Reklama

Ksiądz zaatakował reportera przed blokiem

Uchwyciliśmy moment, gdy rezydent parafii klasztornej w Mogilnie ks. Jan Buczkowski ruszył z groźbami w kierunku naszego reportera

      fot. Paweł Lachowicz

Mogilno, ks. Buczkowski, reporter, groźby, blok
      Ksiądz zaatakował reportera przed blokiem
     Rezydent parafii klasztornej w Mogilnie ks. Jan Buczkowski najpierw splunął. Potem ruszył w kierunku reportera i krzyczał: - Mogę teraz panu wypieprzyć. Mogę panu nawet dać wj...b. Wszystko przez artykuł w Pałukach o możliwym odejściu z parafii ks. dziekana Andrzeja Panasiuka.

      21 listopada w Pałukach ukazał się artykuł Odchodzi ks. Panasiuk, przychodzą kapucyni. Wokół możliwego odejścia ks. dziekana zrobił się od tego momentu w Mogilnie bardzo duży szum, artykuł był szeroko i bardzo różnie komentowany.
      Obok na stronie 10 piszemy o liście otwartym, pod jakim oburzeni parafianie na publikację w Pałukach mogli składać podpisy.
      Proboszcz mogileńskiej parafii klasztornej ks. Andrzej Panasiuk w ogłoszeniach duszpasterskich w niedzielę, 1 grudnia mówił m.in. w kontekście zamieszania wokół parafii: Proszę, by nie kierować oskarżeń pod adresem inaczej myślących. Pielęgnowane poczucie krzywdy zawsze niszczy nas samych. Proszę jednak, by pohamować emocje wyzwolone przez ostatnie okoliczności dotyczące parafii.
      Nie wiemy, do kogo proboszcz kierował swe słowa.
      Być może miał na myśli to, co wydarzyło się 10 dni wcześniej, 22 listopada. Wtedy reporter naszej gazety został zaatakowany przez rezydenta parafii klasztornej ks. Jana Buczkowskiego. Stało się to następnego dnia po ukazaniu się wspomnianego artykułu. Zachowaliśmy w wypowiedziach ks. Buczkowskiego oryginalne słownictwo.
      Nieprzyjemne zajście miało miejsce przed blokiem na osiedlu, na którym mieszka zarówno reporter Pałuk jak i ks. Buczkowski. Wychodząc z bloku reporter zobaczył przechodzącego obok klatki schodowej ks. Jana Buczkowskiego. Ten, gdy tylko spostrzegł reportera, zawrócił, zaczął wykrzykiwać i obrażać. Najpierw jednak splunął na ziemię i powiedział reporterowi, że może go uderzyć.
      - Mogę teraz panu wypieprzyć. Mogę panu nawet dać wj...b - krzyczał rezydent Buczkowski.
      Gdy reporter mówił, że nie wie o co chodzi, usłyszał: - O to, że jesteście głupie. Nikt nie życzy sobie z wami rozmawiać, a wy piszecie to.
      W ten sposób prawdopodobnie odniósł się do ostatniego zdania w artykule i słów ks. dziekana Andrzeja Panasiuka, który nie chciał komentować informacji, do których dotarła nasza redakcja związanych z dalszym funkcjonowaniem mogileńskiego klasztoru. Reakcja rezydenta Buczkowskiego, który widząc, że reporter włączył rejestrator dźwięku w telefonie i uśmiechnął się, była zaskakująca.
      - Śmiać się? Dwa diabły u góry już nad wami dobre piekło pieczą. Za kłamstwa. Bo tylko tak mogę powiedzieć. I to jest przeciwko Duchowi Świętemu Pan nie wie o tym, a ja redaktorów pozbyłem się w parafii Świątkowo. A teraz dalej. Biednych brać do siebie, a nie żeby do mnie przychodzili po 2 zł czy 5 zł. Tak. Ja odpowiadam, że wy jesteście od tego - mówił.
      Gdy ks. Buczkowski wyrzucał tak z siebie swoje żale, reporter nie wdawał się w dyskusję, tylko stał i słuchał. W dalszym monologu rezydent zarzucił Pałukom, że one są winne temu, iż do Mogilna nie przychodzą przedsiębiorcy i z tego powodu nie ma pracy dla mieszkańców.
      - Ale macie osiągnięcia w Mogilnie, że nikt tu nie przyjdzie z pracą, zakładem ani niczym. Jak przeczyta was, to ma was dosyć. Ludzie muszą jeździć po świecie do pracy, bo „Pałuki” muszą istnieć i trzeba kłamać - mówił.
      Stoicki spokój reportera irytował księdza rezydenta. - Pan nie rozumie, bo przecież kłamcę diabeł rozumi. Ino się umie wyśmiewać i podśmiechiwać - komentował ksiądz rezydent.
      Reporter zasugerował, że to, o czym mówi ks. Buczkowski, nie ma nic wspólnego z opublikowanym artykułem dotyczącym parafii klasztornej. Tłumaczył, że my napisaliśmy tylko o możliwym przyjściu zakonu kapucynów i o tym, że ks. Panasiuk nie chciał udzielić nam informacji.
      - A to, że pan pisze ostatni artykuł. Nie życzy sobie z panem rozmawiać, bo ma prawo do tego, tak jak ja sobie nie życzyłem. Za kłamstwa. Za kłamstwa, a resztę spotkamy się w sądzie ze społeczeństwem mogileńskim - mówił.
      Zupełnie niespodziewanie w tym momencie ks. Buczkowski zaczął mówić o długach ks. Panasiuka.
      - Ks. Panasiuk ma duże długi, a wy możecie je zapłacić. Za wasze jemu niepozwolenie tu zdobycia zaufania czy innych rzeczy...
      Ks. rezydent dodał: - Nie będę dyskutował, bo ja pana „Pałuk” w ogóle nie kupuje i zwalczam to cholerstwo od kupy lat, żeby to nie istniało. Z ludzi się wyśmiewam, którzy kupują „Pałuki”. I począwszy od pana Chudzińskiego świętej pamięci Stanisława, który was wypieprzył. Niech pan idzie, czy sprzedacie „Pałuki” w księgarni. Niech pan idzie teraz do Jacka, czy panu kupi „Pałuki”. Testament pozostawił ojciec taki, że powiedział co swoje, tak jak ja. Więcej jest nas, takich jak ja. Nie czytamy, nie kupujemy, ale też nie pozwalamy się obrażać - twierdził ks. Jan Buczkowski.
      W dalszej rozmowie rezydent próbował straszyć reportera psychiatrą. Twierdził, że pójdzie do swojego lekarza i powie mu, że został przez reportera wytrącony z równowagi. - Przepraszam, że tak się uniosłem (...) Zaraz pójdę do psychiatry i powiem, że pan mnie tak wyprowadził ze stanu - kontynuował swoją wypowiedź.
Cały czas wspominał o jakiejś rozprawie toczącej się od lat w sądzie w Żninie i sugerował, że trzeba ją skończyć, bo inaczej byłby nazwany przez Pałuki pieniaczem. Twierdził również, że redaktorzy są bezczelni.
      W tym czasie z okna bloku, w którym mieszka rezydent, zaczęła nawoływać go kobieta.
      - Widzi pan ludzie krzyczą, żebym z panem w ogóle nie dyskutował - mówił.
      Była to jednak konkretna osoba, a nie ludzie. Reporter znał tą kobietę. Ks. Buczkowski często samochodem jeździ z nią na wspólne zakupy do marketów. Gdy reporter powiedział, że wie co to jest za osoba i wie jakie łączą ich relacje, rezydent ironizował: - Ale pan wszystko wie? Niech pan sobie nagra. Z takim chamem, co zwraca się do księdza per pan nigdy nie życzę sobie rozmawiać. Zaraz pójdę do prokuratury. Więc do widzenia panu.
      Rezydent zakończył rozmowę i odszedł.
      Ksiądz Jan Buczkowski rzeczywiście nie kupuje Pałuk, ale często jest widziany, jak od pierwszej do ostatniej strony czyta nasza gazetę w jednym z marketów w Mogilnie.
      Na drugi dzień, 23 listopada dowiedzieliśmy się, że ks. Buczkowski chodził w klatce schodowej bloku, gdzie jest mieszkanie reportera.
      - Wielebny was szukał - usłyszeliśmy od jednego z sąsiadów.

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1138 (49/2013)

Reklama

 

 

Komentarz

      Sam pielęgnuje w sercu urazę

      Ostatnie spotkanie z rezydentem mogileńskiej parafii klasztornej, ks. Janem Buczkowskim, wprowadziło mnie w osłupienie. Bardzo niegrzeczne, a nawet wulgarne zachowanie księdza, tym bardziej mnie zaskoczyło, że do tej pory nie spotkałem się z takim agresywnym zachowaniem żadnego z księży. Wiedziałem, że ks. Buczkowski potrafi wzniecić awanturę o byle co, ale nie sądziłem, że może być aż tak agresywny.
      Przypominam sobie sytuację, która miała miejsce kilka lat temu w mogileńskim PoloMarkecie, kiedy to ks. Buczkowski zrobił wielką awanturę kasjerce, która poprosiła go, żeby na dziale warzywnym zważył nałożone wcześniej winogrono. Kasjerka powiedziała do księdza, że winogrono powinien pan zważyć na stoisku warzywnym. Te słowa bardzo zirytowały wówczas ks. Buczkowskiego, który podniósł larum nie dlatego, że zwrócono mu uwagę, że przed podejściem do kasy powinien zważyć winogrono, ale wykrzykiwał, że jest księdzem i nie życzy sobie, aby pani zwracała się do niego na pan. Nie dziwię się ekspedientce, nie musiała znać ks. Buczkowskiego, a tym bardziej nie musiała wiedzieć, że jest księdzem.
      Proboszcz parafii klasztornej ks. Andrzej Panasiuk może być dumny, że ma takiego zagorzałego obrońcę. Ale, czy takie zachowanie przystoi księdzu? Uważam, że nie.
Po przybyciu do Mogilna i na probostwo do klasztoru ks. Andrzeja Panasiuka dużo się zmieniło. Szkoda, że nie na lepsze. Z sentymentem wspominam czasy, kiedy na niedzielne spacery rodzice zabierali dzieci na klasztorny wirydarz i przesiadywali w słońcu przy zabytkowej studni. Teraz jest to niemożliwe. Wrota na wirydarz są zamknięte, bez zgody proboszcza Panasiuka nikt tam nie wejdzie o dowolnej porze.
      Miałem też okazję uczestniczyć w różnych sytuacjach związanych właśnie z klasztorem i konkretnie z osobą ks. Panasiuka. Nie zapomnę jego słów wypowiedzianych do mnie, podczas zbierania materiału do artykułu o pracach konserwatorskich wykonywanych w klasztorze. Ks. Panasiuk powiedział mi wówczas, że z kościoła on mnie wyrzucić nie może, ale żadnych informacji mi nie udzieli o postępach prac konserwatorskich. Artykuł napisałem rozmawiając wcześniej z pracownikami i konserwatorami.
      Ks. Panasiuk skutecznie robił wszystko, by zniechęcić nas do pisania czegokolwiek o klasztorze, chociaż pieniądze na remonty nie pochodziły z własnej kieszeni księdza, tylko od parafian, gminy, starostwa, konserwatora zabytków, czy Urzędu Marszałkowskiego, czyli pieniędzy nas wszystkich.
      Cały czas zastanawiałem się, dlaczego ks. Panasiuk jest tak bardzo uprzedzony do naszej gazety. Podczas jeden z niedawnych rozmów powiedział mi, że ma uraz do Pałuk od 15 lat. Twierdził, że 15 lat temu Pałuki go skrzywdziły i dlatego nie życzy sobie rozmów i udzielania informacji do naszej gazety. I tutaj nasuwa się pytanie. Czy osoba, która przez tyle lat trzyma uraz w sercu i go pielęgnuje, jest na pewno na swoim miejscu?  
      Sądzę, że ksiądz powinien przede wszystkim być człowiekiem i powinien nas wszystkich uczyć, jak powinno się przebaczać. W tych akurat obu przypadkach, ks. Buczkowskiego (który pamięta Pałukom artykuł o wycięciu drzew na cmentarzu w Świątkowie z marca 1994! roku) i ks. Panasiuka, obaj księża jako duszpasterze nie wiedzą, co to przebaczenie. Jakże znamienne słowa wypowiedział w ostatnią niedzielę ks. Panasiuk do parafian: Pielęgnowane poczucie krzywdy zawsze niszczy nas samych. Czyżby ks. proboszcz mówił o sobie samym? Myślę, że tak, gdyż właśnie księdza proboszcza życie zatruwa pielęgnowana w sercu od 15 lat uraza do Pałuk.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1138 (49/2013)

 

 

Komentarz

      Prawda istnieje

      Któż by przypuszczał, że 20 lat (bez trzech miesięcy) po napisaniu przeze mnie artykułów dotyczących nielegalnej wycinki drzew w Świątkowie, zostanie to wypomniane mojemu pracownikowi? „- Pan nie wie o tym, a ja redaktorów pozbyłem się w parafii Świątkowo.” - powiedział kilka tygodni temu Pawłowi Lachowiczowi ks. Jan Buczkowski. W roku 1994 Pałuki w Mogilnie się jeszcze nie ukazywały, więc nasi czytelnicy nie znają kontekstu tej wypowiedzi. Ja jednak doskonale pamiętam tę historię.
      PIERWSZY ARTYKUŁ
      W redakcji dzwoni telefon. Mieszkaniec Świątkowa informuje nas o ogołoceniu cmentarza z drzew. Rysuje apokaliptyczny obraz zniszczenia cmentarza, poprzewracanych w trakcie wycinki nagrobków, dewastacji przyrody i miejsca spoczynku swej rodziny.
      Najpierw kontaktujemy się z leśniczym. Cztery drzewa padły legalnie. Proboszczowi, który argumentował, iż zagrażają one bezpieczeństwu, wydano decyzję na wycinkę jesionu, kasztanowca i dwóch lip. Podczas prac wyznaczono do ścięcia jeszcze dwie lipy, które uniemożliwiały usunięcie tych drzew, na które opiewało zezwolenie. Oprócz tego nielegalnie wycięto dwa kasztany (średnica pnia 68 cm i 18 cm), lipę (średnica pnia 58 cm) i dwa jesiony (średnica pnia 50 cm i 22 cm).
      Policja w Janowcu nie zanotowała zgłoszenia przez księdza proboszcza parafii w Świątkowie faktu, że ktoś nielegalnie wyciął drzewa rosnące na jego terenie. Zapytany, czy to on kazał usunąć tych pięć dodatkowych drzew, ksiądz stanowczo zaprzecza. Mówi, że drzewa zginęły. Kiedy - nie wie i uważa, że nie on jest od ich szukania. Żąda od nas, aby sprawy nie rozgłaszać i domaga się ujawnienia nazwiska osoby, która powiadomiła nas o wycince. Mówi, że jedną lipę w prezencie otrzymał żniński rzeźbiarz Mariusz Niewolski, pozostałe drewno rozdał ubogim. Uzyskujemy też od niego odpowiedź, że nagrobki poprzewracała wcześniejsza wichura.
      „Kto nielegalnie wyciął drzewa i co się nimi stało - nie udało się nam dowiedzieć” - takie słowa znajdują się w pisanym przeze mnie pod koniec marca 1994 roku artykule (Pałuki nr 12/1994, strona 5). W komentarzu dodaję, że na pewno są osoby, które widziały moment nielegalnej wycinki, uczestniczyły w niej i znają prawdę. Tekst kończę słowami: „Mam nadzieję, że - tak jak to stało się w przypadku wycinki drzew w Grocholinie - wandal zostanie wykryty”.
      TELEFON
      Podczas zebrania redakcji przed wielkanocnym numerem 13 w redakcji znów dzwoni telefon. To ksiądz Buczkowski. Najpierw kilka minut ostrych połajanek, pytań i żądań, których szczegółowo nie pamiętam. W pewnym momencie słyszę jednak coś, co pamiętam doskonale do dziś. Dowiaduję się, że to tacy jak ja strzelali w tył głowy polskim patriotom w Katyniu i tacy jak ja odkręcali gaz w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, że jestem ubekiem, ukraińskim kolaborantem, że pisać uczyłem się w szkole NKWD. Pamiętam jeszcze, że mój rozmówca żądał ode mnie, abym pisał prawdę. W pewnym momencie - najprawdopodobniej z powodu tonu głosu i charakteru prowadzonej rozmowy - zamiast słów „proszę księdza”, wymyka mi się niechcący wyrażenie „proszę pana”, co powoduje - mimo moich natychmiastowych przeprosin - lawinę następnych inwektyw. Ksiądz mówi tak głośno że wszyscy trzej siedzący obok mnie członkowie redakcji słyszą każde słowo i gestami komentują moją rozmowę. Po dziesięciu minutach (może nawet po kwadransie) ksiądz kończy rozmowę.
      NOTATKA
      Policja wszczyna dochodzenie - nie pamiętam już czy w wyniku przeczytanego artykułu, telefonów ze Świątkowa czy zawiadomieniu leśniczego, który bardzo przeżywa całą sprawę.
      „Podczas rekolekcji w Świątkowie ks. proboszcz tejże parafii Jan Buczkowski nawoływał swoich wiernych, aby nie czytali gazety Pałuki” - taka krótka informacja ukazuje się 8 kwietnia 1994 roku (Pałuki 14/94 s 5). Drukujemy ją po telefonach od mieszkańców Świątkowa, którzy pytają nas, kiedy napiszemy prawdę o tym, co się stało na cmentarzu, bo przecież „wszyscy wiedzą” na czyje polecenie i przez kogo drzewa zostały wycięte.
      LIST
      Dostajemy też długi list. Pisze czytelniczka, która przed świętami wielkanocnymi przyjechała na grób rodziców. „To co na miejscu zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Cmentarz, który jest parkiem (sądzę, że pod ochroną), oazą, ciszą, spokojem, miejscem kontemplacji z duszami, które poprzedziły nas w drodze do wiecznego spokoju jest miejscem świętym. W ból, który ciężko ukoić, wkroczyła nagle rycząca cywilizacja, maszyny, piły mechaniczne cięły drzewa byle dużo i szybko, bez koncepcji, grunt aby zdążyć przed zachodem słońca. Jedynym kryterium wycinki wydawała mi się korzyść z prostych jesionów, lip i kasztanowców. Na pewno to cenny materiał stolarski.
      Ale przecież za tragedią tego ogołoconego cmentarza kryje się coś więcej. Myślę tu o samowoli, braku taktu w kontaktach czy stosunkach z parafianami, demokratycznego, mądrego dla parafii i jej mieszkańców rozwiązywania problemów. Brak przede wszystkim rozmów księdza proboszcza z parafianami jak człowiek z człowiekiem. Gdyby wcześniej porozmawiał z moim 70-letnim stryjem, dowiedziałby się tej subtelnej informacji, że za jego młodych czasów (miał wówczas 7 lat) te drzewa były już takie potężne (mówił mi to ocierając łzy!).
      Tylko ktoś, kto nie jest związany życiem i sercem z tym kawałkiem ziemi, nie jest w stanie zrozumieć, jak ludzie całowali tę ziemię po powrocie z Niemiec licząc, ze teraz oni będą gospodarzami tej ziemi.”
      CZYTELNIK
      Skontaktował się również z nami czytelnik, który przyniósł nam zdjęcia, przedstawiające zniszczenia, dokonane podczas wycinki drzew na cmentarzu w Świątkowie. Jedno z nich - wraz z listem od czytelniczki - zamieszczamy (Pałuki 15/94 s 2).
      WIZYTA
      Pracownicy redakcji do dziś wspominają jedną z wizyt, jaką osobiście złożył nam w tym czasie świątkowski proboszcz w naszej redakcji przy ul. Aliantów. Pracowaliśmy wtedy jeszcze w starej świetlicy Zakładu Energetyki Cieplnej. Przylegało do niej małe pomieszczenie, z którego ongiś przez okienko wydawano pracownikom posiłki. Pełniło ono funkcję „gabinetu redaktora naczelnego”. W czasie tej wizyty wszystko, co się w tym małym pomieszczeniu działo, słychać było wszędzie - nawet na placu z węglem. Jak wspomina w książce Moja przygoda w Pałukach Mirka Roszak „...blady strach padł na wszystkie osoby, które przebywały wtedy w redakcji.” Krzyk był taki, że „...mury trzeszczały, a nas - będących za ścianą - wgniatało w podłogę. Kiedy my się zastanawialiśmy, co zostanie z szefa po tej pogawędce i czy czasami nie wezwać policji, szef odpierał kolejne ataki...”
      Z rozmowy nie dowiedziałem się merytorycznie niczego nowego. Nowością było to, że nikt mnie w życiu tak nie wyzwał - ani wcześniej, ani później.
      OSTATNI ARTYKUŁ
      W numerze 15/94 piszę:
      „W związku z notatką o zakazie czytania naszej gazety, liczni czytelnicy pytali się nas, jakie są tego przyczyny. Przypuszczamy, iż prawdopodobnie ma to związek z tym, że zajęliśmy się sprawą nielegalnej wycinki drzew na tamtejszym cmentarzu. Ksiądz proboszcz kilkakrotnie odwiedził naszą redakcję, krzycząc na nas i zakazując nam pisania o tej sprawie.
      Wydaje mi się to dziwne, bo jeśliby mi ktoś wyciął bez mej wiedzy drzewa, powiedzmy, z działki - czym prędzej zgłosiłbym sprawę policji i starałbym się nadać jak największy rozgłos wydarzeniu w nadziei, że ktoś widział świadków i że po nitce do kłębka dotrze się do rozwiązania problemu.
      Ksiądz - jak widać - wybrał inną drogę i zamiast dążyć do ustalenia winnych, nawołuje, by nie czytać gazety, która ma nadzieję, iż zostaną oni ukarani. Trudno, w tym wypadku nawet jeśli parafianie przestaną czytać Pałuki, my nie możemy sprawy tuszować.”
      Kilka miesięcy później żnińska policja umorzyła dochodzenie w tej sprawie ze względu na niewykrycie sprawców.
      REFLEKSJE DZIŚ
      W taki to sposób ks. Jan Buczkowski „pozbył się redaktorów w parafii Świątkowo”.
      Nie napisaliśmy nigdy „całej prawdy o tym, co się stało na cmentarzu”. Nie napisaliśmy jej z prostej przyczyny. Nie znaliśmy jej. I nie znamy jej do dziś. W tym sensie rzeczywiście proboszcz „pozbył się redaktorów”. Ale - jak widać - tematu się nie pozbył. Drzewa Świątkowa dalej szumią - co prawda już tylko w pamięci. Prawdy nie znamy, ale przecież ona istnieje.

Reklama

Dominik Księski
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1138 (49/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości