Franciszek Maciejewski opowiada reporterowi, że w momencie, gdy on chciał potraktować napastnika pogrzebaczem od pieca, ten chwycił go tak mocno, że został cały pogięty
fot. Paweł Lachowicz
Witkowo, złodzieje, bijatyka
Po najściu Romów bijatyka w domu
Franciszek i Maria Maciejewscy bronili dobytku przed kradzieżą. Stawili tak zaciekły opór, że dwie kobiety i mężczyzna uciekli. Trzecią kobietę obezwładnił do przyjazdu policji ich syn Paweł. 54-latka decyzją mogileńskiego sądu została aresztowana na 2 miesiące. Jeden z przełożonych Romów usiłował sprawę załatwić polubownie, pokryć straty. Nie zgodzili się.
ULGA, BO TO REPORTER
Gdy reporter Pałuk 12 listopada zajechał pod gospodarstwo Franciszka i Marii Maciejewskich w Witkowie (gm. Strzelno) zarówno furtka, jak i brama były pozamykane na kłódki. Nie można było na teren posesji w żaden sposób wejść. Po podwórku biegały dwa niewielkie psy. Po dłuższej chwili oczekiwania pojawił się pan Franciszek z bardzo poważną miną. Dopiero, gdy reporter się przedstawił i powiedział w jakim celu przyjechał, na twarzy pana Franciszka pojawił się uśmiech i widać było ulgę. Szybko poszedł do mieszkania po klucze i otworzył bramę.
Natychmiast zaczął opowiadać, jak udaremnił staranowanie bramy przez złodziei, zademonstrował jak to wyglądało. - Ja tutaj mocno trzymałem bramę, tak, żeby on jej nie wyważył, a on z rozpędu ze trzy razy cofał taranując bramę. Ja ją jednak mocno przytrzymywałem i się zaparłem, żeby nie mógł wjechać. Brama cała się wygięła. Miałem strach, żeby mnie nie przejechał. W końcu zrezygnował i odjechał w kierunku Włostowa - opowiedział pan Franciszek.
KOCE W ALTANIE
Franciszek i Maria Maciejewscy w Witkowie mieszkają od 40 lat. Mają 3 dzieci: 2 córki mieszkające już poza domem oraz syna Pawła, który mieszka z rodzicami. Oboje są na emeryturze, gospodarstwo przepisali na syna Pawła. Pan Franciszek ma 65 lat, żona jest młodsza od niego o 5 lat. Nie spodziewali się, że w życiu spotka ich takie doświadczenie.
Historia wydarzyła się w środowe przedpołudnie, 7 listopada. Krótko przed 11:00 do ich domu weszły dwie kobiety narodowości romskiej i zaraz zaczęły prezentować dwa koce, które miały rzekomo na sprzedaż. - Jak ktoś podjedzie, to psy zaraz szczekają. Ale jak one weszły, to ani brama nie puknęła, dosłownie nic. Tak weszły, jak duchy, ani pies nie zaszczekał - opowiada pan Franciszek.
Maria Maciejewska demonstruje, którędy i w jaki sposób doszło do wtargnięcia jednej z kobiet narodowości romskiej do środka domu i rozpoczęcia plądrowania mieszkania
fot. Paweł Lachowicz
Rozłożyły koce w taki sposób, że małżeństwo nie widziało nic, co działo się za plecami kobiet. Małżeństwo mówi, że koce były stare. - Brudne i ohydne, nic nie warte - dodają.
- Jak staliśmy w drzwiach, wepchnęły nas do środka, do altany. Po polsku do nas mówiły, ale jak się zorientowały, że drogę przygotowały, to po swojemu zaczęły gadać. W ten sposób dały chyba cynk tej trzeciej, że może wchodzić. Jak ona już weszła, to zaczęły nas do samochodu ciągnąć, że tam mają lepsze koce. Chciały nas odciągnąć, żeby ta trzecia mogła obrabiać chatę. My byśmy poszli do samochodu oglądać, a ta miałaby pole do popisu. Nic nie widzieliśmy, kiedy i jak ona weszła - opowiada pan Franciszek.
WIDOK Z LETNIEJ KUCHNI
W tym czasie w tzw. letniej kuchni, która znajduje się w obejściu, przebywał ich 34-letni syn Paweł. Z okna letniej kuchni zauważył, że dzieje się u rodziców coś niepokojącego. Najpierw widział na podwórku kobietę, która dziwnie się zachowywała. Chowała się za szczytem budynku, potem tajemniczo zakradała się przy ścianie i raptownie weszła do altany. Później w oknie mieszkania zobaczył jakieś dziwne energiczne ruchy. Paweł Maciejewski nie spodziewał się jednak, że rodzice nie widzieli tej trzeciej kobiety i nie wiedzieli, że weszła do mieszkania. Wychodząc na zewnątrz usłyszał krzyki i natychmiast pobiegł do mieszkania.
SKRĘPOWAŁ JEJ RĘCE
- Syn chciał wejść do środka, ale one nie chciały go wpuścić. Wypychały go, żeby ta co weszła miała więcej czasu - opowiada poszkodowany Franciszek Maciejewski. W tym czasie trzecia z kobiet zaczęła plądrować szafy. Zaskoczeni sytuacją domownicy krzyczeli, żeby kobiety opuściły mieszkanie. W domu zrobiło się totalne zamieszanie.
Doszło do szarpaniny. - Syn złapał dwie za ubrania. One się szarpały. Jedna z nich w tej szarpaninie tak się wykręciła, że w rękach syna została jej bluzka, tak, że prawie nago uciekała. To była ta, co mieszkanie nam plądrowała - opowiada pan Franciszek. Pani Maria dodaje, że w samym biustonoszu uciekała.
- Moment wymiotła do samochodu. Te rzeczy tutaj zostały, te torby z kocami, z którymi przyszły. Tę drugą kobietę syn przewrócił na ziemię i skrępował jej ręce i tak trzymał, aż policja przyjechała - dodała pani Maria.
- Nie bałem się, strach mnie nie sparaliżował, szybko podjąłem decyzję i wparowałem do domu. Schwyciłem je za szmaty, ale, że jedna miała luźne ciuchy, to się rozebrała i uciekła - mówi Paweł Maciejewski.
BIJATYKA
Nieoczekiwanie na pomoc trzem kobietom przybiegł mężczyzna także narodowości romskiej, który czekał na nie w samochodzie pod bramą.W altanie stały miotły. - Jak zobaczył, że syn rozróbę robi z tymi kobietami podszedł, połamał miotły na kolanie, i ruszył na nas. Jak się tutaj pojawił, wziąłem na niego haczyk spod pieca. To jak mi go chwycił, to tak mocno trzymał, że się cały powyginał. Myśmy tu horror przeżyli - dodał pan Franciszek
- Jak po wojnie tutaj wyglądało. Chwytali, co popadło. Garami rzucali, w jednym był smalec, to ściany pobrudzili, żyrandol potłukli. Żeby nie Paweł, to oni by nas chyba tutaj podusili tymi kocami. Lanie by nam niezłe sprawili, obrobili chatę i uciekli - opowiada pan Franciszek. Ostatecznie dwie kobiety i mężczyzna uciekli do samochodu.
Pan Franciszek dodaje, że syn Paweł był niedawno w Niemczech i ma trochę pieniędzy odłożonych, ale plądrująca mieszkanie kobieta nie zdążyła ich znaleźć. Zdążyła natomiast przeszukać cały portfel i dokumenty pana Franciszka: - Ale nie było tam pieniędzy, bo akurat jestem przed emeryturą.
Obezwładniona kobieta próbowała wymóc na domownikach, aby ją puścili.
- Zaczęła krzyczeć, że jest w ciąży, ale ja popatrzyłam. Na moje, to miała z pięćdziesiąt lat. Ja się zaczęłam śmiać, że ona w ciąży, jak taka cienka leżała jakaś, a jak by była w ciąży to by było widać - powiedziała pani Maria.
NAMAWIAŁ NA UGODĘ
Po przyjeździe policji funkcjonariusze zabrali kobietę do policyjnego aresztu. Po jej wspólnikach nie było już w okolicy śladu. Na szczęście szajka nic nie skradła. Zatrzymaną okazała się 54-letnia mieszkanka Kalisza, która usłyszała kilka zarzutów. Za wdarcie się do cudzego domu, usiłowanie kradzieży oraz spowodowanie obrażeń ciała u pokrzywdzonych grozi jej do 5 lat pozbawienia wolności.
Po zajściu rodzina Maciejewskich była na komisariacie policji w Strzelnie, by złożyć zeznania. - Tak po około dwóch godzinach na komisariat przyjechał ten ich przeor, czy król romski, nie wiem, jak go tam nazywają. Taki starszy, w dużym kapeluszu. Namawiał nas, żebyśmy wycofali zeznania, że on pokryje wszystkie koszty. Żeby iść na ugodę. Przyjechał nawet z adwokatką. Koniecznie naciskał, żebyśmy się ugodzili. Jeszcze brał nas na litość i mówił, że matkę od dzieci chcemy zamknąć. Chciał do nas do domu z adwokatką przyjechać, ale się nie pojawili. Najgorsze teraz te nerwy i strach, bo ludzie mówią, że mogą przyjść z kijami bejsbolowymi, że mogą nam okna powybijać i mogą nas spalić. Różnie ludzie mówią. Dwa dni to mnie tak trzęsło z nerwów, a teraz bez przerwy człowiek myśli o tym - opowiada pani Maria.
ARESZTOWANA
- Teraz nie mamy już ciekawego życia, tylko nerwowe - skomentowała na koniec pani Maria.
Państwo Maciejewscy stwierdzili również, że będą zmuszeni teraz kupić większego psa, najlepiej wilczura. Wówczas będą się czuć bezpieczniej.
9 listopada schwytana na miejscu przestępstwa kobieta została na wniosek prokuratury Rejonowej w Mogilnie decyzją Sądu Rejonowego w Mogilnie aresztowana na 2 miesiące.
POLICJA PRZESTRZEGA
- Coraz częściej zdarza się, że do mieszkań i domów zaglądają oszuści i złodzieje. Podszywają się pod kogoś, wzbudzają zaufanie, potem wykorzystując zaskoczenie, bądź jakikolwiek inny powód zabierają pieniądze, dokumenty i rzeczy wartościowe. Apelujemy o ostrożność. Zamykajmy na klucz drzwi do naszych domów i mieszkań - powiedział oficer prasowy KPP w Mogilnie kom. Tomasz Rybczyński.
Policja za naszym pośrednictwem apeluje do mieszkańców, aby zawsze pamiętali, że zanim wpuszczą kogokolwiek do domu powinni sprawdzić dokładnie cel jego wizyty. Ponadto komisarz Rybczyński dodaje: - Bądźmy ostrożni w kontakcie z obnośnymi sprzedawcami. Zdarza się, że podczas prezentacji towaru giną pieniądze i wartościowe rzeczy. Starajmy się, aby w tym czasie był ktoś jeszcze w domu z rodziny lub sąsiadów. Informujmy sąsiadów o pojawieniu się w pobliżu naszych domów obcych osób zachowujących się podejrzanie. Starajmy się zapamiętać jak najwięcej szczegółów dotyczących wyglądu, ubioru, marki, koloru i numeru rejestracyjnego pojazdu jakim się poruszają, kierunku odjazdu itp. Z ostrożnością podchodźmy do nagłych, troskliwych wizyt rzekomych znajomych sprzed lat czy dalekich członków rodziny. Najczęściej są to oszuści. W czasie rozmowy telefonicznej nie informujmy rozmówcy o naszych oszczędnościach, sytuacji rodzinnej i adresie. Być może potencjalny złodziej zbiera o nas informacje.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1083 (46/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze