Kapela D. I. została założona w 1981 roku przez wokalistę i głównego autora piosenek Caseya Royera, który wcześniej grał na perkusji w dwóch bardzo zasłużonych dla amerykańskiej sceny punk zespołach - Adolescents i Social Distortion. Casey Royer jako jedyny z oryginalnego składu występuje w kapeli nieprzerwanie od 42 lat.
Sobota, 15 lipca. Środek weekendu, było już trochę chłodniej i przyjemniej, bo koncert zaczynał się po 20.00, ale przed wejściem do Magazynu Zbożowego GS tłumów nie było. Naliczyłem około 70 osób. Jak na przyjazd zespołu z dalekiej Kalifornii nie było to oszałamiające zainteresowanie. Zdaję sobie sprawę, że zespoły amerykańskie, które regularnie już grają w Magazynie Zbożowym to scena niezależna i trudno, żeby miały fanów akurat w Mogilnie. Zresztą, nawet wśród osób, które przyszły na koncert, tubylcy stanowili mniejszość, większość to osoby przyjezdne z innych miast. To już nie są lata 2007-2011 - czyli pierwszy okres funkcjonowania Magazynu zakończony zamknięciem budynku na 10 lat - gdy środowisko niezależne było w Mogilnie wyjątkowo silne i zwarte. Niewiele osób z tego okresu przychodzi obecnie na cokolwiek do Magazynu. Nawet, jak obecnie koncerty są za darmo, na zasadzie wejściówek. Ale nie ma obawy, w Magazynie zmieści się nawet do 300 osób, kto tylko zechce przyjść - na pewno wejdzie.
Tymczasem w sobotę w Magazynie zagrała jedna z ikon kalifornijskiej sceny punkowej - kapela D.I. Zespół istnieje od 1981 roku, powstał w Fullerton w Kalifornii. Zespół nigdy nie osiągnął sukcesu komercyjnego, ale dla wielu niezależnych wykonawców zza oceanu do dziś jest punktem odniesienia. Koncert był częścią europejskiej trasy koncertowej. W Polsce zespół zagrał tylko dwa koncerty: w Zduńskiej Woli i w Mogilnie i prosto z Magazynu jechał na koncert do Berlina.
Kapela D. I. została założona przez wokalistę i głównego autora piosenek Caseya Royera, który wcześniej grał na perkusji w dwóch bardzo zasłużonych dla amerykańskiej sceny punk zespołach - Adolescents i Social Distortion.
Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu zajrzałem zza kurtynę sceny. Urywkowe melodie strojonych instrumentów, ekscentryczni muzycy i ten widoczny gołym okiem entuzjazm. To wszystko zapowiadało świetny koncert. Była 20.15, zespół był gotowy do gry i wokalista Casey Royer błyskawicznie uzgodnił z Arkadiuszem Renkiem, że chcą już grać. Wkrótce widownia zaczęła zapełniać się osobami w różnym wieku, o różnej estetyce, choć rzucał się na tym koncercie brak irokezów i ćwieków. Kilka osób pod sceną ruszało się w dziwnym tańcu, jak w transie. Klasycznego pogo tego dnia jednak nie było. Muzyka jednak nie zna ani wieku, ani granic. Nikt niczemu się nie dziwi, każdy może tańczyć jak mu się podoba i co mu się podoba.
Casey Royer (rocznik 1958), w skaterskim stroju szalał na scenie między gitarzysta i basistą. Namawiał do tego, by nie brać używek, na scenie popijał mleko prosto z butelki. Koncert był znakomity i wcale nie jestem odosobniony w tym stwierdzeniu. Każdy, z kim rozmawiałem po koncercie - Leszek, Ania, Robert, Pitama mówili to samo. To była esencja starego dobrego klasycznego punk rocka. Każdy, kolejny utwór koncertu podnosił jego tempo i temperaturę. Gitarzysta pokazał wręcz modelowo, jak powinno się grać na gitarze w zespołach niezależnych, brzmienie niektórych riffów przyprawiało o ciarki. Nie mogę nie wspomnieć o perkusiście. Jego, z pozoru tylko chaotyczne dudnienie o talerze, było show samym w sobie.
Po tym koncercie zrozumiałem, dlaczego zespół uznawany jest za ikonę punk rocka. Gdy montowałem filmik z tego koncertu, zorientowałem się, że wiele momentów w utworach jak gra na gitarze, zmiany tempa czy chórki brzmią jak utwory Dead Kennedy's. Także ikony kalifornijskiej sceny punk. Pytanie, kto się na kim wzorował? A może po prostu tak się gra na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych?
Po koncercie, jak zwykle można było kupić płyty i koszulki zespołu, porozmawiać na zewnątrz Magazynu z muzykami, zrobić sobie selfie.
Marek Holak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze