Centralnym punktem wiosennej części uroczystości 30-lecia parafii Najświętszej Marii Panny będzie procesja świętych dominikańskich z obrazem Matki Bożej Gankowej z rynku do kościoła, gdzie zajmie miejsce po lewej stronie prezbiterium. Aby przybliżyć uczestnikom i obserwatorom procesji postacie, które pojawią się na trasie z rynku do kościoła, drukujemy dziś artykuł, przedstawiający zakon dominikanów, dominikańskich świętych i kilka słów o obecności dominikanów w Żninie.
Legenda powiada, że pewnej nocy roku 1215 papież Innocenty III miał straszliwy sen: oto bazylika laterańska w Rzymie zaczęła chwiać się w posadach. I już najwyższy pasterz zaczął obawiać się, że gmach Kościoła runie - aż ujrzał, jak pewien mnich podbiega i podpiera bazylikę - i nagle bazylika przestaje grozić upadkiem.
Święty Dominik Hagiografowie nie są zgodni co do tego, kim był ów mnich. Franciszkanie mówią zwykle, że papieżowi przyśnił się święty Franciszek, a dominikanie - że święty Dominik. Ale nie ma co spierać się o szczegóły. Obaj działali w tym samym czasie i obaj przynieśli Kościołowi ducha odnowy, który przemienił jego wnętrze i umocnił przeciw grożącym niebezpieczeństwom.
NIEBEZPIECZEŃSTWA
Zacznijmy od tego, że do XIII wieku nie znano w zasadzie w Kościele zakonów, których głównym zadaniem byłoby działanie wśród ludzi świeckich. Życie "w świecie", poza murami klasztorów, należało wówczas przede wszystkim do tak zwanych dziś księży diecezjalnych, a do klasztoru wstępowało się, aby służyć Bogu modlitwą, kontemplacją i postem, w oderwaniu od grzesznego świata. No i do pewnego momentu ów świat ludzi świeckich - prowincjonalny, spokojny, przeważnie rolniczy, trwający w cieniu klasztorów - można było w jakimś sensie ignorować.
Ale następowały wielkie zmiany. Powstały miasta-metropolie, wielkie skupiska ludzkie, które wyrosły bez przewodników duchowych, prawdziwych przewodników na skalę swojego rozwoju. W tych miastach, jak w wielkich tyglach, zaczęły pojawiać się rozmaite nowe prądy, zjawiska społeczne i intelektualne - życie religijne przeciętnych śmiertelników zostało wystawione na wielka próbę. Pojawiły się groźne dla Kościoła herezje, a wreszcie nawet odrębna religia, głoszona przez tak zwanych katarów, czyli ruch religijny czynny przede wszystkim w południowej Francji.
To wszystko wzbudzało obawy wśród kapłanów i biskupów, którym droga była wiara, ale którzy nie potrafili przekazywać jej skutecznie. Brakowało takich świadków Chrystusa, którzy zarazem znaliby doskonale Pismo Święte i byli przykładem moralności chrześcijańskiej. Pamiętajmy, że wysokie stanowiska kościelne wiązano w tym czasie z poważnymi dochodami, więc wielu wybierało stan duchowny z przyczyn najzupełniej pragmatycznych i prozaicznych. Nie wyłącznie oczywiście, ale przypadki gorszące były na porządku dziennym. A kto chciał realizować najszczytniejsze ideały i reprezentował Chrystusowego ducha, przeważnie szedł do klasztoru i znikał ze świata.
W oparciu o zachowane dokumenty, zwłaszcza powizytacyjne, można opisać prawie dokładnie pierwotną zabudowę posiadłości dominikanów. Ale my rzućmy okiem na jedyny, ocalały w pierwotnym kształcie architektoniczny obiekt, Mieści się on na placu Działowym (nr 6). Ów czworak mieszkalny później, aż do końca XIX wieku, służył jako lazaret, czyli mówiąc współczesnym językiem, był miejskim szpitalem. W latach sześćdziesiątych obecni jego mieszkańcy wymienili stare, małe okna na nowe, bardziej funkcjonalne. Trochę szkoda, aczkolwiek trudno im się dziwić, aby dla satysfakcji turystów mieli ciemne mieszkania. Kształt budynku pozostał niezmieniony, i nawet bez przewodnika łatwo go zlokalizować. Niepozorny ten budynek jest jednym z najstarszych w mieście. (Janusz Księski, „Jeden dzień w Żninie”, 1995) fot. Dominik Księski FRANCISZEK I DOMINIK
Otóż temu stanowi rzeczy przeciwstawili się dwaj święci, zarazem jakże podobni sobie i jakże różni - Franciszek i Dominik. To oni stanęli na czele dwu nowych zakonów, które wzmocniły Kościół. Postanowili bronić wiary i szerzyć ją własnym przykładem, właśnie tam gdzie jest słaba i zagrożona - i wyszli z klasztorów do wielkich miast. Ponadto obowiązkowo postanowili być ubodzy, do tego stopnia, aby niczego nie posiadać na własność i żyć tylko z tego, co użebrzą. Ale tu podobieństwa się kończą, a zaczynają różnice. Franciszek łączył ubóstwo z prostotą: pierwsze pokolenia franciszkanów programowo nie uczyły się, żyły przede wszystkim sercem, wystrzegając się nadmiernej mądrości i inteligencji, aby nie popaść w pychę. Natomiast święty Dominik Guzman (ok. 1171-1221) założenia miał przeciwne. Podróż, jaką odbył ze swojej rodzinnej Hiszpanii do Danii i Rzymu, uświadomiła mu miałkość intelektualną przeciętnego kleru. Zobaczył, że w południowej Francji katarzy i inni heretycy urągają kapłanom, którzy są pozbawieni oręża intelektualnego, a nie mają kogo prosić o pomoc na miejscu, w terenie - bo po mądrość musieliby udać się np. na uniwersytet paryski, a z Paryża nikt się do nich nie pofatyguje i nie zostanie na stałe.
Ta sytuacja zainspirowała Dominika do radykalnego posunięcia: wyrzekł się wszystkiego co miał (a miał intratną posadę kanonika w Osmie), pozostał w Tuluzie i tu, w 1215 roku, powołał nowy zakon, który stał się zaczynem intelektualnej odnowy chrześcijaństwa. Wedle reguły każdy dominikanin miał obowiązek nie tylko być ubogim, ale i pilnym w pracy intelektualnej, musiał poświęcać przynajmniej kilka godzin dziennie na studia. Te studia Dominik podporządkował celowi nadrzędnemu: kaznodziejstwu i nauczaniu. Właśnie głoszenie kazań stało się podstawowym obowiązkiem każdego dominikanina stąd oficjalna nazwa: "ordo predicatorum", w skrócie OP, czyli "zakon kaznodziejski". Pamiętajmy, że tego obowiązku nie mieli wcale duszpasterze diecezjalni, bo zwyczaj niedzielnego kazania wprowadzono o wiele stuleci później tak więc działalność dominikanów stanowiła istotne novum.
Możemy sobie wyobrazić, jak niezwykłą rolę odegrały oba nowe zakony - franciszkański i dominikański - w dziejach Kościoła. Franciszkanie wnieśli pobożność serca, pobożność, którą my nazywamy czasem ludową, a bez której Kościół byłby niezwykle ubogi duchem w dosłownym znaczeniu tego słowa. Ale równie ubogi byłby Kościół, gdyby nie posiadł tego kapitalnego zaplecza intelektualnego, jakie zaoferowali mu dominikanie. Zaś to, że misja dominikanów powiodła się - zawdzięczali oni w wielkiej mierze niezwykłym osobowościom swoich wielkich świętych tego zakonu.
TOMASZ
Po świętym Dominiku - był to przede wszystkim święty Tomasz z Akwinu (ok. 1225-1274), Włoch i arystokrata z urodzenia, który, aby wtąpić do zakonu żebraczego, musiał przezwyciężyć niezwykle silny opór własnej rodziny, traktującej jego decyzję jako rodową hańbę. Przeżył nawet porwanie przez własnych braci. Gdy wreszcie wstąpił w szeregi dominikanów, rozwinął skrzydła i okazał się zarówno geniuszem intelektu, jak tytanem pracy. Za jego czasów dominikanie utworzyli niezwykle silną, dominująca i awangardową grupę wśród wykładowców uniwersytetu paryskiego.
Geniusz Tomasza przejawił się w niezwykłym jak na owe czasy dziele: w „Summie Teologicznej”, a także w sporej ilości innych pism teologicznych. Zajmując się teologią, Tomasz dokonał syntezy całej ówczesnej wiedzy filozoficznej, przyswajając światu zachodniemu myśl Arystotelesa. W ten sposób dokonał przełomu w dziejach filozofii europejskiej. Po raz pierwszy z taką mocą wyraził i udowodnił tezę, że rozum, nawet nie wspomagany Objawieniem, może sam dojść do istnienia Boga. Godząc rozum z wiarą, stworzył system filozoficzny, który do dziś jest uważany za najlepiej odpowiadający duchowości Kościoła Katolickiego. Warto też wiedzieć, że zasady pracy scholastyczej, które swój szczyt znalazły właśnie w Tomaszowej "Summie”, stały się podstawą naszego, nowoczesnego systemu pracy naukowej, wedle którego pisze się do dziś prace magisterskie i doktorskie na całym świecie.
Kościół (kolor czerwony) i klasztor (zielony) Dominikanów wg planu Zygmunta Schmidta, odtwarzającego układ przestrzenny Żnina między XIV a XVI wiekiem (Żnin, 700 lat dziejów miasta) JACEK
Jednocześnie w rozwoju zakonu dominikanów wielką rolę odegrali Polacy. Można nawet powiedzieć, że zakon dominikański to pierwszy w naszej, polskiej historii, naprawdę polski zakon, a święty Jacek (ok. 1200-1257) to bodaj jedyny przed św. Maksymilianem Kolbe polski święty, którego kult rozszerzył się na całą Europę (popularny hiszpański Jacinto i włoski Giacinto, to ni mniej ni więcej właśnie nasz św. Jacek). Pamiętajmy, że inne zakony działające wówczas ( w XIII wieku) na terenie Polski, nie tylko że były kontemplacyjne, odseparowane od ludzi, ale że ponadto jeszcze składały się z zakonników w przytłaczającej większości przybyłych spoza naszego kraju - Włochów, Niemców, Francuzów.
Teraz miało się stać inaczej. Kiedy biskup krakowski Iwo Odrowąż, będąc w Rzymie, poprosił świętego Dominika o przysłanie do Krakowa zakonników, Dominik miał podobno odmówić, tłumacząc, że do Polski może posłać tylko samych Polaków, jeśli oczywiście znajdą się tacy, którzy zechcieliby wstąpić do jego zakonu. I oto obecny przy tej rozmowie krewny Iwona - właśnie Jacek Odrowąż - miał wyrzec historyczne słowa: "Nas poślij”. Nas, to znaczy oprócz samego Jacka jeszcze grupę jego krewnych i towarzyszy. Ponieważ byli już duchownymi, a nawet - jak Jacek - wysoko ustawionymi hierarchami, ich wstąpienie do zakonu i odrzucenie lukratywnych stanowisk miało niewątpliwie posmak sensacji. Po przywdzianiu habitu i przyjęciu reguły, Jacek wrócił do Polski, gdzie zorganizował polską prowincję zakonną i założył wiele nowych klasztorów, m.in. w Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Sandomierzu. Był płomiennym kaznodzieją i niezmordowanym wędrownikiem - zawędrował nawet do Kijowa, gdzie zresztą również założył klasztor.
Tam właśnie, w Kijowie miał zastać go - wedle legendy - najazd tatarski. Uciekając z zagrożonego kościoła, Jacek pochwycił ponoć monstrancję z Hostią i figurę Najświętszej Marii Panny, po czym suchą nogą przeszedł po falach Dniepru na drugi brzeg. I tak odtąd maluje się Jacka i rzeźbi: z monstrancją i figurą Matki Boskiej w dłoniach.
Dzieło, które Święty Jacek po sobie pozostawił, zmieniło oblicze naszego kraju. Dominikanie powiadają, że tak jak święty Wojciech u progu państwa polskiego dawał naszemu narodowi chrzest, podobnie święty Jacek nas „bierzmował” dając Polsce dojrzałą wiarę i własnych intelektualistów.
Ta wiara została rychło doświadczona przez najazd Tatarów, a raczej przez całą serię tatarskich najazdów, które dosięgły nas właśnie wówczas, w połowie XIII wieku. Nic też dziwnego, że życiorysy wielu naszych dominikanów ściśle splotły się z owymi dramatycznymi wydarzeniami. Wedle legendy, błogosławiony Czesław - bliski krewny św. Jacka - bronił swoją modlitwą Wrocławia.
MĘCZENNICY SANDOMIERSCY
A już nie tylko legenda, lecz i badania archeologiczne świadczą o męczeństwie dominikanów sandomierskich. Było ich 49, licząc w tym sandomierskiego przeora Sadoka. Zamieszkiwali nowo zbudowany, zachowany do dziś, późnoromański klasztor z przepięknym kościołem pod wezwaniem św. Jakuba. Kiedy pod Sandomierzem pojawili się Tatarzy, miasto próbowało się bronić. Rozwścieczeni najeźdźcy, gdy wreszcie udało im się sforsować wały, puścili z dymem cały Sandomierz, wyrzynając większość mieszkańców. Dominikanów zastali w kościele i dokumentnie wymordowali. Ponoć bracia umierając śpiewali hymn „Salve Regina”, a dusze ich udawały się - jak głosili ci, którzy to widzieli - w wielkiej, brzmiącej muzyką procesji, do bram nieba, pod opieką Matki Boskiej. Natychmiast po tej rzezi kult błogosławionych męczenników sandomierskich rozszerzył się na całą Polskę, i trwa do dzisiaj.
KATARZYNA ZE SIENY
Wróćmy na chwilę do historii europejskiej. Minął "wiek katedr" - wiek XIII - i zagrożenie ruchem tatarskim należało już do przeszłości, gdy okazało się, że największym niebezpieczeństwem dla Kościoła mogą być... sami chrześcijanie. Rozbieżności co do osoby wybranego papieża, wojny pomiędzy papieżem a miastami włoskimi, wreszcie zaś niewola awiniońska papieży, czyli czasowe przeniesienie stolicy papiestwa z Rzymu do Awinionu, w strefę wpływów monarchii francuskiej - oto problemy, które targały chrześcijańską Europą w stuleciu XIV.
To stulecie wydało bardzo wielu świętych i błogosławionych, którzy musieli zabrać głos wobec palących problemów politycznych - i czynili to bardzo rozmaicie. Jednak wśród nich wszystkich największą chyba popularność i znaczenie zyskały postacie świętych i uczonych dziewic - świętej Brygidy Szwedzkiej i świętej Katarzyny Sieneńskiej. Interesuje nas oczywiście Katarzyna (ok. 1347-1380), jako że była dominikanką. Urodzona w rodzinie mieszczańskiej w Sienie, zanim jeszcze wstąpiła do klasztoru, odrzucając zamęście (a uczyniła to w wieku lat 13!) doznawała niezwykłych, proroczych wizji.
Dominikanki były i są zgromadzeniem kontemplacyjnym, nie jest ich zadaniem głoszenie kazań, lecz modlitwa. A jednak osobowość Katarzyny rozsadziła ramy klasztorne i objawiła się właśnie w działaniu. Jednocześnie jednak siły czerpała z modlitwy i to tak żarliwej, że otrzymała stygmaty - czyli samoistne rany, które otworzyły się na jej ciele w miejscu ran Chrystusa - nosiła je potajemnie aż do samej śmierci, kiedy to dopiero je odkryto. Mimo że była półanalfabetką (swoje listy i dzieła dyktowała), okazała się niezwykłym teologiem - zapewne właśnie dzięki modlitwie. Rychło mądrość jej stała się znana i wielu ludzi udawało się do niej po radę. Zaś cały świat poznał jej imię, gdy śmiało wysłała list do kardynałów zgromadzonych wokół papieża, w którym żądała odnowy Kościoła.
Nawoływała do powszechnego pokoju wśród chrześcijan i odzyskania wspólnymi siłami Ziemi Świętej. Pragnęła, aby papież powrócił z Awinionu do Rzymu, co się zresztą rychło stało. Głosząc swoje idee, przemierzała Włochy i Francję. Niestety, jej niespożyta energia nie zdołała uzdrowić czasów i ludzi.
Umierała w wieku zaledwie 33 lat, widząc daremność wielu swoich starań. Pozostawiła jednak wielkie dzieła - przede wszystkim "Dialogi" - zapis mistycznych wizji, w których rozmawiała z samym Jezusem. Teologiczna głębia pism Katarzyny - mimo ich niebywałej czułości i kobiecej delikatności - sprawiły, że papież Paweł VI ogłosił ją "doktorem Kościoła" jest też ona, właśnie z racji swojej działalności na niwie publicznej, patronką Europy.
WIEK DWUDZIESTY
Już te przykłady by wystarczyły, aby ukazać odrębność dominikańskiej duchowości w dziejach Kościoła - oraz w dziejach Polski. Dominikanie tworzyli i nadal tworzą wielkie, intelektualne podstawy naszej wiary. Przykłady sławnych i wybitnych dominikanów możnaby pomnażać i pomnażać, nie o to tutaj jednak chodzi. Warto za to wskazać jeszcze i postaci współczesne, które wywodząc swoją duchowość od świętych Dominika i Tomasza, odegrały wybitną rolę w świecie współczesnym, a niekiedy zostały uznane przez Kościół za błogosławionych i świętych.
Taką niezwykłą duchowością i autorytetem promieniał w latach międzywojennych ojciec Jacek Woroniecki. Intelektualistą światowego formatu był ojciec Innocenty Bocheński, filozof, rektor uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii. Żyjących obecnie dominikanów nie będę wymieniał, wystarczy powiedzieć, że wiele postaci naszej obecnej elity intelektualnej (i politycznej - aczkolwiek tu nie zawsze jest się czym chwalić) wywodzi się ze środowiska dominikańskich duszpasterstw i grup modlitewnych. Papież w ostatnim czasie beatyfikował dwie osoby ściśle z tymi kręgami związane: błogosławioną Julię Rodzińską, męczennicę z obozu koncentracyjnego w Stutthoff, wychowankę i kierowniczkę Domów Dziecka, oraz błogosławionego Michała Czartoryskiego - architekta, a podczas wojny kapelana powstańczego szpitala w Warszawie, który wraz z chorymi został zamordowany przez hitlerowców.
LEDNICA
Dziś najbliższym Żninowi miejscem, w którym działają dominikanie jest Poznań, a właśnie zbliża się noc corocznego czuwania na lednickim polu, noc z 7 na 8 czerwca. Żniński sztab, przygotowujący wyjazd na Lednicę mieści się w zbudowanym na dominikańskim fundamencie kościele Matki Bożej Królowej Polski. O zapisach i szczegółach przygotowań napiszemy za tydzień.
Dominikanie są do dziś jednym z najważniejszych w Polsce zakonów. Są zakonem intelektualistów, którzy nadal głoszą sławne średniowiecze hasło, przyświecające już Dominikowi i Tomaszowi: fides quaerens intellectum - wiara poszukująca zrozumienia. Bez dominikanów byłoby trudniej, choć i z nimi jest niełatwo. Prostaczkom franciszkańskim groził przede wszystkim brak rozumu, dominikanie z kolei są wystawieni na pokusę pychy, pychy ludzi uczonych. Przed pychą strzegą ich właśnie przykłady i orędownictwo ich wielkich świętych - świętych pokornych. Ponoć ulubioną modlitwą św. Dominika był Różaniec, modlitwa pokornych.
Jacek Kowalski
Źródło m.in. Legendy dominikańskie,
przełożył i opracował Jacek Salij OP, Poznań 1982
Pałuki nr 584 (17/2003)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze