Czerniak, z akłady pracy, Julian Andrzejewski, OSM Cuiavia
Urządzili pikietę pod domem Juliana Andrzejewskiego
Protestujący żądali od szefa rady nadzorczej OSM Cuiavia przywrócenia do pracy zwolnionych dyscyplinarnie dwóch kolegów. Wykrzykiwali hasła, chodzili po wsi, od domu do domu przekazując ulotki, psując opinię Julianowi Andrzejewskiemu. Pojechali do proboszcza do Kwieciszewa. - To co związkowcy zgotowali pod moim domem, to jest wstyd na całą wioskę. Człowiek się tutaj urodził, tutaj mieszka i chyba tutaj umrze, a tu taka zadyma. Tak na pewno tego nie zostawię - mówi rozgoryczony.
Przed posesja Juliana Andrzejewskiego w Czerniaku (gm. Mogilno) protestowało około 60 związkowców. Gdy reporter przyjechał na miejsce, wsiadali już do autobusów
Niektórzy mówili, żeby reporter zamiast robić zdjęcia, stanął z nimi do fotografii Uczestnikami pikiety byli członkowie organizacji związkowych Regionu Bydgoskiego NSZZ Solidarność oraz członkowie sekcji Krajowej Mleczarstwa i Koncentratów Spożywczych Solidarność. Pod domem Juliana Andrzejewskiego z Czerniaka (gm. Mogilno) - przewodniczącego rady nadzorczej Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej Cuiavia pojawili się około 11:30 w piątek 4 listopada. Przyjechali autokarem oraz busem. Z pojazdów wysiadło blisko 60 osób. W rękach trzymali flagi Solidarności. Nie szczędzili ostrych słów rzucanych pod adresem Juliana Andrzejewskiego przez megafon i mikrofon, m.in.: Jak parafianin może gnębić człowieka, który jest oddany ludziom pracy?; To wstyd i hańba!; Panie Andrzejewski wyjdź pan do nas, my nie bijemy!
Protestujący żądali przywrócenia do pracy Hieronima Stachela i Marka Szczepaniaka, przewodniczącego i skarbnika komisji zakładowej NSZZ Solidarność działającej w OSM Cuiavia w Inowrocławiu. Zostali zwolnieni z pracy dyscyplinarnie, ponieważ nie zgodzili się na zmianę warunków pracy i płacy. Teraz o przywrócenie do pracy walczą przed sądem. Związkowcy twierdzą, że przesunięcia kadrowe w zakładzie zostały wydane niezgodnie z prawem, bo bez zgody komisji zakładowej Solidarności. W ramach restrukturyzacji zlikwidowano dział, w którym pracowało dwóch przewodniczących i znaczna część komisji zakładowej. Uważają, że jest to celowe działanie po to, by zlikwidować organizację związkową.
Manifestacja o podobnym charakterze zorganizowana została we wrześniu przed OSM Cuiavia w Inowrocławiu. Związkowcy Solidarności już wtedy zapowiadali, że jeśli nie dojdzie do porozumienia, zorganizują kolejny protest. I słowa dotrzymali. Jednak tym razem postanowili zorganizować akcję - ich zdaniem - o charakterze ulotkowo-informacyjnym, właśnie przed domem przewodniczącego rady nadzorczej, mieszkającego w Czerniaku Juliana Andrzejewskiego.
Uczestnicy pikiety robili też zdjęcia reporterowi „Pałuk”
Gdy Julian Andrzejewski dotarł do domu, po manifestacji nie było już śladu. Ale telefony do niego się urywały Ich zdaniem przewodniczący rady nadzorczej przymyka oczy na zło, które dzieje się w spółdzielni. O łamaniu w spółdzielni - ich zdaniem - kodeksu pracy postanowili poinformować rodzinę Juliana Andrzejewskiego oraz mieszkańców Czerniaka. Na teren gospodarstwa rodziny Andrzejewskich weszła delegacja związkowców. Przewodniczącego w domu nie było, więc ulotkę informującą o niewłaściwych - ich zdaniem - praktykach stosowanych w inowrocławskiej mleczarni, wręczyli jego synowi Jarosławowi Andrzejewskiemu. Potem chodzili od domu do domu, przekazując identyczne pisma mieszkańcom. Jak się później okazało z podobną ulotką po opuszczeniu Czerniaka, ale już pod eskortą policji, udali się też do proboszcza parafii pw. św. Marii Magdaleny w Kwieciszewie (gm. Mogilno) ks. kan. Krzysztofa Prusa.
Julian Andrzejewski o pikiecie przed swoim domem dowiedział się od dziennikarzy TVP Bydgoszcz, którzy po 11:00 przeprowadzali z nim wywiad na terenie OSM Cuiavia w Inowrocławiu.
Od niego też dowiedzieliśmy się, że konflikt w OSM Cuiavia wybuchł po tym, jak prezes Jarosław Marciniak, zlikwidował m.in. warsztat elektryczny. Dotychczasowi pracownicy działu odmówili zakładania własnych firm, prezes zatrudnił więc firmę z zewnątrz. Mieszkaniec Czerniaka wyjaśnił nam, że pracownicy zostali zwolnieni, ponieważ nie przyjęli propozycji prezesa, czyli nie przeszli do pracy w innym dziale. Nasz rozmówca nie krył faktu, że w spółdzielni trwa restrukturyzacja. Przyznał jednak, że od czasu zmiany prezesa, w firmie dobrze się dzieje. Pracownicy otrzymali podwyżki, a rolnicy poprawę sytuacji odczuli na cenie mleka.
Julian Andrzejewski poinformował nas również, że sprawa jest w Sądzie Pracy. - Toczy się na wniosek zwolnionych pracowników, więc należy poczekać do jej zakończenia, bo rada, a tym bardziej przewodniczący nie jest tutaj stroną. Sprawy pracownicze należą do zarządu, czyli do prezesa i do wiceprezesa. Dopiero jak sprawa zakończy się w sądzie, to my jako rada - jeśli okazałoby się, że związkowcy zostali zwolnieni bezprawnie - możemy wyciągnąć wnioski w stosunku do zarządu. Należy jednak pamiętać, że my nie jesteśmy stroną, żeby któregoś z tych panów przywracać do pracy - usłyszeliśmy od naszego rozmówcy.
Mieszkaniec Czerniaka był wstrząśnięty tą całą sytuacją. Gdy akcja protestacyjna się rozpoczęła w domu przewodniczącego rady nadzorczej OSM Cuiavia oprócz syna była też żona Ewa Andrzejewska oraz mama - 84-letnia Janina Andrzejewska. Julian Andrzejewski mówi, że jego mama gdy zobaczyła co dzieje się za oknem, źle się poczuła. - Przez cały czas byłem w kontakcie telefonicznym z rodziną. Rodzina zdecydowała się wezwać karetkę pogotowia ratunkowego, bo to przecież starsza osoba. Nie można było przewidzieć co będzie dziać się dalej. Mam tylko nadzieję, że ta sytuacja nie odbije się na jej zdrowiu - dodał.
- To co związkowcy zgotowali pod moim domem, to jest wstyd na całą wioskę. Człowiek się tutaj urodził, tutaj mieszka i chyba tutaj umrze, a tu taka zadyma. Tak na pewno tego nie zostawię. To było zakłócenie miru. Jeśli będę zeznawał, to zeznam, że związkowcy wywierali na mnie psychiczną presję - przyznał mieszkaniec Czerniaka.
Dyżurny mogileńskiej komendy zgłoszenie o manifestacji otrzymał około 11:40 od Jarosława Andrzejewskiego, czyli syna przewodniczącego Cuiavii. Na miejsce pojechały 4 radiowozy i 2 motocykle policyjne (w sumie 10 policjantów) oraz funkcjonariusze Straży Miejskiej w Mogilnie.
Od sierż. sztab. Tomasza Czaplickiego z KPP w Mogilnie dowiedzieliśmy się, że akcja protestacyjna w Czerniaku przebiegała spokojnie, bowiem jej uczestnicy nie torowali ruchu, poruszali się poboczem. - Policjanci prowadzą czynności o wykroczenie, pod kątem naruszenia przepisów zgromadzenia publicznego - powiedział nam sierż. sztab. Tomasz Czaplicki.
Jak udało nam się nieoficjalnie ustalić, uczestnicy pikiety nie złamali najprawdopodobniej ustawy o zgromadzeniach. W żadnej z utworzonych grupek nie było więcej niż 15 osób. Gdyby przekroczyli tę liczbę musieliby mieć zezwolenie na zorganizowanie zgromadzenia.
Joanna Świetnicka
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1030 (45/2011)
Komentarz
Pan Transparent czyli ostatni zajazd na Kujawach
Nasz wieszcz narodowy, Adam Mickiewicz opisał w Panu Tadeuszu instytucję zajazdu. Zajazd w Rzeczpospolitej Szlacheckiej polegał mniej więcej na tym, że jeden szlachcic, który nie mógł wyegzekwować od innego szlachcica wypełnienia prawomocnego wyroku sądowego, zbierał pospolite ruszenie i najeżdżał zbrojnie, najczęściej cichaczem, swego przeciwnika, siłą dochodząc swoich racji. Ale co ma wspólnego Czerniak z Soplicowem, a związkowcy ze szlachtą? Otóż ma. Mickiewicz ukazał zajazd jako zwykłą samowolę szlachecką - inaczej mówiąc samosąd szlachecki, awanturę i prywatę. Choćby dlatego, że wyrok w sporze jeszcze nie zapadł i pomimo tego, że na prawo powoływały się obie strony: Sędzia miał do majątku Horeszki (zastrzelonego przez starszego brata Sędziego, Jacka Soplicę) prawa, nadane mu przez (legalny po akcesie doń króla) rząd targowiczan (dali mi dobra - wziąłem), a Horeszkowie w nosie mieli zarówno targowickie nadania, jak carskie ukazy, gdyż dla nich liczył się status quo ante z czasów niepodległej Rzeczpospolitej (pierwszej).
Uważam, to co zrobili związkowcy właśnie za samowolę i prywatę. Nawet jeśli cel - obronę zwolnionych działaczy związkowych - uznamy za słuszny, środki i metoda działania zastosowane przez związkowców, którzy dosłownie najechali dom przewodniczącego Rady Nadzorczej OSM Cuiavii zasługują na słowa krytyki.
Była to zwykła samowola, co prawda nie szlachecka, ale związkowa i nie na Litwie, ale na Kujawach. Mimo to, że czasy, miejsce, metody, środki i bohaterowie inny, ale zasada podobna. Działacze i członkowie NSZZ Solidarność przekonani o swej moralnej racji, nie czekając na wyrok sądu, ruszyli uzbrojeni w transparenty, ulotki i innego rodzaju akcesoria związkowe, aby negocjować przywrócenie do pracy ich kolegów. Ruszyli w sile dwóch autokarów, aby pokazać przewodniczącemu Rady Nadzorczej, co myślą o nim i jego pracy w Radzie Nadzorczej. Pechowo dla związkowców najechany akurat był poza miejscem zamieszkania i o tym co dzieje się przed jego posesją, dowiedział się telefonicznie i z mediów. Swoje żale i żądania związkowcy wylali więc przed Bogu ducha winnym synem Juliana Andrzejewskiego, jego żoną i 84-letnią matką. Przy okazji wręczyli zdezorientowanym sąsiadom Andrzejewskich i proboszczowi kwieciszewskiej parafii ulotki.
Było to mieszanie osób trzecich do spraw, które ich bezpośrednio nie dotyczą. Nie miało to również merytorycznego znaczenia dla postulatów, o które chodzi związkowcom. Miało tylko i wyłącznie zdyskredytować szefa Rady Nadzorczej w oczach sąsiadów i proboszcza.
Prawo dopuszcza demonstracje i wyrażanie swojego niezadowolenia poprzez pikiety i manifestacje czy strajk, ale jestem pewna, że nie można mieszać w tych sporach przestrzeni publicznej i prywatnej. Nie powinno najeżdżać się rodziny w jej domu, nawet jeśli mamy pretensje do jednego z jej członków.
Zajazdy w dawnej Rzeczpospolitej miały to do siebie, że kończyły się niejednokrotnie krwawo. W Czerniaku skończyło się tylko na strachu mieszkańców domu Andrzejewskich i dezorientacji jego sąsiadów. Związkowcy powinni też dziękować Bogu, że 84-letniej matce przewodniczącego Rady Nadzorczej nic poważnego się nie stało.
Jak każdy z nas wie ze szkoły, Mickiewicz w tytule swojej epopei narodowej użył terminu ostatni na określenie pewnej epoki, która dobiegła końca - epoki samowoli szlacheckiej. Według mnie to, co zdarzyło się w Czerniaku, również nie powinno się więcej powtórzyć. Powinien to być Ostatni Zajazd na Kujawach.
Epoka demonstracji przeciw prezesom i dyrektorom jest epoką minioną, odkąd wojska radzieckie odjechały na wschód, a Solidarność wywalczyła wolną Polskę, w której sądy (w tym: sądy pracy) są niezawisłe. Nie ma już w Polsce carskich rządów, z sądami których współcześni Horeszkowie mogą się nie liczyć.
Joanna Świetnicka
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1030 (45/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze