Arkadiusz Jankowski pokazuje miejsce, przed trzemeszeńską przychodnią lekarską „Zdrowie”, gdzie jego wuj najpierw złapał się siatki, a później przewrócił się i stracił przytomność. Z tyłu widać budynek przychodni lekarskiej.
fot. Roman Wolek
Trzemeszno, przychodnia, Marek Sommer, śmierć, lekarz
Wyszedł z przychodni i zmarł
Chwilę wcześniej nie został przyjęty w przychodni. Wyszedł, by jechać do szpitala. Złapał się siatki ogrodzeniowej, przewrócił się i stracił przytomność. Lekarze i pielęgniarki wybiegli, by ratować pacjenta. Na próżno.
BYŁ CAŁY ŻÓŁTY
7 października rano Arkadiusz Jankowski z Kruchowa (gm. Trzemeszno) odwiedził w Niewolnie swojego samotnie mieszkającego wuja, 48-letniego Marka Sommera. Gdy był u niego dzień wcześniej, jego wuj bardzo źle się czuł. Dlatego przyjechał do niego także w poniedziałek.
- Otworzył mi drzwi, ale był taki słaby, że zaraz się położył. Był cały żółty. Miał żółte oczy. Więc poleciałem do sąsiada, żeby zawieźć go samochodem do lekarza - relacjonuje Arkadiusz Jankowski.
W trójkę mężczyźni pojechali do budynku przychodni lekarskiej na ul. Langiewicza w Trzemesznie. Znajdują się tam dwie przychodnie lekarskie, funkcjonujące jako Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej: Zdrowie oraz Luxmed.
Mieszkaniec Kruchowa zaprowadził swojego wuja do znajdującej się od strony ulicy, największej w gminie przychodni Zdrowie. Tam poprosił o zbadanie chorego mężczyzny.
Gdy w karetce starano się ratować życie mieszkańca Niewolna, akcję obserwował tłum pacjentów i przypadkowych przechodniów
fot. Roman Wolek
ODMÓWIONO PRZYJĘCIA
Jak relacjonuje, pracownikom recepcji powiedział, że jego wuj nie jest ubezpieczony, a w recepcji po sprawdzeniu potwierdzono ten fakt oraz to, że nie jest on pacjentem tej przychodni. Dlatego poradzono, aby sprawdzić, czy nie jest pacjentem drugiej przychodni. Dlatego Arkadiusz Jankowski poszedł do przychodni Luxmed, gdzie potwierdziło się, że tam także Marek Sommer nie jest zapisany. W tym czasie chory mężczyzna czekał w poczekalni przychodni Zdrowie.
Gdy mieszkaniec Kruchowa wrócił z drugiej przychodni, zapytał w recepcji, co ma z chorym zrobić. Jak opowiada, odmówiono mu przyjęcia jego krewnego, ale pielęgniarka nie była pewna jak postąpić w tym przypadku, więc poprosiła o pomoc lekarza Rafała Białka. Lekarz miał jednak poradzić, żeby zawieźć chorego na izbę przyjęć szpitala w Gnieźnie.
MOGLI CHOCIAŻ ZBADAĆ
Mężczyźni wyszli więc z przychodni z zamiarem przejścia na parking do samochodu sąsiada, aby pojechać do Gniezna. Marek Sommer uszedł jednak tylko kilka metrów od drzwi przychodni lekarskiej.
- On mi zaczął padać w rękach. Złapał się siatki, ale ledwo się jej trzymał i za chwilę padł na ziemię. Jak stracił przytomność, to poleciałem po pielęgniarkę. Ruszyli się dopiero jak krzyczałem, że on mi umiera. A mogli go przecież wcześniej chociaż zbadać - opowiada Arkadiusz Jankowski.
Pielęgniarki oraz lekarze wybiegli i zaczęli ratować 48-latka. Wezwano także karetkę pogotowia. Personel pogotowia przez kilkadziesiąt minut walczył o jego życie w karetce stojącej obok przychodni. Akcji przyglądała się grupa mieszkańców - pacjentów przychodni oraz przechodniów. Później karetka na sygnale odjechała do szpitala w Gnieźnie. Jednak wkrótce po przyjeździe do szpitala mieszkaniec Niewolna zmarł. Jak na razie nieznana jest przyczyna zgonu. Prawdopodobnie wykazać ma to sekcja zwłok.
BYŁO OBLĘŻENIE
Nieco inną wersję zdarzeń niż Arkadiusz Jankowski przedstawia lekarz Rafał Białek. Jak podkreśla, nie jest prawdą, to co się teraz mówi, że zmarłemu mężczyźnie nie udzielono wcześniej pomocy. Zwraca także uwagę, że całe zdarzenie działo się w poniedziałek przed południem, gdy w przychodni jest prawdziwe oblężenie pacjentów. Dlatego też lekarz trzemeszeńskiej przychodni przyznaje, że tego pacjenta nawet nie widział, a informacje o związanej z nim sytuacji miał od pielęgniarki.
Rafał Białek potwierdza, że zgodnie z procedurą sprawdzono, czy mieszkaniec Niewolna jest w ewidencji osób ubezpieczonych oraz czy jest zapisany do przychodni Zdrowie. Gdy potwierdziło się, że nie jest pacjentem tej przychodni i nie jest ubezpieczony, poproszono członka jego rodziny, który był w recepcji, aby sprawdził, czy nie należy on do drugiej przychodni.
Lekarz Rafał Białek uważa, że w ubiegły poniedziałek doszło do fatalnego zbiegu okoliczności
fot. Roman Wolek
LEPIEJ DO SZPITALA
Lekarz trzemeszeńskiej przychodni wyjaśnia, że dopiero później, gdy mężczyzna, który przyprowadził chorego wrócił do recepcji, pielęgniarka przyszła skonsultować z nim, co ma zrobić w tej sprawie. Wcześniej widziała ona pacjenta, na nic się on nie uskarżał i chodził po poczekalni. W ocenie pielęgniarki był on w dobrym stanie. Według jej oceny nic nie wskazywało na to, że może on być w stanie zagrażającym życiu. Według Rafała Białka, od mężczyzny który był w recepcji, dowiedziała się, że członek jego rodziny, którego przyprowadził, był wcześniej w ciągu alkoholowym i dlatego się tym zaniepokoił oraz faktem, że robi się on żółty.
- Zaproponowałem, że pacjent ten może być przyjęty, ale będzie musiał czekać w długiej kolejce. Ale za dużo i tak raczej byśmy mu nie pomogli i pewnie dostałby skierowanie do szpitala. Dlatego poradziłem, aby lepiej udali się na SOR szpitala w Gnieźnie na ul. 3 Maja - mówi lekarz z przychodni Zdrowie.
FATALNY ZBIEG OKOLICZNOŚCI
Rafał Białek relacjonuje, że później pacjent ten wyszedł z przychodni, ale nie wie, czy np. na papierosa, czy też po to, aby pojechać do szpitala w Gnieźnie. Jak opowiada, gdy dowiedział się, że przewrócił się przed przychodnią, pobiegł tam razem z żoną Dorotą Białek oraz dwiema pielęgniarkami i pacjenta reanimowali. Nie odzyskał on jednak przytomności, ale udało się przywrócić pracę serca. Lekarz opowiada, że przed przychodnią zebrał się tłum.
- Padały różne hasła, jak to na lekarza. Na przykład, że chcieliśmy wcześniej od niego pieniędzy, co przecież nie miało miejsca. Nie chce się tego powtarzać, co było mówione - relacjonuje Rafał Białek. Komentuje także, że według jego oceny, nie popełniono w tym wypadku żadnego błędu. Zwraca także uwagę, iż nie wiadomo, jaka była przyczyna zgonu mężczyzny.
- Fatalny zbieg okoliczności dotknął tego człowieka. Może byłoby inaczej, gdyby było więcej czasu, gdyby była pusta sala w poczekalni. Można gdybać. Na obecną chwilę nie postąpiłbym jednak inaczej - twierdzi Rafał Białek.
O DOKUMENTY PYTAĆ PÓŹNIEJ
Sytuację w trzemeszeńskiej przychodni, do której doszło w ubiegły poniedziałek, przedstawiliśmy do oceny w Narodowym Funduszu Zdrowia oraz Wielkopolskiej Izbie Lekarskiej. Przedstawiciele tych instytucji dość odmiennie oceniają to zdarzenie.
- Jeśli ratowane jest życie lub zdrowie, to o dokument potwierdzający prawo do bezpłatnych świadczeń placówka powinna zapytać później - uważa Małgorzata Lipko z biura prasowego Wielkopolskiego Oddziału Wojewódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia. Przy okazji przytacza zapisy z dwóch ustaw. Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996 r., która mówi, że lekarz ma obowiązek udzielić pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej nieudzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia oraz w innych przypadkach niecierpiących zwłoki. Natomiast z ustawy o działalności leczniczej z 15 kwietnia 2011 r. wynika, iż podmiot leczniczy nie może odmówić udzielenia świadczenia zdrowotnego osobie, która potrzebuje natychmiastowego udzielenia takiego świadczenia ze względu na zagrożenie stanu życia lub zdrowia.
NALEŻY POCZEKAĆ
Krzysztof Kordel, prezes Wielkopolskiej Izby Lekarskiej uważa, że w takiej sprawie trudno jest rozstrzygać nie znając szczegółów. Twierdzi jednak, iż lekarz z Trzemeszna zrobił słusznie kierując pacjenta na oddział szpitalny. Jednak według jego oceny, powinien najpierw obejrzeć pacjenta i później ewentualnie wezwać karetkę. Przedstawiciel WIL zwraca uwagę, że w takim przypadku lekarz nie bardzo może pomóc pacjentowi w przychodni, gdyż nie może zrobić żadnej diagnostyki. Dlatego pacjent powinien trafić do szpitala, ale według Krzysztofa Kordela, w Polsce jest kiepska edukacja społeczeństwa w tym temacie.
- Z oceną należałoby poczekać do czasu, aż okaże się co było przyczyną zgonu oraz czy temu pacjentowi można było wcześniej jakoś pomóc - uważa prezes Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1130 (41/2013)
Więcej na ten temat:
Sekcja zwłok nie wyjaśniła przyczyn śmierci
Rodzina oburzona słowami lekarza
Dotarła opinia z Białegostoku
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze