<p"> Kłopoty Marii Szyszkowskiej i Leszka Michalaka zaczęły się, kiedy pół roku temu w bliskim sąsiedztwie ich działek ulokowany został zakład stolarski Jacka Dropka. Od tego czasu trociny atakują zewsząd, są w mieszkaniu, na podwórku, we włosach, na firanach. Mieszkańcy interweniowali już w nadzorze budowlanym, w Straży Miejskiej i zamierzają iść także po pomoc do wydziału ochrony środowiska mogileńskiego ratusza.
Maria Szyszkowska i Leszek Michalak pokazują zalegającą wokół ich domów warstwę trocin. To, co tu widać nazbierało się przez trzy dni, od minionego piątku do niedzieli. - „Rano wstałem i mówię, że wszędzie dzieciaki mają śnieg biały, a my mamy żółty” - komentuje Leszek Michalak. fot. Paweł Lachowicz
Leszek Michalak mieszka w drugim z kolei domu za sklepem Majster przy ul. Padniewskiej 31, tuż przy wyjeździe z Mogilna w kierunku Padniewka. Bliżej sklepu mieszka Maria Szyszkowska z córką Beatą. W czerwcu ubiegłego roku w sąsiedztwie działki pani Szyszkowskiej powstał zakład stolarski. Jego właściciel Jacek Dropek przeniósł swój zakład z Marcinkowa (gm. Mogilno).
Od tego czasu na podwórku posesji Marii Szyszkowskiej zalega warstwa trociny. Lecą one z sąsiadującej z jej posiadłością stolarni Jacka Dropka. Trociny pojawiają się też na posesji Leszka Michalaka.
Przedostają się one również do wnętrza domów. Przy silniejszych powiewach wiatru, szczególnie od strony wschodniej, trociny unoszą się nad dachem stolarni. W ostatni weekend trocin było tak dużo, że przykryły one całe obejście podwórka, ogród oraz działkę uprawną kilkucentymetrową warstwą. Przyczyną tego jest zamontowany na terenie stolarni wyciąg odprowadzający trociny z hali produkcyjnej. Ponad dachami hal w pomieszczeniu, do którego odprowadzane są trociny, umieszczone jest urządzenie zwane cyklonem, którego zadaniem jest wyłapywanie trocin, które grawitacyjnie mają opadać do pomieszczenia poniżej.
Leszek Michalak twierdzi, że zakład stolarski niekorzystnie wpływa na ich codzienne funkcjonowanie. Unoszące się w powietrzu trociny nie pozwalają na wywieszenie prania, czy nawet na spacer po podwórku.
Na podwórku Marii Szyszkowskiej zalega gruba warstwa trociny koloru żółtego i piaskowego fot. Paweł Lachowicz
- Nie możemy sobie poradzić. Mam tak dużo trocin na podwórku, nie mówiąc już o sąsiadach. Brak słów, jak my mamy mieszkać. Ten zbiornik, który tam stoi, to jest cała przyczyna tego, co się tutaj dzieje. Oni siateczkę założą, a po dwóch tygodniach jest po siatce i znowu nam tutaj leci. Zakład nam nie przeszkadza, tylko niech to zabezpieczą. Czy ktoś chciałby tak mieszkać? Byłem już w nadzorze budowlanym. Powiedzieli mi, że oni mogą mu dać mandat, jak robi to nielegalnie, a nam chodzi o to, żeby to zabezpieczyli. Kto ma teraz to posprzątać? A jak do nas wnuczka przyjedzie, to jak wyjść z nią na spacer? Samochodem z myjki przyjechałem i jak wiatr zawiał, to był koniec i musiałem go szybko opłukać. A jak tutaj pranie powiesić? Zadzwoniłem do was, bo pomyślałem sobie, że jeszcze do gazety mogę się udać. Wy napiszecie, może to pomoże. W centrum miasta zakłady meblowe były i nie było takiego zaśmiecania.
Na GS mają stolarnię i mają zabudowany ten zbiornik i nic nie leci, a tutaj co się dzieje. Ja nie chcę robić nic złośliwie, bo jestem do zgody, ale ile można. Niech on tu pomieszka i niech jemu tak lecą trociny. Żeby chciał chociaż przyjść tutaj i zobaczyć. Zawsze jest tylko gadka, że dobra przyjdę i na tym koniec - opowiada Leszek Michalak.
Dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy wielokrotnie próbowali dogadać się z właścicielem stolarni, by ten zabezpieczył wylot zbiornika. Bez skutku.
- Człowiek się cieszy, bo przynajmniej ludzie mają pracę, ale przez kogoś my nie możemy nawet otworzyć okna. A oni powiedzą, że tak jest, bo się rurka zapchała, a co nas to obchodzi. Idę do tych pracowników, to mówią, co my za to możemy, to szef. Co trzeci dzień jestem u niego. Tylko powie „no, no” i to wszystko. Ja co rusz chodzę do okulisty i pytałem się, czy mam im przysłać rachunek za leczenie oczu - dodaje Leszek Michalak.
Maria Szyszkowska dodaje: - Teraz, jak leciało, to nie było tej siatki w ogóle, tylko jakieś dwa sznury wisiały i dlatego tak nasypało. Twierdzi, że już w ubiegłym roku interweniowała u szefa stolarni dwa razy, gdyż jak tylko otworzyła okno, to trociny miała na parapecie, w pokoju, na szafkach, dosłownie wszędzie.
- Teraz przez te mrozy nie wychodziłam z domu, a teraz zobaczyłam, że śnieg żółty. Jak przyszłam zobaczyć, to się przeraziłam, a siatki tam nie było. A wiecie, jak się to do korytarza wnosiło? Całe podwórko zawalone i to jak grubo. A ze śniegiem jak się weszło do korytarza i na schodach w wejściu, wszędzie pełnio wiórów. Okno się na chwile otworzy, to już to leci. Ile się można z chłopem użerać? Nikt się nie chce kłócić, a jak dwie kobiety same mieszkają, to nic się nie załatwi. Beata mnie dzisiaj wyganiała, żebym poszła do szefa, ale dzisiaj na razie nie leciało w naszą stronę, ale jak będzie wiatr pasował, to poleci. Beata jest uczulona i jak wyjdzie, to ją oczy bolą - mówiła Maria Szyszkowska.
11 lutego rozmawialiśmy z właścicielem stolarni Jackiem Dropkiem. Mówiliśmy mu, że sąsiedzi skarżą się na zalegające u nich na posesjach trociny. Jacek Dropek przekonywał, że powodem tak intensywnego zapylenia była awaria, która powstała z przyczyn niezależnych od zakładu. Tłumaczył, że urządzenie posiada wszelkie certyfikaty oraz, że producent urządzenia opisuje w specyfikacji, że 5% trocin może się wydostawać na zewnątrz. Zaznaczył, że założył siatkę, by wyeliminować nawet te 5%. Jego zdaniem, w zakładzie stosowali już różnego rodzaju siatki aluminiowe oraz PCV.
Na dachu stolarni firmy Jacka Dropka dokładnie widać leżącą trocinę. W oddali widać wylot z zamontowanego urządzenia, który dodatkowo zabezpieczony jest siatką fot. Paweł Lachowicz
- Okazuje się, że one co jakiś czas się niszczą i są zerwane. My od samego początku zgłaszaliśmy do producenta problem, dlaczego tak się dzieje, bo w starej lokalizacji nie mieliśmy tego problemu. Na samym początku, jak nie mieliśmy przykrytej góry, to faktycznie tak było i za każdym razem, jak o tym rozmawialiśmy, to nie było jakiejś złości, ani z majstrem, ani z tą kobietą. Dzisiaj jak rozmawiałem z tą kobietą po pana interwencji, to ona mi powiedziała, że nie ma z tym problemu. Faktycznie śnieg się stopił naleciało tam trocin nie tyle co zwykle, tylko dużo więcej - tłumaczył właściciel stolarni.
Przyznał, że będąc na nocce z piątku na sobotę 7 lutego wychwycił, że w rurze była dziura, która została już naprawiona.
- A wie pan, jak pogoda nie sprzyjała i był tam śnieg i lód, to ja nikogo tam nie wpuszczę i sam też nie wejdę. Jak to zobaczyłem, przeraziło mnie. My będziemy to zgrabiać i wywieziemy to. W ramach rekompensaty ta pani dostanie drewno i będziemy żyć w zgodzie z nią i jej córką - dodał Jacek Dropek.
Poinformował także, że ustalony został już termin czyszczenia dachów, które zaplanowano na najbliższą sobotę. - Byłem u „Majstra” (sklep przyp. pal) i mam zgodę, żeby z ich dachu to ściągnąć. Sprzątniemy też u tej kobiety. W sobotę będzie to wszystko usunięte. Jakby mnie ta pani wcześniej uprzedziła, to ten problem byłby wcześniej załatwiony. Wszystkiemu winna jest awaria, której my nie wychwyciliśmy od razu - powiedział Jacek Dropek.
Jego zdaniem często dochodzi do podobnej sytuacji przy załadunku trocin. Przy wiejącym wietrze trociny unoszą się w powietrzu i przemieszczają się w różnych kierunkach. Jacek Dropek twierdzi, że również lokalizacja urządzenia nie jest dogodna i podmuchy wiatru z pobliskich pól nie ułatwiają im pracy. Jego zdaniem, siatka założona została z jego dobrej woli, gdyż producent cyklonu nie przewiduje montażu siatki.
- Dobór lokalizacji hali był błędem w sensie takim, że wszystkie hale były zajęte i teraz, żeby uleczyć efekt tego problemu możemy zrobić osłonięcie z planu i wyciągnąć to wyżej do wysokości około 4 m. Częściej musimy kontrolować powstałe awarie. To jest nowa linia, my jesteśmy od czerwca ubiegłego roku. Nie da się przy tych realiach wszystkiego wyeliminować, a lokalizacja nam nie pomaga to jest fakt. Dalece jestem od jakiejś wrogości i wrogich nastawień - dodał Jacek Dropek.
Mówił również, że lokalizacji urządzenia nie jest w stanie zmienić, gdyż będzie to technologicznie niemożliwe, gdyż konieczne byłoby przerabianie całej linii produkcyjnej.
W związku z tym, że Leszek Michalak zawiadomił o problemach z trocinami mogileńską Straż Miejską, spytaliśmy komendanta Mirosława Kussa, czy podjęta została w tej sprawie interwencja ze strony Straży Miejskiej.
Okazało się, że interwencja miała miejsce 3 lutego. - Zgłoszenie było, że na pobliskiej posesji znajduje się jakaś ilość trocin, która wydostała się z pobliskiej stolarni. Potwierdziło się i były ślady trocin, była to już widoczna warstwa. Zrobiona została dokumentacja zdjęciowa i strażnicy udali się do właściciela tej firmy z interwencją, aby trociny nie wydostawały się więcej. Właściciel zapewnił, że na drugi dzień zostanie założony filtr w postaci siatki i on został założony. Była to rozmowa z prośbą. Na ile ten filtr jest skuteczny, trudno jest nam ocenić. Z pewnością utrudnia to życie mieszkańcom - opowiada Mirosław Kuss.
Leszek Michalak poinformował nas, że jeśli problem nie zniknie, to powiadomi jeszcze wydział ochrony środowiska w Urzędzie Miejskim w Mogilnie.
Film w zakładce Filmy.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1148 (7/2014)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze