Reklama

Wakacje grozy nad morzem

Agnieszka Koniszewska zabrała chorą córkę Klaudię z kolonii w Dąbkach po dwóch dniach jej pobytu

      fot. Paweł Lachowicz

Jeziora Wielkie, kolonia, Dąbki, dzieci, warunki, sanepid
    Wakacje grozy nad morzem
     - Nie o takich koloniach marzyłam. Zimna woda, brudne pokoje, nieświeże jedzenie, brak zainteresowania wychowawców. Taką kolonię nam zafundowali - opowiada Klaudia Koniszewska z Wójcina.

     17 sierpnia pięcioro dzieci z gminy Jeziora Wielkie wyjechało na kolonię do miejscowości Dąbki (woj. koszalińskie). Wśród nich była uczennica II klasy gimnazjum, mieszkanka Wójcina Klaudia Koniszewska. Kolonie zorganizowało bydgoskie Kuratorium Oświaty. W związku z tym, że kolonie adresowane były dla dzieci z rodzin ubogich, niepełnych lub ze względu na inne sytuacje losowe korzystających z pomocy opieki społecznej, rekrutację uczestników kolonii z poszczególnych gmin przeprowadzały Ośrodki Pomocy Społecznej. Tak też było w gminie Jeziora Wielkie. Tutaj rekrutację dzieci przeprowadziła kierownik GOPS Marlena Kantanista.
     Z województwa kujawsko-pomorskiego na kolonię wyjechało 43 dzieci, w tym pięcioro z gminy Jeziora Wielkie. Dzieci wyjechały w piątek rano sprzed Urzędu Gminy w Jeziorach Wielkich. Kolonie odbywały się w Ośrodku Wczasowo-Kolonijnym Baltic-Tourist w Dąbkach. Turnus kończy się 31 sierpnia. Jednak Agnieszka Koniszewska odebrała córkę już po dwóch dniach jej pobytu w Dąbkach, 20 sierpnia.
     - Ja wiem, że kolonie były dla mnie darmowe, zdawałam sobie sprawę, że nie będzie to czterogwiazdkowy hotel, nie oczekiwałam luksusu, ale uważam, że chociaż minimum powinno być tam zapewnione - opowiada Agnieszka Koniszewska. Dzieci, jak opowiada, podawane miały zimne posiłki, w pokojach było brudno, poobrywane firany, powyrywane kontakty ze ścian, wiszące kable, w toaletach zabrudzone klapy sedesowe.
     - Już w pierwszy dzień dzieci dostały do zjedzenia zimne hot-dogi i zimną herbatę do popicia. Na domiar złego kąpały się pod prysznicem w zimnej wodzie. Już w sobotę, gdy rozmawiałam z córką była zachrypnięta. To po tej zimnej kąpieli - opowiada pani Agnieszka. Już wówczas pani Agnieszka nosiła się z zamiarem zabrania córki z kolonii do domu. Cały czas miała z córką kontakt telefoniczny. Jednak miała nadzieję, że sytuacja na kolonii się poprawi. Czarę goryczy przelał u niej artykuł zamieszczony w jednej z ogólnopolskich gazet, który ukazał się 18 sierpnia - Ja mówię, że w każdej gazecie jest jednak coś z prawdy. Nikt sobie tego z palca nie wysłał. Gdyby ta gazeta wyszła w piątek, jak dzieci wyjeżdżały, to bym córki nie puściła, ale gazeta wyszła w sobotę, a ja w rękę dostałam ją dopiero w niedzielę wieczorem.      Był tam artykuł właśnie o tym ośrodku, do którego pojechały nasze dzieci. Było tam napisane, żeby rodzice zobaczyli kolonie grozy. Była to przerażająca opowieść o koloniach nad morzem. To zadecydowało, że postanowiłam zabrać stamtąd Klaudię - opowiada Agnieszka Koniszewska.
     20 sierpnia pani Agnieszka będąc u rodziny w Chojnicach postanowiła pojechać do Dąbek. To, co tam zobaczyła, przeszło jej wyobrażenia. - Jak tam weszłam, dzieci same stały przed budynkiem na deszczu, czekały na wychowawcę. Okazało się, że pierwsza zbiórka była od rana na czczo, później miała być rozgrzewka. Bez śniadania, dzieciaki wycieńczone, bo dzień wcześniej były na kilkukilometrowej trasie brzegiem morza. Po tym piachu, gdzieś ich tam wychowawca wywlókł. Zobaczyli jakiś tam przesmyk i z powrotem szli. Te dzieci nawet nie miały siły, bo jedzenie nijakie, wszystko zimne - opowiada pani Agnieszka.  
     Agnieszka Koniszewska poprosiła córkę, aby zaprowadziła ją do budynku. Jak tam weszła na kilka minut, była w szoku. - Poprosiłam córkę, żeby weszła ze mną, bo nie wiedziałam, jak się tam obrócić, a chciałam zrobić chociaż jakieś zdjęcia. Powiedziałam do niej: „co brudno tu jest”? A ona powiedziała do mnie: „Mamusia, dzisiaj to jest chociaż starta podłoga, bo widzieli, że ktoś obcy się kręci, to szybko starli podłogę mopem” - opowiada pani Agnieszka. Dodała także, iż w pokojach było nie lepiej. Umywalki - jej zdaniem - wyglądały jak z czasów komunistycznych, sitko w umywalce brudne, zardzewiałe, niedomyte, pęknięcia na umywalce. W pokojach ciasno, po 4 łóżka. Dzieci wyniosły szafkę na korytarzyk, bo nie mogły się w pokoju ruszyć. Za oknem widok na jakieś baraki.
     - Wszystko obleśne, obskurne, obdrapane. Firany do połowy okna, jakieś takie poszarpane. Jedna z koleżanek miała przy swoim łóżku ścianę poobklejaną jakimiś glutami. Taki dostała kącik do spania. Szafka bardzo mała, że nie mogły się z rzeczami pomieścić. Córka zostawiła wszystko w walizce. Otwierała walizkę dosłownie na chwilę, żeby sobie coś do ubrania wyciągnąć, czy ręcznik, a mimo to wszystko tak śmierdziało, że musiałam 3 razy prać i wietrzyć. Walizka tak przeszła tym wszystkim, że wietrzy się dzień i noc od kilku dni i cały czas czuję ten smród. Będę musiała też ją wyprać. Gniazdka i włączniki od prądu jakieś takie nie powykańczane. Na suficie pęknięcia na całej długości pokoju. Z zewnątrz to jeszcze to jakoś ujdzie, ale jak się wejdzie do środka, to koniec - opowiada pani Agnieszka.
     NIGDY WIĘCEJ
     Mama Klaudii twierdzi, że na miejscu rozmawiała z kierownikiem ośrodka. Jak mówi, pani kierownik siedziała z dwoma panami, piła kawę i paliła papierosa. W rozmowie z panią Agnieszką miała nawet nie kojarzyć grup kolonijnych. Pani Agnieszka przedstawiła się i powiedziała czyją jest mamą, i w której grupie jest jej córka. Pani kierownik miała spytać, dlaczego chce zabrać córkę do domu. - Gdy powiedziałam, żeby pani spojrzała na Klaudię, to ona zapytała się „No, co”. A gołym okiem było widać, że Klaudia jest chora. Oczy miała zaszklone, życia w niej prawie nie było, a jeszcze rozgrzewkę tego dnia miała mieć. Ona by tam po prostu padła. Od soboty nic nie jadła, tylko suche ciasteczka, które jej babcia dała. Jak wyjeżdżała, nie chciała tych ciastek, a jak przyjechała dziękowała babci za nie. Nigdy więcej takich kolonii, a najlepiej sprawdzać, gdzie dzieci jadą. Mogła to być fajna kolonia i można było ją dobrze wspominać - dodała pani Agnieszka.
     INTERWENCJA W GOPS
     23 sierpnia Agnieszka Koniszewska postanowiła pojechać do GOPS w Jeziorach Wielkich i poinformować kierownika Marlenę Kantanistę, o sytuacji, jaka panuje na koloniach. Wcześniej poinformowała ośrodek, że zabiera z kolonii córkę Klaudię.
     Kierownik jeziorańskiego GOPS nie kryła zaskoczenia informacjami, jakie usłyszała od naszej czytelniczki. Poinformowała, że organizatorem tych kolonii jest Kuratorium Oświaty w Bydgoszczy i to oni ogłaszają przetargi. GOPS otrzymał tylko informacje, gdzie dzieci przebywają i w jakim ośrodku. Przyznała jednak, że nie wiedziała, w jakich warunkach dzieci tam przebywają.
     - Ja śmiem twierdzić, że nikt nie sprawdził tego ośrodka. Wstępnie dzieci miały jechać do Rytla koło Chojnic. A w ostateczności wylądowały, że tak powiem w „kolonii karnej” - mówiła do Marleny Kantanisty mama Klaudii.
     - Dobrze, że pani do nas przyszła. Zaraz zgłosimy tę sprawę do kuratorium. A w zasadzie, dlaczego dzisiaj dopiero pani przychodzi. Dzisiaj jest czwartek i od poniedziałku minęło trochę czasu. Jeżeli jest tak strasznie, jak pani mówi, to trzeba od razu ingerować i przekazać informację. Przed chwilą była mama jednego z dzieci i nic takiego nie mówiła. Mamy tam jeszcze pozostałą czwórkę dzieci. Jest mi bardzo przykro, że coś takiego się wydarzyło. Nigdy dotąd takiej sytuacji nie było, a co roku kuratorium wysyła dzieci na kolonie. Różne rzeczy się dzieją i zdarzają i jak najbardziej podejmiemy interwencję. Do kuratorium wykonam telefon z prośbą o podjęcie interwencji - powiedziała Marlena Kantanista.
     Jak przekazała nam 27 sierpnia kierownik GOPS Marlena Kantanista, przedstawiciele kuratorium zaraz po jej zgłoszeniu, czyli 23 sierpnia pojechali w miejsce trwających kolonii. Poinformowany został także najbliższy sanepid w Sławnie oraz Zachodniopomorskie Kuratorium Oświaty w Szczecinie o zgłoszeniu interwencji i przekazanie protokołu kontroli do Kuratorium w Bydgoszczy.
     - Pozostała czwórka dzieci nie chce wracać, co mnie uspokoiło. Bo my tu mamy tak wszystko przygotowane, że jak by okazało się, że jest coś nie tak, to dzieci wrócą wcześniej. Kuratorium było na miejscu i zapewniło, że jest wszystko w porządku - powiedziała Marlena Kantanista.
     TELEFON DO SANEPIDU
     Chcieliśmy porozmawiać z naczelnikiem wydziału organizacyjnego Kuratorium Oświaty w Bydgoszczy Marcinem Piotrowskim, który odpowiedzialny jest za organizację kolonii w Dąbkach. Jednak jak się okazało od poniedziałku przebywa na dwutygodniowym urlopie. Otrzymaliśmy tylko informację, że w czwartek, czyli dziś, możemy się w tej sprawie skontaktować ze starszym inspektorem działu organizacyjnego bydgoskiego kuratorium Andrzejem Czopkiem.
     W sprawie kolonii w Dąbkach rozmawialiśmy z rzecznikiem prasowym sanepidu w Sławnie Izabelą Sołowiej. Od niej usłyszeliśmy, że na terenie Ośrodka Wczasowo-Kolonijnego w Dąbkach odbyło się podczas tegorocznych wakacji 5 kontroli z zakresu higieny dzieci i młodzieży i 1 kontrola bloku żywienia. Były pewne uchybienia, ale od razu usuwane.
     Dodała, że bieżący stan sanitarny może ulegać zmianie z dnia na dzień. Jednego dnia może być inaczej, a na czas kontroli może być wszystko przygotowane i  idealnie wysprzątane.
     - Chociażby zagrzybienie w toaletach nie pojawia się z dnia na dzień. Natomiast brudne okna i bieżący stan sanitarny jest sprawą jednego dnia. I jeżeli jest tak, jak pan mówi, to wymaga to naszej interwencji. Będę się jeszcze kontaktowała z kuratorium, co jeszcze tam było. Być może oni zainterweniowali wcześniej, natomiast z mojej strony jeszcze tam będziemy interweniować - dodała Izabela Sołowiej.
Agnieszka Koniszewska zapowiada, że tak tej sprawy jednak nie zostawi.
     - Dzieci przed wyjazdem zadowolone były, że nad morze jadą, ale nie w takie warunki. Na klapie od sedesu kupa zaschnięta, od wielu dni nie myta, to było widać, że nie jest to nic świeżego. Prysznic brudny, zapleśniały. Syf i brud wszędzie, a smród taki, że po prostu nie da się tego opisać słowami, to trzeba jechać i zobaczyć na własne oczy. Ja jestem w szoku. Ja tego tak nie zostawię, bo mi żal tych dzieci, które tam zostały. To są do mnie obce dzieci, ale żal mi wszystkich - powiedziała Agnieszka Koniszewska.

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1072 (35/2012)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości