Reklama

10 pracowników Ekonu straciło pracę

Po 5 latach mogileński oddział ABA Service likwidowany
   10 pracowników Ekonu straciło pracę
     Kilkanaście dni temu niepełnosprawni pracownicy otrzymali nowe lśniące czystością stroje robocze. Myśleli, że to dobry znak i koniec tegorocznych zwolnień. 21 sierpnia przyjechał prezes i wszystkim wręczył wypowiedzenia.

 

Zwolnieni pracownicy firmy „ABA Service” działającej dla Stowarzyszenia „Ekon” nie ukrywają żalu po wręczeniu im wymówień z pracy
   fot. Magdalena Lachowicz

     ZBIERALI I SEGREGOWALI
     Stowarzyszenie Niepełnosprawni dla Środowiska Ekon od 2004 r. realizuje unikalne w skali całej Polski przedsięwzięcie EKO-Praca, polegające na tworzeniu miejsc pracy dla osób niepełnosprawnych. Pomysł zrodził się, aby podopiecznym stowarzyszenia, którzy stanowili grupę społeczną zagrożoną wykluczeniem społecznym, stworzyć szansę na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, oferując im zarazem pracę. Ponieważ Stowarzyszenie Ekon w swojej działalności nie mogło zatrudniać bezpośrednio ludzi, zleciło prowadzenie takiej działalności spółce ABA Service sp. z o.o. z Otrębus koło Warszawy.
     Taki też oddział powstał 5 lat temu w Mogilnie. Pomysł EKO-Pracy polegał na odbieraniu przez pracowników firmy od mieszkańców Mogilna i okolicznych wiosek zmieszanych odpadów opakowaniowych, a następnie ich segregacji i przekazywaniu do dalszego odzysku i recyklingu. Początkowo w mogileńskim oddziale zatrudnionych było 15 osób. Pierwsze zwolnienia nastąpiły, jak informują nas pracownicy, w styczniu, kiedy z przyczyn ekonomicznych zwolniono z pracy 5 pracowników. 21 sierpnia do Mogilna przyjechał prezes firmy ABA Service sp. z o.o., który wręczył wypowiedzenia pracy pozostałej dziesiątce pracowników.
     CO MIESIĄC 30 TON ODPADÓW
     Z decyzją prezesa nie mogą pogodzić się niepełnosprawni mogilnianie zatrudnieni przy zbieraniu i segregacji opakowań. Zdenerwowani i rozgoryczeni przyszli 24 sierpnia do naszej redakcji, szukając pomocy. Jednym z pokrzywdzonych pracowników firmy jest Jan Smuszkiewicz, który opowiada, że od początku działalności oddziału firmy w Mogilnie co miesiąc pracownicy zbierali ze sklepów oraz od gospodarzy pobliskich wiosek około 30 ton folii, kartonów i plastikowych butelek. - Mamy tutaj specjalne urządzenie do prasowania, żeby zmniejszyć objętość. Przyjeżdżał transport i zabierał to wszystko. Na początku było nas piętnastu, zwolniono później pięć osób dla ekonomii. Dziś oddział w Mogilnie został zlikwidowany i zwolniono nas wszystkich z pracy. To, co jest zrobione, ma być wysłane i pomieszczenia mają być uprzątnięte - opowiada naszemu reporterowi Jan Smuszkiewicz.
     Najbardziej jednak - jak mówią zwolnieni pracownicy - boli ich to, że nie będą mieli pracy i to jest najważniejszy problem, z którym nie mogą sobie poradzić. Byłych pracowników martwi także fakt, że miasto będzie zawalone różnymi opakowaniami. - Mieszkańcy i okoliczni sprzedawcy będą zawaleni kartonami, foliami i najprawdopodobniej będzie to widoczne w ten sposób, że część tego, co zbieraliśmy, może znaleźć się w lesie. Nie posądzamy nikogo o złośliwość, ale sporo ludzi może tak właśnie robić, że wywiezie to do lasu. Te 30 ton u nas jak jest sprasowane, to już jest spora ilość, a co dopiero jak bez sprasowania znajdzie się to w lesie, to będzie dopiero totalny bałagan - mówi Jan Smuszkiewicz.

Reklama
Józef Komorski pokazuje ilość zebranej przez pracowników „Ekon” folii
        fot. Magdalena Lachowicz

     CZULI SIĘ POTRZEBNI
     Wszyscy podkreślają, że pracowali w firmie za najniższą krajową. Myśleli jednak, że po styczniowych zwolnieniach, kiedy prezes informował ich, iż nie najlepiej się w firmie wiedzie, to firmę uda się jednak uratować. - Dziesięciu ludzi wzięło na barki pracę, którą wykonywało piętnastu, bo każdy chce pracować. A jak my stracimy tę pracę, to problem będzie dla burmistrza i Biura Pracy, bo my obciążymy budżet miasta, bo wszyscy pójdziemy po jakieś zapomogi, czy kuroniówkę. My nie chcemy tego, my chcemy pracować - kontynuuje w imieniu wszystkich pracowników Jan Smuszkiewicz.
     Wszyscy, jak nas poinformowali, mają orzeczenia o niepełnosprawności, a dzięki pracy czuli się potrzebni. - Każdy z nas ma grupę niepełnosprawności mniejszą czy większą, ale chcemy czuć się potrzebni i chcemy pracować, a jak stracimy tę pracę, to wiemy już dzisiaj, że nie znajdziemy innej pracy, bo każdy z nas wie, jaki dzisiaj mamy rynek pracy - mówią zwolnieni z pracy. Pracownicy likwidowanego oddziału twierdzą, że nie wiedzą, dlaczego prezes likwiduje mogileński oddział i jak powiedzieli, nie chcą wnikać w szczegóły. - Przywieziono nam nowe ubrania, przyjechał prezes i mówił, że wszystko jest okej, że się wyprostowało, a teraz przyjechał i rzucił nam zwolnienia - mówi Jan Smuszkiewicz.
     TELEFONY DZWONIĄ
     O tym, jak bardzo działalność firmy była potrzebna na naszym terenie, świadczyć może fakt, że podczas pobytu reportera na terenie firmy i rozmowy z pracownikami dzwoniły liczne telefony,  w których sprzedawcy i zainteresowani mieszkańcy chcieli się dowiedzieć, dlaczego dzisiaj pracownicy nie przyjechali po kartony i kiedy ewentualnie po nie przyjadą. Jak nas poinformowali zainteresowani, nie były to pierwsze takie telefony w tym dniu. - Pracowaliśmy systematycznie od poniedziałku do piątku. Mieliśmy taką trasę opracowaną, że nawet niektórzy wiedzieli, o której godzinie mogą się nas spodziewać i codziennie tę trasę przemierzaliśmy - mówi Jan Smuszkiewicz.
     ODPADY TAKŻE OD ROLNIKÓW
     Natomiast Józef Komorski dodał, że w swojej codziennej pracy jeździli także do gospodarstw rolnych, z których również odbierali różne opakowania. - Przecież rolnicy mają bardzo dużą ilość worków foliowych po nawozach. My to wszystko zbieraliśmy i prasowaliśmy. Potrafiliśmy od jednego gospodarza 500 kg przywieźć. Gospodarze dostają zaświadczenia, że zdali opakowania do nas i mają spokój. I jak Straż Miejska ewentualnie ich skontroluje, pokazują zaświadczenie, gdzie oddali i są czyści. My zbieraliśmy to wszystko w Orchowie, Wydartowie, Dąbrowie, Procyniu czy Różannie - opowiada Józef Komorski.
     Do zwożenia makulatury i plastiku, jak mówią nam pracownicy, Krzysztof Smuszkiewicz udostępniał własny samochód. - Kupiłem go specjalnie do tych celów i teraz, jak pozbędę się pracy, to zostanę na lodzie. Ludzie nas znają i kto chciał, to dawaliśmy numery telefonów i ludzie dzwonili, że mają jakąś makulaturę i w przeciągu dwóch dni odbieraliśmy - opowiada Krzysztof Smuszkiewicz.
     Z informacji uzyskanych od pracowników mogileńskiego oddziału firmy wynika, że zebrana i sprasowana makulatura wysyłana była do Ostrołęki, natomiast folia do Bydgoszczy. Gdy w magazynie uzbierana była odpowiednia ilość na jeden transport, pracownicy dzwonili i wówczas przyjeżdżał do Mogilna samochód, który odbierał zebrane surowce wtórne.
     SAMI NIE DAMY RADY
     Rozgoryczeni piątkowym zwolnieniem pracownicy mają nadzieję, że władze miasta pomogą im, bo byłoby im potrzebne jakieś wsparcie finansowe. - Jeden z nas otworzyłby firmę i z kuroniówki wziąłby kredyt, ale mimo wszystko to nie jest opłacalne. To musi być wspierane, musi być dotowane. My szukamy, bo może można by było pozyskać środki z PEFRON-u. Chcielibyśmy wiedzieć, czy jak otworzymy tę firmę, to czy się nie pogrążymy. Jak byśmy jakąś pomoc otrzymali, to prawdopodobnie byśmy się utrzymali, ale jak nie będzie pomocy, to mimo wszystko nie damy rady - mówi Krzysztof Smuszkiewicz.
     Następnie pracownicy wyliczyli naszemu reporterowi, że z 30 ton zebranej makulatury zarobek jest w granicach 3.000 zł. Dodatkowo trzeba byłoby z tych pieniędzy opłacić lokal, wodę, ogrzewanie, prąd, nie mówiąc już o wynagrodzeniu pracowników. Dlatego nasi rozmówcy uważają, że bez wsparcia z zewnątrz i przychylności burmistrza nie dadzą rady. - My chcielibyśmy zachować tę pracę, a wiadomo, że i miasto by dobrze wyglądało. Tu gdzie teraz jesteśmy (hala przy ul. Magazynowej, przyp. mal) jest to bardzo dobry punkt. Wszędzie mamy blisko. Ja powiem, że dopóki tu nie pracowałem, nie zdawałem sobie sprawy, co takie służby robią, a teraz widzę, że porządek w mieście zawdzięcza się właśnie takim służbom - dodaje Krzysztof Smuszkiewicz.
Problem polega także na cenie makulatury, która jest bardzo niska i oscyluje w granicach 10 groszy za kilogram. Gdyby ceny były wyższe, to zdaniem naszych rozmówców, nie byłoby problemu, ponieważ nie szukaliby oni pomocy z zewnątrz i sami założyliby firmę. - Ale jest tak, jak jest i niestety inaczej się nie da. My wierzymy w to, że jeszcze nic nie jest przesądzone, że jeszcze się uda. Jest nas tutaj 10 osób, myślimy, że tu 18.000 zł to na same zarobki jest potrzebne. Firma, która nas zatrudniała dzięki temu, że działała w porozumieniu ze stowarzyszeniem niepełnosprawnych i dzięki temu byli oni dotowani i dlatego nas zatrudniali. Ale dlaczego ten oddział teraz likwidują, nie wiemy - komentują nasi rozmówcy.
     ODDZIAŁ NIERENTOWNY
     Po rozmowie z rozgoryczonymi mieszkańcami naszego miasta skontaktowaliśmy się z prezesem spółki ABA Service Grzegorzem Łodą, od którego usłyszeliśmy, że punkt w Mogilnie stał się nierentowny i ze względów finansowych został zlikwidowany. - Jednym z czynników wpływających na naszą decyzję była zmiana ustawy, gdzie nastąpiło zmniejszenie o 30% wynagrodzenia, które pokrywało państwo. Jest to koszt 400 zł na osobę, który musielibyśmy sami wypracować. W przypadku punktu w Mogilnie, gdzie pracowało 10 osób, byłaby to kwota 4.000 zł. Do tego trzeba doliczyć koszty utrzymania obiektu, takie jak dzierżawa czy ogrzewanie. Po przeanalizowaniu wszystkich za  i przeciw zdecydowaliśmy o likwidacji punktu. W związku z tym umowy, które mieli pracownicy, po prostu nie zostały im przedłużone - powiedział prezes Grzegorz Łoda.

Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 915 (34/2009)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości