Reklama

Plaga korowódki dębówki w Mijanowie. Mieszkańcy proszą gminę o pomoc

W Mijanowie doszło do masowego pojawienia się gąsienic korowódki dębówki. Owady zaatakowały drzewa na niemal każdej posesji we wsi, powodując szkody oraz stwarzając zagrożenie dla zdrowia mieszkańców. Gąsienice pokryte są włoskami, które zawierają silnie drażniącą toksynę - thaumetopeinę - może powodować u ludzi reakcje skórne, problemy z oddychaniem, a nawet ostre ataki alergiczne.

WŁOSKI Z SILNIE DRAŻNIĄCĄ TOKSYNĄ

Korowódka dębówka (łac. Thaumetopoea processionea) to motyl nocny, którego larwy żerują głównie na liściach dębów. Występuje od późnej wiosny do połowy lata i zasiedla głównie starsze drzewa. Gąsienice poruszają się w charakterystycznych korowodach - jedna za drugą w długich kolumnach, co dało im nazwę.

Największym zagrożeniem są jednak ich mikroskopijne włoski, którymi pokryte jest ciało gąsienicy. Każda larwa ma około 60 tysięcy parzących włosków. Włoski te łatwo się odrywają i unoszą w powietrzu, przemieszczając się z wiatrem na odległość nawet kilkudziesięciu metrów. Zawierają one silnie drażniącą toksynę - thaumetopeinę, która może powodować u ludzi reakcje skórne, problemy z oddychaniem, a nawet ostre ataki alergiczne. Kontakt z nimi może nastąpić zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio - przez odzież, meble ogrodowe, zabawki pozostawione na zewnątrz.

Reklama

Mieszkańcy Mijanowa (gm. Trzemeszno) podkreślają, że sytuacja pogarsza się z tygodnia na tydzień. - Miesiąc temu mój dąb nie miał w ogóle liści (zostały zjedzone przez korowódkę dębówkę). Teraz coś odbił, ale u sąsiadki całe górne gałęzie są ogołocone. Drzewo zaczyna zamierać - mówi Michał Chudaś. - Opryski trzeba robić regularnie, jeden raz nic nie daje. To działa tylko na chwilę, jak w przypadku drzewek owocowych trzeba pryskać regularnie - dodaje.

Według mieszkańców, gmina nie zapewnia odpowiednich środków ochrony ani sprzętu, który umożliwiłby skuteczne działania. - Potrzebny jest podnośnik, specjalistyczne opryskiwacze albo firma, która się tym zajmuje. Sami sobie nie poradzimy - zaznacza pan Michał.

Reklama

Zgłaszane są też poważne reakcje zdrowotne u dorosłych i dzieci. - Te gąsienice mają włoski, które w powietrzu się unoszą. Powodują swędzenie, czerwone plamy, nudności, kaszel. Moje dzieci mają astmę, więc musimy być bardzo ostrożni - mówi Magdalena Michalak, na której posesji stoi największy w Mijanowie dąb, pod którym jest przystanek autobusowy. Kobieta już w zeszłym roku prosiła gminę o zgodę na wycinkę drzewa.

- Mój dąb nie jest nigdzie wpisany jako pomnik przyrody, ale przyjechali, zmierzyli i okazało się, że przekracza normę o pięć centymetrów. Z automatu stał się pomnikiem, choć nikt go nigdy nie oznaczył. Teraz nie mogę nic zrobić. Owady przeszły już z drzewa na ogród, atakują róże, drzewka owocowe, są dosłownie wszędzie. Od mojego domu do najbliższego sąsiada jest 50 metrów, a już tam też są - dodaje pani Magdalena.

Reklama

DĄB ROŚNIE PRZY PRZYSTANKU

Szczególne zaniepokojenie Magdaleny Michalak oraz mieszkańców budzi lokalizacja drzewa, z którego schodzą gąsienice. Znajduje się ono bezpośrednio przy przystanku autobusowym, z którego korzystają dzieci dojeżdżające codziennie do szkoły. W ocenie mieszkańców, brak działań w tym miejscu może prowadzić do realnego zagrożenia zdrowia najmłodszych.

Mieszkańcy Mijanowa opisują sytuacje, które wymagały interwencji pogotowia. - Moja przyjaciółka i jej dzieci po ukąszeniach musieli jechać do szpitala. Miała gorączkę, wysypkę, zastrzyki nie pomogły, po dwóch dniach znowu trafiła na pogotowie - wspomina pani Magdalena. - U mojego syna objawy pojawiły się w nocy - duszności, swędzenie, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero po czasie skojarzyliśmy, że to może być od gąsienic - dodaje Magdalena Michalak.

Reklama

- Mam silną alergię. Gdy ugryzie mnie pszczoła mam pół godziny, żeby dostać zastrzyk, inaczej tracę przytomność. A przecież te owady też mogą wywołać silne reakcje. Mam dwójkę małych dzieci. Boję się - mówi Michał Chudaś.

POMNIKIEM PRZYRODY NIE SĄ, ŚCIĄĆ NIE WOLNO

Sołtys Mijanowa Anna Krawczyk, potwierdza, że interweniowała w gminie. - Już w zeszłym roku informowaliśmy o problemie. Gmina zrobiła oprysk, ale efekt był słaby. Teraz sytuacja się pogarsza, a gmina uważa, że to sprawa właścicieli działek. Zgłaszałam sprawę do ochrony środowiska, ale usłyszałam, że nic nie mogą poradzić. Mieszkańcy chcą wyciąć drzewa, ale nie mają zgody. Sami też nie mają środków, żeby skutecznie z tym walczyć - dodaje.

Reklama

W odpowiedzi na zapytanie redakcji, Urząd Gminy Trzemeszno wskazuje, że drzewa zaatakowane przez korowódkę dębówkę znajdują się na prywatnych posesjach i to właściciele w pierwszej kolejności powinni podejmować działania, w tym stosować opryski.

Jak poinformował zastępca burmistrza Zygmunt Nowaczyk, w ubiegłym roku gmina poniosła koszty oprysku jednego z dębów w Mijanowie, jednak w bieżącym roku takich działań nie prowadzono. Urząd nie wyklucza włączenia się w przyszłości, ale podkreśla, że niezbędne są działania kompleksowe, obejmujące więcej niż jedną posesję, i aktywność samych mieszkańców.

Reklama

Władze gminy informują również, że sporne drzewo nie zostało formalnie uznane za pomnik przyrody, choć spełnia ku temu warunki pod względem wymiarów. W ocenie urzędu nie istnieją obecnie przesłanki do jego usunięcia – zarówno ze względów formalnych, jak i praktycznych. Usunięcie drzewa nie zagwarantuje wyeliminowania szkodnika. Takie stanowisko miało również zająć Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Poznaniu.

Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody (Dz.U. 2004 nr 92 poz. 880), za utrzymanie pomników przyrody - niezależnie od tego, czy znajdują się one na terenie publicznym czy prywatnym - odpowiada gmina. To ona zobowiązana jest do prowadzenia zabiegów pielęgnacyjnych, zabezpieczenia drzewa, oznakowania pomnika oraz - w razie potrzeby - wykonania specjalistycznych ekspertyz. Właściciel nieruchomości ma obowiązek umożliwić dostęp do pomnika, ale nie ponosi kosztów jego utrzymania.

Reklama

W omawianym przypadku problematyczne jest jednak to, że drzewo formalnie nie zostało uznane za pomnik przyrody, choć - jak wynika z pomiarów - spełnia ku temu kryteria (m.in. obwód pnia). Taki status - brak oficjalnego wpisu oraz jednoczesny zakaz ingerencji - prowadzi to do sytuacji, w której państwo Michalakowie nie mogą legalnie usunąć ani zabezpieczyć drzewa, a gmina nie ponosi odpowiedzialności za  jego ochronę. Tym samym państwo Michalakowie, na których posesji stoi pierwsze zainfekowane drzewo pozostają w stanie zawieszenia – formalnie nie ma u nich pomnika przyrody, ale też nie mają możliwości zdecydowania o losie drzewa, które stanowi zagrożenie dla ich zdrowia i bezpieczeństwa.

BEZ POMOCY GMINY NIE DADZĄ RADY

Reklama

Choć Urząd Gminy podkreśla, że główna odpowiedzialność za walkę z korowódką spoczywa na właścicielach posesji, mieszkańcy Mijanowa nie kryją rozczarowania. Jak zaznaczają, skala problemu przekracza możliwości jednostkowego działania, gąsienice pojawiają się na większości drzew w całej wsi, a nie tylko na jednej działce.

W tej sytuacji wielu mieszkańców czuje się pozostawionych samym sobie. Oczekują, że gmina - mimo formalnych ograniczeń - podejmie działania koordynujące lub wspierające, które pozwolą skutecznie opanować rozprzestrzenianie się szkodnika.

Reklama

Sebastian Lachowicz

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 22/05/2025 19:13
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości