Zdzisław Jamroży dzierżawi łąki w Rzeszynku
Zalane łąki przynoszą straty
Rolnik z Kościeszek obwinia o taki stan łąk spółkę wodną z Jezior Wielkich, która nie czyści rowu melioracyjnego i rurek drenażowych. Dodatkowo rów przebiega przez zarośnięty park. Szef spółki wodnej Franciszek Pałucki mówi, że nie wie, kto wstawił rurki drenażowe. Nie ma ich w dokumentacji. Spółce brakuje pieniędzy na czyszczenie rowów.
Na skraju łąki dzierżawionej przez Zdzisława Jamrożego rozpoczyna się rów. Jednak woda w nim nie przepływa, tylko stoi w miejscu.
Zdzisław Jamroży pokazuje zwalone drzewo w głębi parku, które upadło na rów, co spowodowało tamowanie przepływu wody. Woda w rowie ma kolor zupy pomidorowej. Po bardzo mokrej jesieni, długiej śnieżnej zimie i zimnej wiośnie nie wszyscy mogą wyjechać na pola, czy wypasać na nich bydło. Woda po roztopach pozostała jeszcze w wielu miejscach.
ZAROŚNIĘTY RÓW
Tak jest na łąkach Zdzisława Jamrożego, który od 5 lat dzierżawi je od swojego brata Mirosława. Rolnik mieszka w Kościeszkach (gm. Jeziora Wielkie), natomiast dzierżawione przez niego łąki znajdują się w Rzeszynku (gm. Jeziora Wielkie). Obie miejscowości są położone blisko jeziora Gopło i tam na dobrą sprawę woda z pól i łąk powinna szybko odchodzić.
Nie dzieje się tak w przypadku łąk Zdzisława Jamrożego, gdyż są usytuowane w niewielkim zagłębieniu, a woda z nich powinna odpływać pobliskim rowem. Faktem jest, że wysoki stan wody w Gople obniżył się, ale woda z łąk jednak nie zeszła. Zdaniem Zdzisława Jamrożego powodem tego jest rów melioracyjny, usytuowany na skraju łąki, który od dawna nie był czyszczony i w związku z tym powstały tak wielkie zastoje. Ponadto rów przebiega przez pobliski park, który jest bardzo zarośnięty.
Za zaistniałą sytuację nasz rozmówca obwinia spółkę wodną w Jeziorach Wielkich. - Nie mogę się z nikim dogadać, ani z gminą, ani ze spółką wodną. Nie wiem, jak tam w tej spółce pracują: dwie kobiety w biurze, do tego Franek Pałucki i Eugeniusz Kobus. Czterech ludzi, co chodzą po gminie Jeziora Wielkie, a dwóch pracowników pracuje na rowach. To nie do pomyślenia i to za pieniądze ze składek - opowiada Zdzisław Jamroży.
ZWALONE DRZEWO
Zdzisław Jamroży żali się, że nawet nie ma gdzie krów wypasać. Na łąkach można motorówką pływać.
- Rów w parku zawalony błotem i zwalonymi drzewami i nie ma kto wyczyścić. Powiedzieli mi, że nie ma rurek drenażowych. A ja mogę postawić świadków, którzy wiedzą, że jest tam drenaż. Ci ludzie jakieś 3 lata temu to czyścili - dodaje Jamroży.
Sprawę zarośniętych rowów nasz rozmówca zgłaszał już w sierpniu ubiegłego roku. Wyczyszczenia rowu nie doczekał się. W tym roku, pod koniec kwietnia poszedł ponownie do jeziorańskiej spółki wodnej, tam usłyszał, że jak będą mieli czas, to przyjdą.
- Jestem takiego zdania, że Franek Pałucki i Eugeniusz Kobus powinni również się za szpadle wziąć i tak samo na rowach robić, a nie wszyscy w biurze siedzą. Jak pracowałem w SKR, było nas ponad 20 i jedna księgowa obliczyła i rolników i nas. Wziąłem w dzierżawę łąki i nic z tego nie będę miał, a coś przecież trzeba uchować - dodaje Zdzisław Jamroży.
Łąka dzierżawiona przez Zdzisława Jamrożego wygląda jak wielki staw SAME STRATY
Brat pana Zdzisława, od którego dzierżawi łąki, jest na rencie i nie zajmuje się hodowlą, więc szkoda było mu te łąki zostawić. Ale teraz z wypasaniem to i pan Zdzisław może się pożegnać, a płacić 49 zł na pół roku trzeba. Nasz czytelnik jeszcze za tę łąkę nie zapłacił, a już ma straty.
- W spółce powiedzieli mi, że w ewidencji rowu nie mają, to się zapytałem czy dzieciaki szpadelkami wykopały tak głęboki rów. Zawsze był czyszczony, a ostatnio nie. Ja mam podatek płacić i wszelkie inne opłaty i nic z tego nie mieć - denerwuje się pan Zdzisław.
ZA MARUSZAKA BYŁO INACZEJ
Zdzisław Jamroży pokazał, jak wygląda rów, którym powinna odchodzić woda z łąk. Woda stała w miejscu, miała kolor czerwonawy i miejscami była spieniona. W odległości około 150 m od łąki zwalone drzewo leżało w poprzek rowu, było spróchniałe i tamowało przepływ wody. - W ubiegłym roku na wiosnę, jak zgłosiłem do wójta Marka Maruszaka, zadzwonił gdzie trzeba, to przyjechali z „komunalki”, straży pożarnej i wycięli drzewa, posprzątali w tym rowie i w przeciągu 2 tygodni woda zeszła. Teraz to ja nie wiem, co się dzieje w tej naszej gminie. Nikt o nic nie dba - dodał Zdzisław Jamroży.
SKĄD TE RURY?
Z naszej rozmowy z Franciszkiem Pałuckim - przewodniczącym zarządu jeziorańskiej spółki wodnej - wynika, że pracownicy nie wiedzą, kto wstawił wspomniane przez pana Jamrożego rury drenażowe. - W Urzędzie Gminy również nie potrafią powiedzieć, mapek na to nie mamy, a jeżeli ktoś to sam zrobił, to nie znaczy, że spółka musi za to odpowiadać. Ludzie w ten sposób się odnoszą, że jak płacą składkę, to mi się wszystko należy. Niestety tak nie jest - tłumaczy Franciszek Pałucki.
PRZEROSTU NIE MA
Franciszek Pałucki odpiera zarzuty mieszkańca Kościeszek, jakoby w spółce istniał przerost kadry pracowniczej. Okazuje się, że on sam pełni tylko funkcję przewodniczącego, ale nie jest zatrudniony na etacie i ma płacony ryczałt. W biurze pracuje tylko księgowa i Eugeniusz Kobus, który jest pracownikiem technicznym. W swych obowiązkach ma wykonywanie pracy biurowej oraz pracy w terenie, gdyż musi obejrzeć, jakie prace trzeba wykonać i prowadzić ich dokumentację.
BRAKUJE PIENIĘDZY
- Jak nasza praca będzie w tym roku wyglądać, jeszcze nie wiemy. W tej chwili mamy 3 osoby zatrudnione przez Urząd Pracy, ale w granicach 70%, to my jako spółka ponosimy koszty całkowite zatrudnionego pracownika. W innych latach mieliśmy po 20 ludzi, w ubiegłym roku, było 10, a w tym na razie 3. Problemy, które powstały w ubiegłym roku dopiero teraz kończymy. Ala jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze i tutaj jest problem ze spłatą składek. Na dzień dzisiejszy ludzie mają u nas 40.000 zł zadłużenia - mówi Franciszek Pałucki.
Przewodniczący Pałucki zapowiada, że w tym roku na pewno wiele prac nie będzie wykonanych. W innych latach spółka czyściła po 40 km rowów, a jak było więcej ludzi zatrudnionych to i 80 km było zrobionych. - W tym roku również oczywiście, jeżeli nie będzie awarii, mamy w planie zrobić 40 km rowów. A awarii w ostatnim roku mieliśmy ponad 100, gdzie w niejednym roku było ich zaledwie 15. My takie rowy, których nie mamy w ewidencji również czyścimy, ale jak mamy na to środki. Ludzi do pracy byśmy znaleźli, ale o pieniądze trudno. W ewidencji mamy 130 km rowów i z tego 40 km robimy - dodaje Franciszek Pałucki.
Budżet, jaki spółka wodna posiadała w ubiegłym roku, to 205.315 zł. Są to pieniądze, które spółka pozyskuje z PUP i od marszałka, są to pieniądze zewnętrzne. Składek od rolników do spółki wpłynęło tylko 89.194 zł - Ludzie myślą, że oni płacą składki, to my z tych pieniędzy mamy to wszystko zrobić. Ale niestety bez pieniędzy z zewnątrz nie jesteśmy nawet w stanie podstawowych rowów wyczyścić. Mamy takich podstawowych rowów 5, które są najważniejsze i są co roku czyszczone, bo jak one nie będą zrobione, to wyczyszczenie innych nic nie da - opowiada Eugeniusz Kobus.
WYSOKI POZIOM
Zadaniem Eugeniusza Kobusa, nawet jeżeli rów melioracyjny będzie działać, to nie jest powiedziane, że pole nie będzie zalane. - W innych latach o tej porze byliśmy na rowach, a w tej chwili jesteśmy na awariach i ich usuwanie jeszcze potrwa. Często, aby wstawić nową rurę trzeba czekać, aż woda zostanie z ziemi odciągnięta i tak jest np. w Dobsku. To, że woda w rowie jest takiego koloru spowodowane jest tym, że ziemia w naszej gminie zawiera dużo żelaza - dodaje Eugeniusz Kobus.
Jak ustaliliśmy, koszt oczyszczenia 1 km rowu przy najmniejszym nakładzie sił wynosi 2.500 zł. Prace takie najczęściej polegają na wykoszeniu trawy i jej wygrabieniu. - Gdyby wszystkie rowy miały być zrobione co roku, trzeba by było 3-krotnie podnieść wysokość składek - mówi Franciszek Pałucki.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1005 (20/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze