Po pożarze domu we Wronowych
Straciła prawie wszystko
Ogień niemal doszczętnie strawił budynek, w którym mieszkała 71-letnia Pelagia Kowalska. Płomienie pojawiły się w zamkniętym pokoju, ale żywioł szybko przedostał się do innych pomieszczeń. Gdyby nie pomoc sąsiadów: Stanisława, Grzegorza i Piotra Nowińskich - kobieta zginęłaby w pożarze.
- „Same tragedie się za mną wloką” - Pelagia Kowalska wylicza reporterowi Do zdarzenia doszło w nocy z 23 lutego na 24 lutego. - Tak jak codziennie poszłam spać około 22:30. Nawet na chwilę nie myślałam, że coś może tej nocy się wydarzyć - opowiada Pelagia Kowalska.
Od ponad 45 lat pali w piecu i jak do tej pory nigdy nic się nie stało. Noce były ostatnio bardzo mroźne, nawet do -200C. Wieczorem włożyła do pieca 4 kawałki dosyć grubego drewna. Jak się rozpaliły, dorzuciła jeszcze 3 szufelki węgla i poszła spać. W pewnym momencie obudziła się, by iść do ubikacji. Jak opowiada, nie poszła ani na korytarz, ani do pieca zajrzeć, bo w domu było ciepło, więc nic nie podejrzewała.
- Potem zaczęłam nasłuchiwać i usłyszałam tak, jakby konie po strychu biegały. Jak wyszłam, to już cała góra się paliła. Skąd się ten ogień wziął, to ja nie wiem. Nigdy bym czegoś takiego się nie spodziewała, tym bardziej, że to był nowy piec CO. Córka z zięciem zakupili go w przerwie między świętami bożonarodzeniowymi a Nowym Rokiem. Nie wiem, czy komin był pęknięty, czy co? Pani, że mi się nic nie stało, to chyba jest cud Boski. Przecież poszłam spać - opowiada pani Pelagia.
Dym wydostający się z domu pani Pelagii zauważył jako pierwszy mieszkający w sąsiedztwie Włodzimierz Sikorski, który codziennie późnym wieczorem chodzi doglądać swoje folie. To on, jak wynika z relacji pani Pelagii, włączył syrenę znajdującą się na remizie strażackiej. - Najgorsze jest to, że człowiek koło Straży Pożarnej mieszka, zaledwie 100 m dalej, a strażacy przyjechali dopiero po pół godzinie - dodaje pani Pelagia.
Okazało się, że klucze do garażu remizy miał przy sobie prezes wronowskiej jednostki OSP Benon Palmowski, który mieszka w Młynach Wybudowaniach i nie słyszał wyjącej syreny. Nie słyszał także telefonu, kiedy dzwonili do niego sąsiedzi pani Pelagii. - Dopiero Dorota Nowińska wraz z synem po niego pojechała, obudziła go i przywiozła na miejsce. Ale wtedy to już 20 minut minęło. W tym czasie sąsiedzi przybiegli zobaczyć co się ze mną dzieje. W tym czasie przestało działać światło. Wtedy to już nie wiedziałam, co się dalej działo, w takim byłam szoku. Stałam w koszuli i na boso, tak zabrali mnie na rękach sąsiedzi Stanisław, Grzegorz i Piotr Nowińscy i przenieśli mnie do siebie do domu. Ja taka wagowa, a oni tak szybko ze mną szli. Ja w gołej głowie, bez laczków i w koszuli nocnej. Tam byłam tak długo, aż przyjechała moja córka Jola z wnukiem Szymonem i zabrali mnie do siebie - opowiada ze łzami w oczach Pelagia Kowalska.
Córka pani Pelagii Jolanta Kędzierska pojechała z reporterem do Wronowych i pokazała, jak wygląda od W nocy na miejsce tragedii przyjechał też burmistrz Ewaryst Matczak, który zagwarantował materialną pomoc dla pani Pelagii. - Pytał też, czy będę miała się gdzie podziać, ale ja powiedziałam, że mam dzieci, które się mną zaopiekują. Jeszcze tak mocno mnie uściskał, że żyję - opowiada pani Pelagia.
Dzień przed tragedią Pelagia Kowalska skończyła 71 lat.
Nie może zrozumieć, dlaczego los ją tak w życiu doświadcza.
- Same tragedie się za mną wloką - opowiada. Najpierw, gdy miała 34 lata owdowiała. Została z 4 dzieci, z których najmłodsza Jolanta miała wówczas zaledwie 9 miesięcy. Później wyszła ponownie za mąż i urodziła z tego związku 2 synów. Drugi mąż także zmarł. Jakby tych nieszczęść było mało, obaj synowie z drugiego związku pani Pelagii zginęli w wypadkach samochodowych. Jednego potrącił samochód, gdy miał 5,5 roku, a drugi zginał w wypadku mając 20 lat. Na domiar złego los nie oszczędzał także zdrowia pani Pelagii. Przeszła zawał serca, paraliż oraz operację oczu. Ale do tej pory sama sobie radziła w życiu.
- Wyszłam z tych nieszczęść obronną ręką, już myślałam, że wszystko na starość się ułoży, a tutaj takie nieszczęście. Cały mój dobytek spłonął. Teraz strażacy mówią, że jak mróz puści, to wszystko się zarwie. Tam już nie można zamieszkać. Dom nadaje się tylko do wyburzenia. Całe szczęście, że dom był ubezpieczony - mówi pani Pelagia. Wraz z dziećmi czeka teraz na przybycie rzeczoznawcy i oszacowanie szkód. Dom przepisany jest na jej córkę Małgorzatę Szczepankiewicz, która mieszka w Gnieźnie. - Córka chciała zabrać mnie do siebie, ale ja wolę zostać tutaj, gdzie spędziłam prawie całe swoje życie - opowiada pani Pelagia. Dom, który jednej nocy spłonął, zbudował jej mąż 51 lat temu.
Obecnie pani Pelagia znalazła schronienie u najmłodszej córki Jolanty Kędzierskiej i jej męża Marka w Młynicach. We Wronowych mieszka także syn z pierwszego małżeństwa pani Pelagii Marek Sikora. Ponadto w Kijewicach mieszkają jej dwie siostry, które także zadeklarowały pomoc i zaprosiły siostrę do siebie, jeśli tylko będzie chciała u nich zamieszkać.
Cały czas myśli o odbudowie domu: - Nie chcę niczego dużego. Wystarczą dwa pokoiki, łazienka, kuchnia i kotłownia. Tylko, żeby iść na swoje i nie być dla nikogo ciężarem. Ja jestem nauczona na wsi, córka chciała mnie zabrać do Gniezna, ale co ja będę w tym blokowisku robiła. Ja wolę zostać na wsi.
W najbliższym czasie Pelagia Kowalska musi udać się na zakupy, gdyż w pożarze spaliła się większą część jej garderoby oraz meble i wyposażenie mieszkania. - Wszystko się spaliło, nawet butów nie mam żadnych, beretu, ani nic. Utrzymuję się z renty po mężu w wysokości 738 zł, teraz będę musiała wszystko na nowo pokupować, a jeszcze na leki sporo pieniędzy wydaję - opowiada.
W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa nawet najodważniejsi tracą głowę i zdrowy rozsądek. Ale nie Stanisław, Grzegorz i Piotr Nowińscy. To oni narażając własne życie ocalili życie 71-letniej mieszkanki Wronowych. - Cieszymy się bardzo, że nic się pani Pelagii nie stało. Nasi mieszkańcy - myślę tutaj o Stanisławie, Grzegorzu i Piotrze Nowińskich - zasługują na największą pochwałę. Oni właściwie uratowali życie pani Pelagii. Mamy nadzieję, że prezes OSP z naszej miejscowości wystąpi o specjalne odznaczenie dla tych dzielnych chłopaków - powiedziała sołtys Wronowych Violetta Majkut.
W gaszeniu pożaru domu Pelagii Kowalskiej brało udział 30 strażaków PSP oraz OSP z terenu powiatu mogileńskiego. Akcja ratownicza prowadzona była przez blisko 7 godzin w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych, gdyż temperatura spadła aż do -19°C. Strażakom udało się wynieść z dolnej części budynku część nadającego się jeszcze do użytku wyposażenia pomieszczeń.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 994 (9/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze