Reklama

Bez błędu, zgodnie z procedurą

Dyrektor, SPZOZ, Michał Ogrodowicz, Anna Bogdanowicz-Sikorska, rodzice, notatka służbowa, skarga
     Bez błędu, zgodnie z procedurą
    Pediatra Anna Bogdanowicz-Sikorska zaraz po wyjściu młodych rodziców z Dzierzążni przygotowała notatkę służbową. Żałuje dziś, że nie zadzwoniła jeszcze po policję. - Nie ja suma sumarum jestem winna, tylko ona jest winna i jak smarkacze będą ze mną tak zaczynać, to ja im naprawdę to udowodnię - tłumaczyła lekarka reporterowi Pałuk.

     SKARGA DO DYREKTORA
     18 lipca w Pałukach, w artykule Pediatra nie udzieliła pomocy pisaliśmy o sytuacji, jaka spotkała mieszkańców Dzierzążni (gm. Mogilno) Dorotę Czerniak i Pawła Kwiatkowskiego, gdy z chorym 4-miesięcznym synkiem Mikołajem udali się w nocy z 6 na 7 lipca około 0:30 po pomoc do szpitala w Strzelnie. Dyżur na oddziale dziecięcym tego szpitala pełniła wówczas pediatra Anna Bogdanowicz-Sikorska. Przypomnijmy, że rodzice zarzucali pediatrze, że nie chciała udzielić ich choremu synkowi pomocy.
     - Pani doktor wyglądała na złą, że musi w nocy obsługiwać pacjentów (...) Zaczęłam tłumaczyć, że poprzedniej nocy synek miał lekki katar, w dzień było dobrze, ale teraz się bardzo pogorszyło, na co pani doktor nie dała mi dokończyć i rzuciła bezczelnie „Miała pani cały dzień na to, by pójść z dzieckiem do lekarza”, po czym lekceważąco rzuciła „Proszę czekać na korytarzu” i zamknęła mi drzwi przed nosem - dodaje pani Dorota. Potem interweniował jeszcze w gabinecie lekarki ojciec Mikołaja. W końcu rodzice pojechali na pogotowie do szpitala w Mogilnie, gdzie przyjęła ich dyżurująca pediatra Beata Woszczyńska. Po badaniu okazało się, że 4-miesięczny Mikołaj ma zapalenie krtani i potrzebny był zastrzyk, aby poprawić jego stan zdrowia.
     Dorota Czerniak wspólnie z narzeczonym napisali skargę do dyrektora SP ZOZ Michała Ogrodowicza, którą wysłali 11 lipca. W swoim piśmie zaznaczyli, że nie oczekują przeprosin ze strony Anny Sikorskiej, czy wyciągania dalece idących konsekwencji w stosunku do niej: Wiemy, że nie mamy na co liczyć, ale mamy nadzieję, że pan, jako nowy dyrektor SPZOZ w Mogilnie, chociaż zwróci uwagę pani doktor na temat jej zachowania. Bo do tej pory dyrektor Krygier nic nie robił w sprawie skarg pacjentów.
     Przed zamknięciem poprzedniego numeru Pałuk nie otrzymaliśmy odpowiedzi od dyrektora Ogrodowicza. Sprawa była przez niego wyjaśniana. Prosił o kontakt 19 lipca.
     WERSJA LEKARKI
     17 lipca wieczorem, już po zamknięciu numeru, zadzwoniła do nas pediatra Anna Bogdanowicz-Sikorska. Przedstawiła inny przebieg wydarzeń niż nakreśliła to para z Dzierzążni.
     - Pierwszy raz się spotkałam z czymś takim, że ktoś tak mnie podsumował. Może i ja nie byłam zachwycona, ale nie dlatego, że oni przyszli, bo ja wielokrotnie mówię, że dzieci mnie nigdy nie denerwują. Ja nigdy na dzieci nie krzyczę i gdyby nie te dzieci, to ja z ich rodzicami wcale bym nie rozmawiała. Może i ja miałam jakąś groźną, czy smętną minę, ale wysyłałam w tym czasie dziecko, które siedziało za ścianą z opiekunem, do szpitala psychiatrycznego, to nie był powód do radości. Nie naskoczyłam też na rodziców tego dziecka, ale proszę pani, niech mi pani powie jako matka, czy dla dziecka jest optymalny termin przychodzenia w nocy, gdzie trzeba go wybudzić i ubierać.      Widząc, że dziecko spokojnie śpi w nosidełku, powiedziałam, że proszę poczekać, bo ja jestem akurat zajęta. Co innego, gdybym zobaczyła dziecko, które np. by się dusiło, to wtedy też inaczej się postępuje, ale ono sobie spokojnie spało w leżaczku. Powiedziałam, że proszę poczekać, bo lada chwila miała nadjechać karetka. A tu nagle otwierają się drzwi, bez pukania wchodzi tatuś i krzyczy „To przyjmie pani to dziecko, czy nie” Wtedy powiedziałam, że mówiłam już żonie, że przyjmę dziecko, ale proszę trochę poczekać, bo póki co nie mam, gdzie dziecka przyjąć. Wtedy ojciec dziecka krzyczał, że mogłabym się grzeczniej zachowywać. Więc mnie oczy wyszły i pomyślałam, no wiecie co, świat się chyba kończy. Najważniejsza była urażona duma, że nie zostali przyjęci natychmiast. A ona będzie jeszcze pisać, że ja się niegrzecznie zachowuję, a to oni się niegrzecznie zachowali. Ja, jakby czując pismo nosem, nie wiedząc nawet, jak ci państwo się nazywają, sporządziłam notatkę służbową, w której zaznaczyłam, że coś takiego na dyżurze miało miejsce. Ja nawet wtedy chciałam zadzwonić na policję, bo tacy to nie wiadomo co jeszcze wymyślą, ale spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że szkoda mojego czasu, bo nie wiadomo jaka noc przede mną, a trzeba było zadzwonić. Ta matka nie dorosła jeszcze do roli matki, bo normalna kobieta, normalna matka, wykształcona osoba zdaje sobie sprawę z tego, że skoro poprzedniej nocy z dzieckiem coś się działo, to nawet człowiek po czterech klasach szkoły podstawowej zdaje sobie sprawę z tego, że zbliża się kolejna noc i może być jeszcze gorzej. Rzeczywiście z 4-letnim dzieckiem z katarkiem, nie ma co od razu lecieć do lekarza, ale to dziecko miało 4 miesiące i jej zakichanym obowiązkiem było przyjechać w ciągu dnia i sprawdzić, jaki jest stan zdrowia jej dziecka, a nie czekać na to, kiedy ten stan się pogorszy. Tak, że nie ja suma sumarum jestem winna, tylko ona jest winna i jak smarkacze będą ze mną tak zaczynać, to ja im naprawdę to udowodnię - tłumaczyła pediatra Sikorska.  
     NIE ODDZWONIŁ
     19 lipca zgodnie z wcześniejszą umową skontaktowaliśmy się z dyrektorem Ogrodowiczem. I tym razem dyrektor nie udzielił nam odpowiedzi. Mówił: - Nie miałem jeszcze możliwości zapoznania się ze sprawą, bo jeszcze dzisiaj dochodziły wszelkie wyjaśnienia. Poprosił o numer telefonu i zapewnił, że oddzwoni jeszcze tego samego dnia około 15:00.
     Nie oddzwonił.
     ZGODNIE ZE SZTUKĄ LEKARSKĄ
     22 lipca zadzwoniła do nas natomiast wicedyrektor SPZOZ Barbara Buzała, która usprawiedliwiała dyrektora Ogrodowicza. - Jego w tej chwili nie ma, tak, że ja tę sprawę załatwię. Nie chciałabym, żeby wyszło tak, że szef umówiony był na piątek i nie udzielił informacji, ale nie wynikało to z niczego innego, jak po prostu z niemożliwości udzielenia w tym czasie odpowiedzi - usłyszeliśmy.
     23 lipca w gabinecie Barbary Buzały usłyszeliśmy, że Anna Sikorska nie jest lekarzem, który odmawia pomocy.
    Sytuacja zdaniem wicedyrektor wyglądała tak, że w momencie przybycia na oddział rodziny z Dzierzążni, pani Sikorska kończyła procedurę związaną z poprzednim przyjęciem pacjenta. - Był tam załatwiany nagły, pilny transport młodego pacjenta do innego szpitala. Załatwienie w nocy miejsca w innym szpitalu, nie jest rzeczą prostą. Tamten pacjent, tamto dziecko wymagało natychmiastowej interwencji. Dziecko pana Kwiatkowskiego i pani Czerniak było spokojne, ono nie płakało. Ja rozmawiałam zarówno z lekarzem, jak i pielęgniarkami  - powiedziała wicedyrektor Buzała. W dalszej rozmowie przedstawiła przebieg zdarzeń, który w sporządzonej notatce dostarczyła Anna Sikorska i będąca na dyżurze pielęgniarka.
     Przebieg zdarzeń przedstawiony przez Barbarę Buzałę pokrywał się z relacją, którą przedstawiła nam Anna Sikorska. - Świadkiem zdarzenia był również ojciec czekający z dzieckiem, które czekało na pilny transport. Sytuacja nie do końca wyglądała tak, jak tamci państwo to opisali. Rozmawiałam również z lekarką w Mogilnie, owszem tam były początki zapalenia krtani, ale to nie było nic takiego, że trzeba rzucić wszystko i zajmować się tym dzieckiem. Podejrzewam, że gdyby doszło do jakieś konfrontacji opiekuna tego chłopca, który czekał na transport karetki, to myślę, że on potwierdziłby słowa zarówno pielęgniarki, jak i pani doktor - dodała Barbara Buzała.
     Jej zdaniem, Anna Sikorska nie zrobiła nic, co byłoby niezgodne ze sztuką lekarską. Z raportu wynika, że notatkę służbową z całego zajścia doktor Sikorska sporządziła o 0:40, a pacjenta, którego kierowała do innego szpitala przyjęła o 23:50. Natomiast około 1:00 Dorota Czerniak i Paweł Kwiatkowski z synkiem Mikołajem zostali przyjęci w Mogilnie.
     Na zakończenie wicedyrektor Buzała stwierdziła, że nie będzie wyciągniętych żadnych konsekwencji służbowych względem Anny Sikorskiej, bo po zapoznaniu się ze sprawą stwierdzono, że nie popełniła ona żadnego błędu, a tylko zgodnie z procedurą wykonywała swoje obowiązki.

Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1119 (30/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości