy rodzice pojechali ze Strzelna na pogotowie do szpitala w Mogilnie. Ich 4-miesięczny syn uzyskał tam błyskawiczną pomoc od lekarza pediatry Beaty Woszczyńskiej. Sprawę wyjaśnia nowy dyrektor SPZOZ Michał Ogrodowicz.
Około północy z 6 na 7 lipca, 4-miesięczny Mikołaj, synek Doroty Czerniak i Pawła Kwiatkowskiego z Dzierzążna (gm. Mogilno) obudził się z katarem i kaszlem. Był taki ciężki, że bardzo zaniepokoił rodziców. Postanowili niezwłocznie pojechać do szpitala w Strzelnie, gdyż tam jest oddział dziecięcy i rodzice, jak mówią reporterowi Pałuk, byli pewni, że tam ktoś pomoże ich synkowi. Do szpitala dojechali około 0:30. Weszli z chorym dzieckiem do Izby Przyjęć strzeleńskiej lecznicy i w okienku dowiedzieli się, że z tak małym dzieckiem powinni od razu udać się na oddział dziecięcy.
Dyżur na oddziale tej nocy pełniła lekarz Anna Sikorska z Gębic. Gdy dotarli na oddział, w kolejce jakiś czas czekał już inny ojciec z chorym synem, który leżał na łóżku i spał.
- Podeszłam więc do gabinetu i zapukałam do drzwi, aby zapytać, czy zostanie nam udzielona pomoc - opowiada Dorota Czerniak. W chwili, gdy lekarka otworzyła drzwi, pani Dorota pożałowała, że w ogóle do nich zapukała. Lekarz dyżurująca - jak opowiada nam mieszkanka Dzierzążna - miała spojrzeć na nią z wyrzutem, że śmiała jej przerwać nocny spokój.
- Pani doktor wyglądała na złą, że musi w nocy obsługiwać pacjentów. Zapytałam grzecznie, czy przyjmie naszego synka. Jednak zamiast tego usłyszałam, że powinnam iść na Izbę Przyjęć. Wyjaśniłam, że właśnie stamtąd przyszliśmy, więc zapytała „co się dzieje”. Zaczęłam tłumaczyć, że poprzedniej nocy synek miał lekki katar, w dzień było dobrze, ale teraz się bardzo pogorszyło, na co pani doktor nie dała mi dokończyć i rzuciła bezczelnie „Miała pani cały dzień na to, by pójść z dzieckiem do lekarza”, po czym lekceważąco rzuciła „proszę czekać na korytarzu” i zamknęła mi drzwi przed nosem - dodaje pani Dorota.
Zachowanie to widział ojciec Mikołaja, wszedł więc zdenerwowany do gabinetu bez pukania i zapytał jeszcze raz, czy pani doktor ich przyjmie, czy mają jechać gdzieś indziej. Zwrócił też uwagę lekarce, aby okazywała ludziom trochę szacunku i wyszedł. Zdaniem Doroty Czerniak lekarka nie pozostała dłużna i odprawiła jej narzeczonego tak samo jak i ją.
Poczekali jeszcze kilka minut przed gabinetem, po czym stwierdzili, że nie warto liczyć na pomoc Anny Sikorskiej i zaczęli ubierać zmęczonego synka i szykować się do wyjścia, szukać dla niego pomocy gdzie indziej.
Jednak, zanim opuścili oddział, lekarka wyszła z gabinetu i zdaniem naszej rozmówczyni zaczęła ich słownie atakować. - Mówiła, że za dużo sobie wyobrażamy, że to jest szpital. Na to ja również już nerwowo nie wytrzymałam i powiedziałam że dziękujemy za taką pomoc, i że pojedziemy gdzieś indziej szukać pomocy dla naszego synka i nie będziemy liczyli na łaskę tej pani. Na to pani doktor zaczęła do mnie mówić, że nie życzy sobie uwag w jej stronę, bo jestem za młoda i narzeczony również, po czym zamknęła nam znów drzwi przed nosem - opowiada Dorota Czerniak.
Po nieprzyjemnej wymianie zdań rodzice zabrali chorego Mikołaja i pojechali na pogotowie do szpitala w Mogilnie, gdzie z otwartymi rękoma przyjęła ich dyżurująca pediatra Beata Woszczyńska. Po badaniu okazało się, że 4-miesięczny Mikołaj ma zapalenie krtani i potrzebny był zastrzyk, aby poprawić jego stan zdrowia. Dorota Czerniak wspólnie z narzeczonym postanowili nie zostawiać tej sprawy bez echa.
O wydarzeniu poinformowali naszego reportera. - Wielu ludzi nie wyobraża sobie, jak ta pani może jeszcze pracować jako pediatra. Jesteśmy oburzeni zachowaniem pani Sikorskiej, która potraktowała mnie i mojego narzeczonego jak dzieci, a nie osoby, które przychodzą z prośbą o pomoc dla dziecka i okazują jej zaufanie. Owszem, jestem młoda, mam 21 lat, narzeczony 27, ale jesteśmy ludźmi wykształconymi, znamy swoje prawa, uważam, że tak jak każdemu człowiekowi i nam należy się szacunek. Opłacamy składki ZUS, wychodzimy do ludzi z uśmiechem, żyjemy z ludźmi w zgodzie, a ktoś, kto powinien mieć podejście do ludzi zachowuje się jak kompletny egoista, gbur i w tak poważnej sprawie pokazuje swój brak kompetencji - dodaje pani Dorota. Twierdzi ponadto, że oboje z narzeczonym są bardzo otwartymi i serdecznymi ludźmi, jest im bardzo przykro, że osoba, która z racji wykonywanego zawodu powinna być dla ludzi miła i uprzejma, traktuje ich obojętnie. Przyznają przy tym, że nie są lekarzami, ale wiedzą, że etyka lekarska obowiązuje również względem stosunku lekarza do ludzi.
- A z takim stosunkiem, jaki reprezentuje pani dr Sikorska w stosunku do dorosłych, mamy pewne obawy, jaki stosunek, jako pediatra ma do dzieci. Z narzeczonym stwierdziliśmy, że ta pani ma najwyraźniej kompleksy albo była zła, że ktoś się ośmielił zakłócić jej spokój podczas nocnego dyżuru - opowiada Dorota Czerniak.
Wzburzeni zachowaniem Anny Sikorskiej postanowili także poinformować o całym zajściu nowego dyrektora SPZOZ w Mogilnie Michała Ogrodowicza. W czwartek 11 lipca wysłali pocztą pisemną skargę na nocne, sobotnio-niedzielne zachowanie lekarki.
W swoim piśmie zaznaczyli, że nie oczekują przeprosin ze strony Anny Sikorskiej, czy wyciągania dalece idących konsekwencji w stosunku do niej.
- Wiemy, że nie mamy na co liczyć, ale mamy nadzieję, że pan, jako nowy dyrektor SPZOZ w Mogilnie, chociaż zwróci uwagę pani doktor na temat jej zachowania. Bo do tej pory dyrektor Krygier nic nie robił w sprawie skarg pacjentów. Pragnę dodać, że szpital w Strzelnie traktowałam jako przytulny, o miłej atmosferze, przyjaznym personelu, gdyż z takim zachowaniem spotkałam się leżąc w nim 4 razy i rodząc w nim synka, ale od soboty opinia na temat szpitala zmieniła się na obawę, że znów ktoś odmówi nam pomocy. Mamy nadzieję, że taka sytuacja się więcej nie powtórzy, a pani doktor Sikorska otrzyma od pana dyrektora jakiekolwiek upomnienie i odtąd będzie miała świadomość, że ludzi nie traktuje się tak instrumentalnie - napisała w skardze do dyrektora Ogrodowicza Dorota Czerniak.
W rozmowie z naszym reporterem dodała także, iż ma nadzieję, że artykuł dotrze do odpowiednich osób i wreszcie ktoś wyciągnie konsekwencje z tego typu zachowań. - Bo to tylko wstyd dla NFZ, szpitala i pracodawcy tej pani, że zatrudnia tak nieludzką osobę, której bardziej zależy na tym, aby dopiec rodzicom, niż żeby pomóc dziecku. A przecież jako lekarz przysięgała: „...Według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek” - dodała Dorota Czerniak.
Dyrektor SPZOZ Michał Ogrodowicz powiedział naszemu reporterowi, że na dzień dzisiejszy sprawa jest przez niego wyjaśniana.
- Bardzo proszę o kontakt w piątek. Wszystko ma swoje procedury. Musimy także wysłuchać drugą stronę - powiedział nam dyrektor Ogrodowicz.
Do tematu powrócimy.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1118 (29/2013)
Komentarze
Słowa mają leczyć a nie ranić
Dwa tygodnie temu zajmowaliśmy się w gazecie sprawą 4-miesięcznego Mikołaja z Dzierzążni, którego rodzice Dorota Czerniak i Paweł Kwiatkowski, zawieźli po północy na oddział dziecięcy szpitala w Strzelnie. Twierdzą, że lekarz pediatra Anna Bogdanowicz-Sikorska nie udzieliła pomocy ich dziecku i zmuszeni byli pojechać w nocy do Mogilna. Tam uzyskali pomoc od lekarza pogotowia ratunkowego. Twierdzą, że w Strzelnie czuli się z dzieckiem jak intruzi, jakby komuś przeszkadzali. Lekarka twierdzi dokładnie odwrotnie, wskazuje na fatalne zachowanie rodziców, mówi, że po ich wyjściu zaraz przygotowała notatkę służbową. Dlatego nowy dyrektor SPZOZ nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Zdaniem dyrekcji błędu lekarskiego w postępowaniu nie było.
Po prostu słowa przeciwko słowom, tak jak często dzieje się w takich przypadkach.
Mnie ta sprawa trochę nie dawała spokoju. Jakoś tak podświadomie byłem po stronie rodziców, choć powinienem tu zachować niczym nie zmącony obiektywizm. Nawet, gdyby powiedzieli coś ostrzejszego lekarce, jako ojciec zrozumiałbym ich. Ostatecznie jechali z 4-miesięczną kruszyną, i jako rodzice nie muszą wiedzieć, co jest ich tak małemu dziecku. Nawet zwykły katar wywołuje u rodziców w tej sytuacji panikę. Dlatego, ja zachowaniu rodziców i ich zdenerwowaniu wcale się nie dziwię.
Słowa mają jednak moc i nie zawsze da się wytłumaczyć, to co się powiedziało, na przykład okolicznościami i zdenerwowaniem.
Lekarka Anna Sikorska zadzwoniła do reportera gazety po kilku dniach od tego nocnego zdarzenia.
Dużą część jej wypowiedzi zamieściliśmy tydzień temu w gazecie. To, co się rzuca w oczy, to właśnie słowa, jakich używa. Siedzą w niej jak zadra, pomimo, że upłynęło już wiele godzin.
O rodzicach mówi: „Najważniejsza była urażona duma, że nie zostali przyjęci natychmiast. A ona będzie jeszcze pisać, że ja się niegrzecznie zachowuję, a to oni się niegrzecznie zachowali”.
O matce dziecka mówi: „Ta matka nie dorosła jeszcze do roli matki, bo normalna kobieta, normalna matka, wykształcona osoba zdaje sobie sprawę z tego, że skoro poprzedniej nocy z dzieckiem coś się działo, to nawet człowiek po czterech klasach szkoły podstawowej zdaje sobie sprawę z tego, że zbliża się kolejna noc i może być jeszcze gorzej”.
O rodzicach dodaje jeszcze raz: „Tak, że nie ja suma sumarum jestem winna, tylko ona jest winna i jak smarkacze będą ze mną tak zaczynać, to ja im naprawdę to udowodnię”.
Na koniec rozmowy żałuje, że wtedy w nocy nie wezwała policji.
Lekarce pomyliły się role. Rodzice przyjechali do niej na oddział nie po to, by nasyłała na nich policjantów z pałami, a po to, by udzieliła pomocy ich dziecku.
Cytowane powyżej słowa szokują i aż nie chce się wierzyć, że wypowiada je lekarz. Zawsze wydawało mi się, że lekarz jest od tego, żeby leczyć. A już na pewno nie od tego, żeby oceniać rodziców, ich wykształcenie, nazywać ich smarkaczami. Na jakiej podstawie Anna Sikorska ocenia, czy ktoś jest dobrą czy złą matką.Co ma wykształcenie do rzeczy, gdy jest się pacjentem SPZOZ.
Tu nie potrzeba żadnego czarnego piaru. Takimi wypowiedziami lekarka sama pogrąża SPZOZ i strzeleński szpital. To, co mówi jest gorsze niż dziesiątki wypowiedzi polityków za czy przeciwko utrzymaniem szpitala w Strzelnie.
Nowy dyrektor SPZOZ-u ma naprawdę duży problem. Nie dość, że musi poradzić sobie z remontami, wykorzystaniem środków unijnych i restrukturyzacją firmy - to jeszcze pani lekarka nie ułatwia mu roli i kompromituje SPZOZ takimi wypowiedziami.
Słowa nie zawsze dodają otuchy, i mogą zranić.
Powinien szczególnie wiedzieć o tym lekarz, bo to też jest ważna część leczenia.
Marek Holak
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1120 (31/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze