Reklama

Antoni Wojdyła - powstaniec znad granicy prusko-rosyjskiej

W 1913 r. został wcielony do armii pruskiej. Wrócił do Siedlimowa w 1916 r. Walczył potem w Powstaniu Wielkopolskim w oddziale powstańczym. W 1919 r. został powołany do 59. Pułku Piechoty i w 1920 r. walczył przeciwko bolszewikom.

Przypominamy artykuł opublikwoanyw tygodniku Pałuki i Ziemia Mogileńska w 2009 roku.

Antoni Wojdyła urodził się 25 kwietnia 1895 r. w Siedlimowie (gm. Jeziora Wielkie) - wówczas leżącym przy granicy prusko-rosyjskiej - jako syn Wojciecha Wojdyły i Franciszki z domu Kozińskiej. Miał pięcioro rodzeństwa: Jacka, Jana, Leona, Stanisława i Łucję. Rodzice jego zajmowali się prowadzeniem gospodarstwa rolnego w Siedlimowie. Antoni Wojdyła jako młody chłopak uczęszczał do Szkoły Ludowej w Siedlimowie, znał też bardzo dobrze język niemiecki. Po ukończeniu szkoły początkowo pracował na gospodarstwie rodziców.
13 czerwca 1913 r., w wieku 18 lat został powołany do armii pruskiej, w której służył do 16 lipca 1916 r. Po powrocie z armii nadal pracował jako robotnik rolny - na początku na gospodarstwie rodziców, a później na majątku w Lenartowie (gm. Jeziora Wielkie). Dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego wyjeżdżał również na sezonowe prace do Niemiec.
Gdy nadeszła wiadomość o wybuchu Powstania Wielkopolskiego, przyłączył się do walczących powstańców. Ze względu na miejsce zamieszkania dołączył do siedlimowskiego oddziału powstańczego, gdzie walczył przeciwko Niemcom. W 1919 r. został powołany do 59. Pułku Piechoty, w którym do 1920 r. walczył przeciwko bolszewikom. Najważniejsze z bitew, w których uczestniczył, to Tarkowo i Brzoza. 27 lutego 1920 r. przez komisję wojskową został zweryfikowany jako powstaniec wielkopolski, taka też informacja została wpisana do jego książeczki wojskowej. W tym też roku Antoni Wojdyła - wówczas 25-letni młodzieniec - został przeniesiony do rezerwy.
Po powrocie z wojska założył rodzinę. Ożenił się z Franciszką Czubachowską, z którą miał dwie córki Marię i Wandę. W latach 30. wyprowadził się z Siedlimowa i zamieszkał w Gaju (gm. Jeziora Wielkie), w ówczesnym powiecie strzeleńskim w województwie poznańskim. Bardzo dobra znajomość języka niemieckiego pozwoliła mu przetrwać II wojnę światową oraz wyjść z wielu opresji. Po wojnie podjął pracę jako pracownik leśny w Miradzu (gm. Strzelno), gdzie pracował aż do przejścia na emeryturę. Otrzymał wiele dyplomów i odznaczeń. 11 marca 1937 r. na podstawie orzeczenia komisji weryfikacyjnej został wyróżniony przez Związek Weteranów Powstań Narodowych RP 1914-1919 w Poznaniu dyplomem za zasługi w obronności kraju, natomiast 5 stycznia 1958 r. otrzymał dyplom oraz Wielkopolski Krzyż Powstańczy.
Podczas II wojny światowej udało mu się przechować i ocalić pamiątki powstańcze, m.in.: książeczkę wojskową z odciskiem palca, dyplomy oraz czapkę powstańczą tzw. rogatywkę. Niestety, po wojnie czapka uległa zniszczeniu.
Wnuk Antoniego Wojdyły Mirosław Leszczyński, znał dziadka z opowiadań babci Franciszki, żony Antoniego. Babcia zawsze śpiewała powstańcze piosenki, m.in.: „Wojenko, wojenko", „Ułani, ułani", czy „O mój rozmarynie". - Piosenki te utkwiły mi szczególnie w pamięci. Podczas odbywania służby wojskowej jako żołnierz maszerując wraz z plutonem, śpiewaliśmy je, jednak oficerowie z jednostki, szczególnie ci polityczni, naciskali, abyśmy śpiewali inne. Mama moja Maria często wspominała okres przedwojenny. Opowiadała wtedy, jak chodziła ze swym ojcem Antonim do Wójcina na uroczystości rocznicowe Powstania Wielkopolskiego. Z opowieści wiem, że dziadek bardzo szanował marszałka Piłsudskiego. Tyle, co pamiętam z opowieści, obchody rocznicowe śmierci marszałka również odbywały się w Wójcinie, na których mama jako córka powstańca mówiła zawsze patriotyczne wiersze. Niestety, żadnych nie udało mi się spisać, czy też zapamiętać - opowiadał nam Mirosław Leszczyński.
Również z opowiadań mamy Marii i jej siostry Wandy, Mirosław Leszczyński wiedział, że dziadek był wielkim patriotą. Przechowywał w domu biało-czerwoną flagę, którą wywieszał na wszystkie uroczystości państwowe. - Pamiętam też z opowiadań babci, że dziadek zawsze mówił, że bolszewicy bardzo bali się żołnierzy polskich. Uciekali nawet na widok czapki rogatywki wystawionej na bagnecie karabinu. Wtedy dziadek mówił, jak wielkie było morale żołnierzy polskich.
Antoni Wojdyła umarł w listopadzie 1963 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Wójcinie.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 885 (4/2009)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości