Reklama

Firmy pogrzebowe kopią pod sobą dołki

Lekarz Mahmud Totongi mówi, że w Strzelcach „żarówka była za mała”. Twierdzi, że nic nie widział a on nie będzie wypisywał aktu zgonu przy latarce, dlatego rodzina musiała przyjechać do siedziby pogotowia.

      fot. Paweł Lachowicz

Julian Lebryk, firmy pogrzebowe, Jarosław Konieczny, dyspozytornia, szpital, lekarz
     Firmy pogrzebowe kopią pod sobą dołki
    Firma Jarosława Koniecznego oskarża firmę Juliana Lebryka o to, że na rynku powiatowym przejmuje część pochówków, dlatego, że żona właściciela Małgorzata Lebryk pracuje w dyspozytorni pogotowia ratunkowego szpitala w Mogilnie. Ma to się odbywać w ten sposób, że na przykład lekarz Mahmud Totongi nie wypisuje aktu zgonu w domu zmarłego - tłumacząc to zepsutym długopisem lub zbyt ciemnym pomieszczeniem - tylko zaprasza do siedziby pogotowia. Tam rodzina ma być przejmowana. Mahmud Totongi mówi: - To jest bzdura. Julian Lebryk dodaje: -  Ja jestem czysty. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Małgorzata to siostra Jarosława z konkurencyjnej firmy.

     BRAT I SIOSTRA
     Od pewnego czasu do naszej redakcji docierały informacje o waśniach, tarciach i walkach podjazdowych między firmami świadczącymi usługi na mogileńskim rynku usług pogrzebowych. Padają najcięższe zarzuty. Dotyczy to dwóch związanych ze sobą rodzinnie mogileńskich zakładów: firmy Jarosława Koniecznego oraz firmy jego szwagra Juliana Lebryka. Jego żona, a siostra Jarosława Koniecznego pracuje w dyspozytorni pogotowia ratunkowego w Mogilnie. Julian Lebryk, zanim otworzył swój prywatny zakład pogrzebowy, pracował u ojca Jarosława Koniecznego - Zenona. Miało tam jednak między panami dochodzić do nieporozumień, więc Julian Lebryk otworzył własny zakład pogrzebowy. Kolejny taki zakład, to konkurencja dla już istniejących na mogileńskim rynku. Jasne się stało, że w zakładzie pogrzebowym Jarosława Koniecznego, który po chorobie ojca Zenona przejął prowadzenie firmy, zmniejszyła się liczba pochówków.

Właściciel Zakładu Pogrzebowego Julian Lebryk i jego żona Małgorzata, pracująca w dyspozytorni pogotowia ratunkowego

Reklama

     fot. Paweł Lachowicz

     PO TELEFONIE ZAPADŁA CISZA
     Opowiedziano nam historię, która miała wydarzyć się 1 października w Strzelcach (gm. Mogilno). Jeszcze przed przyjazdem lekarza, rodzina miała zadzwonić do zakładu pogrzebowego Jarosława Koniecznego, aby skorzystać z jego usług. Jednak 3 godziny później okazało się, że mieszkańcy Strzelec pochówek mają już ustalony z inną firmą pogrzebową - Juliana Lebryka.
     Nasz rozmówca twierdzi, że firma Lebryka może być w sytuacji uprzywilejowanej ze względu na miejsce pracy jego żony. Podobna sytuacja ma mieć miejsce według naszego rozmówcy najczęściej wtedy, gdy na stwierdzenie zgonu do domu zmarłego przyjeżdża lekarz Mahmud Totongi. Jak usłyszeliśmy, często zdarza się, że ten lekarz nie chcąc w domu nieboszczyka wystawić zaświadczenia o zgonie, miał tłumaczyć się niepiszącym długopisem lub zbyt ciemnym oświetleniem pomieszczenia i kłopotami z wypełnieniem dokumentów. Tym samym miał przekonywać rodziny do przyjazdu na pogotowie w celu wypisania dokumentu. Wówczas pełniąca dyżur na pogotowiu Małgorzata Lebryk miała namawiać na wzięcie usługi zorganizowania pogrzebu przez zakład pogrzebowy jej męża.
     KONIECZNY POTWIERDZA
     Najpierw sprawdziliśmy te informacje w zakładzie pogrzebowym Jarosława Koniecznego.
     Tam usłyszeliśmy: - Zadzwonił klient ze Strzelec o 4:50, przedstawił się i powiedział, że zmarł mu brat Wiesław i chciał, by wszystko pozałatwiać. Powiedzieli, że było to godzinę wcześniej, a lekarz ma później przyjechać. Powiedziałem, że jak przyjedzie lekarz, to proszę, żeby zadzwonili dopiero po jego wizycie, to pojedziemy zabrać ciało i wszystko załatwimy. Czekałem potem i czekałem. Gdy minęła 7:00, zadzwoniłem i spytałem się, czy można już załatwiać wszystko w sprawie i czy można przyjechać i zabrać ciało. Wtedy usłyszałem: „Muszę pana przeprosić, przyjechał doktor i powiedział, że jak nie weźmiemy innego zakładu, to karty zgonu nie wypisze”. Spytałem się, jaki był lekarz. Powiedział, że Totongi, i że wzięli zakład Lebryka - usłyszeliśmy od Jarosława Koniecznego.
     NIE PRACUJE W ZAKŁADZIE POGRZEBOWYM
     Rozmawialiśmy z lekarzem Mahmudem Totongi.
     - Nie myślę o czymś takim i nie mieszam się w te sprawy, i nie chcę odpowiadać. Ja nie mam czasu na to. Ja codziennie przyjmuję po 60 osób i przychodzę zmęczony. Nie mam czasu na coś takiego. To jest bzdura. Czy ja pracuję w zakładzie pogrzebowym? Ja się takimi rzeczami nie zajmuję i jeżeli dostajecie takie informacje, to jest mi przykro. Robią tak, żeby zrobić komuś czarną plamę. Tak oczerniać ludzi. A jak się znamy i tu pracuję, to mam z nią nie rozmawiać [chodzi o Małgorzatę Lebryk - przyp. pal], czy z jej mężem, jak przychodzi do mnie się leczyć. Ja mam dobrą opinię, jestem lekarzem i nie pozwolę zszargać mojej opinii. Bzdurą jest pisać takie coś w „Pałukach” - usłyszeliśmy.
     ŻARÓWKA BYŁA ZA MAŁA
     Lekarz potwierdził nam jednak, że rzeczywiście był w Strzelcach
     1 października stwierdzić zgon, lecz zaprzeczył, aby nie chciał wypisać dokumentu i namawiał rodzinę do wzięcia usługi w Zakładzie Pogrzebowym Juliana Lebryka.
    Potwierdził jednak, że nie wypisał tam aktu zgonu, bo było słabe światło. Przedstawiciel rodziny ze Strzelec musiał tym samym przyjechać do Mogilna, do siedziby pogotowia ratunkowego.
     - U nich w domu nie było światła z góry i nie miałem możliwości wypisać dokumentu. Nie widać, jak będę pisał i powiedziałem, że jestem do siódmej w pogotowiu i proszę przyjechać, to wypiszę akt zgonu. Nic nie było widać, absolutnie nic, żarówka bardzo mała, a jak nie widać, to nie będę pisać przy latarce, to jest w końcu dokument. Nie pisałem aktu przez wzgląd na widoczność. Przyjechali i tu pisałem akt zgonu. Zawsze jest ludzi dużo za i ma się dużo przeciwników. Ja nie biegam, żeby sobie zarobić, bo chwała Bogu zarabiam bardzo dobrze. Pracuję w przychodni i mam dyżury, i mnie na kawałek chleba nie brakuje. Jeżeli ktoś zajmuje się takimi sprawami, to jaki sens mają. Mnie to nie obchodzi i to nie mój cel w życiu, mój cel to praca tutaj - dodał Mahmud Totongi.
     O zbieraniu przez nas informacji dowiedział się właściciel firmy Lebryk - Julian Lebryk. Zadzwonił do reportera z pretensjami. Pytał, czego tak węszymy, psując tym samym, jak mówił, jego opinię.
     REPORTER TO NIE FIRMA POGRZEBOWA
     Próbowaliśmy ustalić, jak to się właściwie stało, że rodzina ze Strzelec po wizycie lekarza jednak zrezygnowała z usług firmy Koniecznego, tylko przerzuciła się na firmę Lebryka.
     Marek Górski, brat zmarłego w Strzelcach, w rozmowie z naszym reporterem powiedział, że już nie pamięta jak to było z wypisaniem aktu zgonu oraz załatwianiem Zakładu Pogrzebowego. - Ja pilnowałem umierającego brata trzy dni. Byłem śpiący i przemęczony, i tyle - mówi.
     Gdy zapytaliśmy go, czy ktoś polecał mu konkretną firmę pogrzebową - zaprzeczył. Powiedział również, że sprawy pogrzebowe załatwiał jego brat. - Nie wiem dokładnie, bo wychodziłem co rusz. Brat dzwonił nawet z mojego telefonu, ja wychodziłem zobaczyć na drogę - tłumaczył Marek Górski.
     W pewnym momencie, gdy poprosiliśmy go o numer telefonu do jego brata, Marek Górski - chociaż wcześniej mu się przedstawiliśmy - myślał, że rozmawia z konkurencyjną firmą pogrzebową.

Reklama

Firma Jarosława Koniecznego (na zdjęciu) na prośbę rodziny miała jechać wcześnie rano do Strzelec zorganizować pochówek. Pojechała firma Juliana Lebryka. Rodzina nie wie, jak to się stało 

        fot. Joanna Świetnicka

     - Panie, to było ino roz, a wy jak macie na pieńku, to nas nie wtykejta do jakiś zagrywek. Jak jest wasza sprawa, to wy się kłóćta, czy sądujta [wypowiedź oryginalna - przy. pal] - usłyszeliśmy od Marka Górskiego.
     Gdy wytłumaczyliśmy mu, że nie jesteśmy z konkurencyjnego Zakładu Pogrzebowego, a dzwonimy z tygodnika Pałuki, nasz rozmówca powiedział: - To niech pan nic nie pisze najlepiej. Piszeta te wypracowania. Tyle opisujeta, cudujeta. Czytom „Pałuki”, a to jest ich sprawa. A to chyba nie jest tak, jak w Łodzi było, że skórkę sprzedawanie czy coś. Bratu nie pomagali nic żadni lekarze, żadne łapiduchy nie pomagali bratu umrzeć. A przecież on w szpitalu nie umarł. Ja plotek na ten temat nie będę siał. I niech pan nie cuduje za dużo, bo ja pana oskarżę, że pan teraz naciąga.
     Zadzwoniliśmy również na otrzymany od niego numer telefonu, do jego brata Pawła Górskiego. Gdy spytaliśmy, czy ktoś proponował im usługi konkretnej firmy pogrzebowej, powiedział: - Ja nie wiem nic na ten temat, bo mnie przy tym nie było akurat w tym momencie.
     KOPANIE DOŁKÓW
     Julian Lebryk mówi reporterowi, że słyszał o tym, iż ludzie na jego temat i działania jego Zakładu Pogrzebowego rozmawiają. Stanowczo jednak zaprzeczył, by ktokolwiek naganiał mu klientów.
     Spytaliśmy go w takim razie, jak było z tym pochówkiem w Strzelcach. - Strachu i pieniędzy, ja nigdy nie miałem za dużo. Ja nie wiem jak, bo ja tylko dostałem telefon. A jak jest telefon, to się jedzie - mówi.
     W sprawie pochówku w Strzelcach Julian Lebryk stwierdził, że było to najzwyklejsze zgłoszenie. - Zadzwonił do mnie brat zmarłego ze Strzelec, pan Marek. Ja tylko słyszałem, bo mnie tam nie było, ale podobno spotkały się tam dwie pogrzebówki na zwózce. Ludzie tak mówili. Ja tam nie byłem, tylko tyle co chłopacy mi mówili, że ponoć tam jest bieda jak smok. Ciemno i zimno - dodał Julian Lebryk.
     Spytaliśmy Juliana Lebryka czy Mahmud Totongi poleca rodzinom zmarłych jego firmę i czy ma jakiś związek z tym lekarzem, czy zamieszana jest w tę sytuację jego żona Małgorzata. - Zapewne ludzie kojarzą sobie w ten sposób, dlatego, że moja żona pracuje w pogotowiu. Ale jaki ja mogę mieć związek z doktorami. Nigdy czegoś takiego nie było i nie ma. A, że ktoś coś powie. Ja wiem, że to szwagier pode mną dołki kopie już dawno. Jest to takie podejście, że żona w szpitalu pracuje i dostanie telefon. Doktora się spyta. Jak ja mogę z doktorem gdzieś tam coś, nie wiem. Żona pracuje, to żona go zna, a ja dzień dobry i koniec. Też idę do doktora jednego, czy drugiego, bo również człowiek choruje - powiedział nam Julian Lebryk.
     Spytaliśmy, czy z usług doktora Mahmuda Totongi również korzystał i czy był u niego kiedykolwiek. - Idzie się do lekarza w zależności co dolega, a to korzonki, a to kręgosłup i u doktora Mahmuda Totongi również byłem. Bo jak się idzie do doktora, to się zna wszystkich doktorów, bo przecież mieszka się tutaj nie od pięciu lat, tylko od dwudziestu. Ja jestem czysty i wywiad możemy zawsze zrobić, nie ma problemu - dodał Julian Lebryk.
     ŚREDNIA POGRZEBOWA
     Podczas przygotowywania tego artykułu spróbowaliśmy dotrzeć do informacji, jak wygląda średnia miesięczna statystyka pochówków.
     Ustaliliśmy, że Zakład Pogrzebowy Jarosława Koniecznego średnio w miesiącu obsługuje około 15 pogrzebów. Natomiast zakład Juliana Lebryka w miesiącu obsługuje często od 4 do 6 pogrzebów. W tym roku najwięcej pochówków odnotował w maju, kiedy obsługiwał 12 pogrzebów, za to na przykład w czerwcu obsługiwał tylko 3 pogrzeby.
     - Mi na ZUS starczy i się jakoś żyje. Wiadomo, że chciałoby się mieć więcej, ale nie od nas to zależy - tłumaczył reporterowi Julian Lebryk.
     USTNIE OD DYREKTORA
     Z naszych informacji wynika, że o procederze wskazywania przez pracowników pogotowia usług konkretnego zakładu pogrzebowego poinformowany został dyrektor SP ZOZ Michał Ogrodowicz.
     Lekarz Mahmud Totongi w rozmowie z reporterem przyznał, że dyrektor Ogrodowicz poinformował ustnie pracowników pogotowia ratunkowego, iż nie mogą polecać rodzinie zmarłych usług żadnej firmy pogrzebowej. Dyrektor miał powiedzieć, że gdy dojdzie do takich sytuacji, to on będzie wyciągał konsekwencje.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1132 (43/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości