Anna B.: - Czuję wielki żal, bo gdyby lekarz...
Śmierć męża
Prokurator Rejonowy Rita Kubiak mówi, że prowadzone jest postępowanie w sprawie. Ma wyjaśnić przyczyny śmierci Marcina B. i prawidłowość postępowania personelu medycznego.
33-letni Marcin B. z Mogilna obudził swoją żonę Annę w nocy z 8 na 9 lutego. Miał gorączkę powyżej 400C. Drżał na całym ciele i mówił, że bardzo źle się czuje. Żona zadzwoniła do mogileńskiego szpitala po Pogotowie Ratunkowe. - Dyspozytorka powiedziała mi, że pogotowie nie jeździ do chorych z gorączką i mogę skontaktować się z lekarzem, jeśli nie wiem, co się w takich przypadkach robi. Załatwiłam więc samochód z kierowcą (bo własnego nie mamy) i pojechaliśmy do szpitala - opowiada pani Anna.
Było przed 2:00 w nocy.
Na pogotowiu przyjął ich doktor Mahmud T. - Był oburzony, że nie wzięłam ze sobą dokumentów ubezpieczeniowych męża. Mówił do nas odwrócony placami, więc prosiłam, żeby powtórzył, bo nie rozumiem. Wówczas zaczął wykrzykiwać, że jak się nam nie podoba, to mamy wracać do domu i głowy nie zawracać na pogotowiu tylko z gorączką - relacjonuje.
W tym czasie Marcin zaczął wymiotować. - Lekarz stwierdził, aby podać mu zastrzyk przeciwwymiotny i odesłał nas do domu nie osłuchawszy nawet Marcina - mówi jego żona.
W domu nie mogła niczym zbić wysokiej gorączki u męża. Rano pani Anna przekazała córkę do babci, bo bała się, aby się nie zaraziła od chorego, a sama zgłosiła go na wizytę w NZOZ przy mogileńskim Rynku. Tam mężczyzna miał zrobione USG jamy brzusznej i stwierdzony stan zapalny błony jelita, co lekarz tłumaczył przechodzoną właśnie jelitówką. Dostał leki i wrócił do domu.
- Polepszenie nie następowało, dopiero wieczorem nagle zaczęła spadać temperatura ciała i gdy zeszła do 37 stopni mąż zaczął czuć się coraz gorzej. Miał problemy z oddychaniem, zaczęły sinieć mu ręce i uszy - opowiada żona.
9 lutego wieczorem ponownie pojechali na pogotowie, tym razem dyżurujący lekarz i lekarka zostawili mężczyznę w szpitalu. - Stwierdzili, że powinno to już nastąpić dużo wcześniej - mówi pani Anna.
Badanie EKG wypadło źle, temperatura ciała dalej spadała do 340C, ciśnienie było złe, tętno wysokie. Mężczyzna został w szpitalu. Pani Anna wróciła potem do niego z potrzebnymi rzeczami. Leżał podłączony do kroplówki. Nie pozwolono jej zostać w szpitalu, bo położony był na wspólnej sali.
- Od rana 10 lutego dzwoniłam do niego, wysyłałam SMS-y, ale nie było odpowiedzi. Gdy z sercem w gardle, przed 7:00 rano dotarłam do szpitala (wcześniej dzwoniłam z płaczem do rodziców, czując, że coś się stało) dostałam telefon, że Marcin nie żyje prawdopodobnie od godziny 2:00-2:30. Straciłam grunt pod nogami, dostałam jakieś zastrzyki i gdy przyjechali moi rodzice, dowiedzieliśmy się od pielęgniarki, że mąż musiał jeszcze kilkakrotnie korzystać w nocy z toalety i nawet dokładnie nie wiedzą, kiedy umarł. Natomiast lekarz nie był w stanie podać mi przyczyny śmierci. Poinformował nas, że zrobiona zostanie sekcja zwłok. Gdy zobaczyłam wtedy ciało męża, było prawie fioletowe. Udusił się? - pyta pani Anna.
Jeszcze tego samego dnia pani Anna zgłosiła sprawę w mogileńskiej Prokuraturze Rejonowej. Mogileńska policja tego samego dnia na polecenie prokuratora zabezpieczyła dokumentację medyczną w szpitalu.
Sekcja zwłok pod kontrolą prokuratora odbyła się 11 lutego w Bydgoszczy, szczegółowych wyników jeszcze nie ma.
- Czuję wielki żal, bo gdyby lekarze przeprowadzili natychmiast badania, to myślę, że uratowano by go. Stan jego był ciężki, więc powinni byli mi pozwolić zostać z mężem, który czuł, że nie dożyje ranka (ja nie wierzyłam w taki koniec). Leżał jak inni chorzy, zamiast być podłączony do aparatury kontrolującej stan jego serca czy pracy mózgu. Gdybym była z nim, mogłabym chociaż wezwać księdza do umierającego. To przykre, że dla niektórych umierających robi się więcej niż dla innych. Dlaczego nie można było Marcina wieźć do innego lepszego szpitala, gdy jego parametry tak bardzo się pogarszały?! - te pytania pani Anna pozostają bez odpowiedzi.
- Zostałam sama, bez najbliższej mi osoby, bez człowieka, który zapracowywał się, aby utrzymać mnie i moją córkę. Teraz mam tylko pustkę - mówi.
Prokurator Rita Kubiak z Prokuratury Rejonowej w Mogilnie powiedziała, że jest prowadzone postępowanie w sprawie, a nie przeciwko komukolwiek. Ma ono wyjaśnić przyczyny śmierci Marcina B. i prawidłowość postępowania personelu medycznego.Więcej szczegółów tej sprawy ma być znane najwcześniej za miesiąc, m.in. w związku z tym, że sprawy związane z ewentualnym błędem w sztuce lekarskiej wymagają opinii biegłych.
Udało nam się skontaktować z doktorem Mahmudem T. Podczas rozmowy telefonicznej powiedział nam, że nie prawdą jest to, co opowiedziała nam żona zmarłego mężczyzny na temat wizyty u niego na dyżurze w nocy z 8 na 9 lutego. Lekarz twierdzi, że nie wykrzykiwał, że jak im się nie podoba, to mają wracać do domu. Twierdzi, że gdy pacjent otrzymał zastrzyk, kazał im poczekać na korytarzu. - Ale oni poszli. I szukaj wiatru w polu - mówi Mahmud T. Lekarz pogotowia powiedział, że więcej informacji o tej sprawie już nie udzieli.
Dyrektor SP ZOZ Jerzy Krygier powiedział, że zebrał już oświadczenia wszystkich pracowników związanych z tą sprawą. M.in. jest także nagranie rozmowy żony Marcina B. z dyspozytorką. - To była rozmowa spokojna i rzeczowa - mówi dyrektor SP ZOZ. Jerzy Krygier stwierdził także, że nie będzie oceniał, kto ponosi winę w tej sprawie.
- Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie, a nie przeciwko komuś. Jest tylko przykro, że my jesteśmy tykani jako jedyny winny w tej sprawie - uważa dyrektor SP ZOZ.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 992 (7/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze