Jednym z polskich kurierów w czasie drugiej wojny światowej był Tadeusz Wesołowski z Olszy, aresztowany przez Niemców, gdy wiózł dokumenty dla wracającego z misji w Szwecji Jana Jeziorańskiego (jeszcze wtedy nie Nowaka). Torturowany w więzieniu inowrocławskim, nie wydał nikogo. Uwolniony z obozu koncentracyjnego przez Amerykanów, po wojnie zamieszkał w Anglii. Choć w latach siedemdziesiątych odwiedzał rodzinę w Polsce, szczegółów swojej działalności konspiracyjnej nie ujawniał do końca życia, gdyż mogło to zaszkodzić jego bratu - Antoniemu Wesołowskiemu, długoletniemu przewodniczącemu Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie. Pochowany jest na mogileńskim cmentarzu. Miasto o nim nie pamięta. Kilka lat temu padła propozycja uhonorowania jego nazwiskiem jednej z mogileńskich ulic, ale propozycja przeszła bez echa. Przypominamy dziś tę postać - bez wątpienia zasługującą na trwałą pamięć nas wszystkich.

Dom rodzinny Tadeusza Wesołowskiego w Olszy. Obecnie jest nie zamieszkały i przeznaczony do rozbiórki. fot. Paweł Lachowicz
Tadeusz Wesołowski urodził się 27 września 1904 r. w Olszy (gm. Mogilno), w rodzinie chłopskiej. Był najstarszym synem z dziewięciorga dzieci Władysława i Heleny, z domu Hartwich. Ojciec jego zajmował się murarką i z tej pracy utrzymywał całą rodzinę.
Tadeusz Wesołowski w Bolton. W rękach książka, okulary, na kolanach pies. fot. prywatne zbiory Jana Michałowskiego
Szkołę podstawową ukończył w swej rodzinnej Olszy. Pomimo trudnej sytuacji materialnej rodziny ukończył także z powodzeniem gimnazjum w Wągrowcu, a następnie wydział prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tu spotkał się i kolegował ze Zdzisławem Jeziorańskim, późniejszym Janem Nowakiem-Jeziorańskim, słynnym kurierem i dyrektorem Radia Wolna Europa. Byli kolegami z jednego akademika.
Po studiach podjął pracę w Okręgowej Dyrekcji Kolei Państwowych w Poznaniu jako radca prawny. Mógł tym samym pomagać materialnie swojej rodzinie, a szczególnie młodszym braciom, którzy dzięki temu mogli ukończyć gimnazjum.
Edmund Lepczyński dziś fot. Paweł Lachowicz
Wybuch wojny spowodował przerwanie pracy w PKP. Brat Tadeusza - Antoni Wesołowski tak wspomina w książce Zrodziła ich Ziemia Mogileńska, w artykule autorstwa Krystyny Słomkowskiej-Zielińskiej ten moment w życiu Tadeusza: - Przed wkroczeniem Niemców do Poznania dyrekcja powierzyła mu pensje pracowników, którym nie zdążyła ich wypłacić. Tadeusz szukał ich potem wielu aż do grudnia. To był cały on.
Gdy Tadeusz Wesołowski wrócił do rodzinnej Olszy miał 35 lat.
W tym właśnie czasie Niemcy prowadzili akcje wysiedlania polskiej inteligencji. Represje hitlerowskie nie ominęły również mieszkańców Olszy. Mieszkała tam rodzina Lepczyńskich, której losy - jak się później miało okazać - skrzyżowały się z losami Tadeusza Wesołowskiego.
Tak z opowiadań matki, starszego rodzeństwa i ciotek pamięta ten czas bezpośredni jego uczestnik Edmund Lepczyński, który wówczas miał zaledwie 6 miesięcy, a dziś mieszka w Mogilnie: - Było to na początku grudnia 1939 r. Ojciec mój Tomasz Lepczyński na terenie Olszy organizował zabezpieczenia przed wkroczeniem wroga, po prostu organizował obronę dla mieszkańców Mogilna i okolic.
Dzięki sąsiadce [tu pada nazwisko, ale nie podajemy go, gdyż nie możemy potwierdzić tej informacji - przyp. red.], która poszła na gestapo w Mogilnie donieść, że tato ma w domu w szafie pod bielizną schowaną broń, ojciec został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r. i wywieziony do obozu w Dachau. Tam został spalony w 1942 r. Całą historię znam z opowiadań mamy i ciotek. Już jako mały chłopiec dopytywałem się, jak my przeżyliśmy okres wojny, w jakich żyliśmy warunkach, kto nam wtedy pomógł, jak szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa. I tu dowiedziałem się, że największą zasługę, że w ogóle przeżyliśmy i dotarliśmy do Krakowa ma właśnie Tadeusz Wesołowski. To był bardzo dobry człowiek - opowiada reporterowi Pałuk Edmund Lepczyński.
Gdy wybuchła wojna i Niemcy wkroczyli do Mogilna, Tadeusz Wesołowski był już u swojej matki i rodziny w Olszy. Pewnej grudniowej nocy przyjechało do Olszy gestapo i przeprowadziło akcję wysiedleńczą.
- Gdy brano nas z domu, był czterdziestostopniowy mróz, najgroźniejsza zima. Moja mama nie zdążyła nawet się ubrać, tylko była w szlafroku i w laczkach. Zdążyła tylko ubrać moje rodzeństwo, ja miałem wtedy 6 miesięcy, więc mnie dodatkowo owinęła, to gestapowiec wszystko ze mnie zerwał, zabrał nawet bamboszki myśląc, że coś tam pochowała. Ponieważ bardzo płakałem, wyrwał mnie mamie, wziął za nóżki i rzucił na ciężarowy samochód. Mama myślała nawet, że już nie żyję, ale ja dzięki Bogu przeżyłem. Tak jak staliśmy, gestapo wywiozło nas na rampę do Mogilna, aby tutaj czekać na towarowy pociąg bydlęcy, którym wywozili wszystkich wygnańców - dodaje Edmund Lepczyński.
Gdy Tadeusz Wesołowski się dowiedział, że Janinę Lepczyńską oraz wszystkie jej dzieci zabrało gestapo i są na rampie towarowej w Mogilnie, kazał swojej mamie szybko upiec chleb, który razem z mlekiem wziął i zakradł się na rampę. Próbował nawet przekupić niemieckich strażników, którzy pilnowali pociągu, żeby jakoś dostarczyć żywność.
Edmund Lepczyński mówi: - Gdy tylko zobaczył, jak moja mama była skostniała z zimna i ubrana tylko w szlafrok, zaraz pobiegł do jakiś znajomych na ul. Słowackiego, ubrał się w stare ciuchy, i tak przerobił gestapowców, że w swój gruby płaszcz, swoje kalesony, spodnie i buty ubrał moją mamę. Gdy podjechał pociąg z bydlęcymi wagonami to jeszcze wybrał dla nas najlepszy z wagonów - taki, który miał pozabijane okna deskami. W takim było cieplej, w innym moglibyśmy nie przeżyć. Tym bardziej ja - małe sześciomiesięczne niemowlę.
Reprodukowana fotografia została wykonana w Bolton, Tadeusz Wesołowski stoi pierwszy z lewej, kim są dwaj panowie obok niego - nie wiemy. fot. prywatne zbiory Jana Michałowskiego
Tadeusz Wesołowski wskoczył do transportu i pojechał razem z rodziną Lepczyńskich w kierunku Krakowa. Nie znamy motywów. Czy była to świadoma podróż na południe Polski, gdzie później trafił do komórki AK i zajmował się przerzutami ludzi i wiadomości na Węgry i Słowację. Czy też był to przypadek, że znalazł się na Podhalu, a jedynym wytłumaczeniem podróży w bydlęcym wagonie była chęć pomocy rodzinie Lepczyńskich i ucieczki z Olszy, gdzie było bardzo niebezpiecznie. Należy pamiętać, że był to okres wyjątkowych prześladowań mieszkańców Mogilna i okolicznych wiosek przez hitlerowców, za opór, jaki stawili mogilnianie broniąc na początku września miasta przed wejściem Niemców. Mogilno zostało zdobyte dopiero 11 września, zapłaciło za to jednak olbrzymią cenę. 156 osób zostało zamordowanych, zaczęły się prześladowania i wywózki - do Generalnej Guberni do Szczeglina i innych obozów.
Bez przesady można stwierdzić, że spuścizna tamtych dni, w których Niemcy pozbawili miasto najbardziej patriotycznie nastawionych rodzin, odczuwalna jest w Mogilnie do dziś.

Grób Tadeusza Wesołowskiego na mogileńskim cmentarzu. Jak powiedział reporterowi Jan Michałowski z Olszy, w przyszłym roku rodzina szykuje wymianę pomnika. fot. Paweł Lachowicz
Tadeusz Lepczyński wspomina: - On miał już w sobie coś takiego, że chciał cały czas pomagać ludziom. Podczas podróży opiekował się wszystkimi rodzinami, które z nami jechały. Polacy wiedząc, że jedzie transport z rodzinami z małymi dziećmi w każdy możliwy sposób pomagali. Na przykład pod pociąg podkładali jakieś belki, a gdy pociąg stanął podrzucali np. jedzenie. Wtedy strażnicy strzelali do nich. W taki też sposób narażał swoje życie Tadeusz Wesołowski. Gdzieś pod Skawiną blisko Krakowa, gdy pociąg stanął, a ludzie bali się bliżej podejść z żywnością, to Tadeusz Wesołowski z narażeniem życia wyskoczył z pociągu i poszedł po tą żywność. Wracając przed samym wagonem został przez strażnika lekko postrzelony. Gdy nie mógł sam wskoczyć wówczas pomogli mu wszyscy, którzy stali z przodu i wciągnęli go do wagonu i dalej jechał z nami.
POMAGAŁ Z UKRYCIA?
Pociąg ze Skawiny do miejsca rozładunku w Krakowie jeszcze kilkakrotnie stawał, ale Janina Lepczyńska nie widziała już Tadeusza Wesołowskiego. Prawdopodobnie tuż przed wjazdem do obozu uciekł z pociągu. Być może zdawał sobie sprawę, że go podejrzewają, że Niemcy widzieli jak wszystkim pomagał i że może zostać przez to rozstrzelany. - Do końca niestety nie wiem jaka była przyczyna, że wszystkim pomagał, a potem zginął bez śladu. Dopiero trochę później, prawie po sześciu miesiącach, gdy Czerwony Krzyż z lochów pod Krakowem przekazał nas do koszar po byłym wojsku polskim, gdzie opiekowały się nami siostry zakonne, dowiedzieliśmy się od wojskowego w mundurze oficera niemieckiego, a był to najprawdopodobniej akowiec, który przyniósł mojej mamie list, że wujek, który nam pomagał żyje, czuje się dobrze i nadal walczy o skrócenie naszych męczarni, o to żeby Polska jak najszybciej była wolna. Mama dowiedziała się także, że Tadeusz Wesołowski nie może się z nami skontaktować, ponieważ ma wyższe misje i nie może sobie pozwolić na takie odwiedziny, ale jest na terenie Krakowa i cały czas pomaga. Za jego przyczyną oraz na prośbę jego kolegów z AK, którzy mieli wejścia w Krakowskiej Guberni, umożliwiono mojej rodzinie przebywanie w lepszych warunkach bytowych, dzięki niemu mógł zajmować się nami szwajcarski Czerwony Krzyż. O tym, że to Tadeusz Wesołowski cały czas ma nad nami pieczę, dowiedzieliśmy się od tego żołnierza AK przebranego w niemiecki mundur, prawdopodobnie przyjaciela wujka - mówi Edmund Lepczyński.
- Nie wiem, czy to był on, ale już po zakończeniu wojny, gdy byłem już pięcioletnim chłopcem, a było to lato 1944 r., wyszedłem przed koszary i pod bramą bardzo wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna (a takiego z opowiadań pamiętałem wujka Tadeusza Wesołowskiego) w mundurze niemieckim złapał mnie, wciągnął za bramę, zza płaszcza wyciągnął kawał sera tylżyckiego i po polsku powiedział, że mam iść i dać go mamie, żeby wszystkich nim podzieliła. I tak później była dyskusja, czy nadal nami opiekuje się nie zdradzając siebie Tadeusz Wesołowski. Pamiętam jak mama, czy ciotki opowiadały mi te historie, gdy byłem jeszcze chłopcem - bardzo mnie one wzruszały i tak jest do dzisiaj - kończy Edmund Lepczyński.
Na budynku dawnej Szkoły Powszechnej w Olszy, do której przez 7 lat uczęszczał Tadeusz Wesołowski, umieszczono nazwiska mieszkańców Olszy, którzy zginęli z rąk oprawców hitlerowskich, a także - Tadeusza Wesołowskiego fot. Paweł Lachowicz
Tak Tadeusz Wesołowski znalazł się na Podhalu. Z książki Jana Nowaka-Jeziorańskiego Kurier z Warszawy wynika, że Tadeusz Wesołowski na Podhale został wysiedlony bezpośrednio z Poznania, ale też - że nie wyjechał na Podhale przypadkowo. Opowieści słynnego kuriera i Edmunda Lepczyńskiego nie są z sobą sprzeczne. Wynika z nich, że Tadeusz Wesołowski dotarł na południe Polski z wysiedlonymi, ale z własnej inicjatywy. Jan Jeziorański mogileńskich szczegółów mógł dokładnie nie znać (szczególnie, że swą książkę pisał jeszcze przed odnalezieniem kontaktu z Wesołowskim).
Na południu Polski przybysz z Olszy pracował jako agent ubezpieczeniowy Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych oraz w konspiracyjnym ZWZ (później AK) w komórce łączności z zagranicą Południe. Przełożonym jego był Adam Smulikowski Kotwicz. Jak wiemy z książki Jana Nowaka Jeziorańskiego - Wesołowski wyróżniał się niezwykłą odwagą przy częstym przekraczaniu granicy ze Słowacją i z Węgrami na szlaku Nowy Targ-Budapeszt.
Wsypa kurierów w Nowym Targu zmusiła go do przeniesienia się z Podhala do Warszawy, jednak nie zaprzestał swojej kurierskiej działalności.
Od tej pory poszukiwany był przez gestapo pod prawdziwym nazwiskiem. Aby móc nadal działać jako kurier używał fałszywych dokumentów i nadal kursował na trasie do Francji szlakiem Warszawa - Miluza.
Przez kolejnych kilka lat swojej pracy konspiratorskiej, a mianowicie do roku 1943 los sprzyjał kurierowi Tadeuszowi. Uchodził za jednego z najbardziej wypróbowanych i doświadczonych kurierów warszawskiej konspiracyjnej siatki Zagroda oraz dlatego, że jako nieliczny doskonale władał językiem niemieckim. W czerwcu 1943 r. krótko po przybyciu z Miluzy otrzymał kolejny rozkaz. Okazało się, iż było to szczególnie niebezpieczne zadanie. Miał dostarczyć do Gdyni dokumenty dla kuriera, który właśnie wracał ze Szwecji. Akcja była bardzo niebezpieczna ze względu na to, że dwa tygodnie wcześniej wpadła w tym miejscu inna kurierka o pseudonimie Hilda i w związku z tym uznano skrzynkę w Gdyni za zagrożoną. Tadeusz nie wiedział także, dla kogo wiezie dokumenty. Była to jedna z wielu zasad konspiratorskich uniemożliwiających w przypadku aresztowania kolejne wsypy.
Kurier Tadeusz podjął się wykonania zadania. Akcja była tym bardziej niebezpieczna ponieważ ważność dokumentu jakim posługiwał się Tadeusz Wesołowski, czyli niemiecka przepustka wystawiona na nazwisko Reichsdeutsch uległa przedawnieniu. Na jej wznowienie trzeba było czekać, czasu jednak nie było, gdyż trzeba było dostarczyć kurierowi dokumenty.
Tadeusz Wesołowski miał przewieźć papiery wystawione na niemieckiego inżyniera kolejowego, fałszywą przepustkę graniczną oraz niemiecką książkę Mein kampf. Książka miała nie wzbudzać podejrzeń przy ewentualnych kontrolach. W twardej okładce dzieła wodza niemieckich narodowych socjalistów tkwiły dokumenty dla szwedzkiego kuriera. Tadeusz zdawał sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa. Miał fałszywą przepustkę, a gestapowcy potrafili rozpoznać ją po źle podrobionych znakach wodnych, które można było usunąć paznokciem. Fałszywe przepustki różniły się także od oryginalnych odcieniem.
Tadeusz Wesołowski wyruszył pociągiem pod niemieckim nazwiskiem Reichsdeutsch do Gdyni. Ponieważ jego koleżanka Hilda wpadła w ręce gestapowców w Nowym Dworze, kurier Tadeusz pojechał inną, okrężną drogą - przez Kutno. W pociągu książkę wraz z fałszywymi dokumentami schował na półce wagonu, w którym podróżował. Jednak ta miejscowość okazała się pechowa. W Kutnie niemiecka policja zorganizowała kontrolę w pociągu i zabrała wszystkim pasażerom dokumenty. Tadeusz Wesołowski został przez Niemców aresztowany. Założyli mu kajdanki, przyłożyli broń do brzucha, rozebrali go do naga. Ubrania zabrano do zbadania. Walizkę rozerwano na strzępy. Wówczas na jego oczach z okładki książki wyciągnęli fałszywe dokumenty. Wśród nich były niemieckie i szwedzkie banknoty, instrukcja oraz przepustka z fotografią.
Po osobistej rewizji przewieziono go do więzienia w Inowrocławiu. Był to jeden z najcięższych obozów śledczo-karnych w Kraju Warty. Tutaj dopiero zaczęła się gehenna mieszkańca Olszy. Co najgorsze, został rozpoznany przez jednego Niemca z obsługi więziennej, który znał go pod prawdziwym nazwiskiem Tadeusza Wesołowskiego już przed wojną i zaczął zwracać się do niego w języku polskim. Nieszczęście prześladowało go od tej chwili na każdym kroku. Ponownie rozebrano go do naga i przywiązano do stołu, po czym dwóch oprawców przystąpiło do bicia. W ten sposób chcieli ukarać go za oszustwo i zmusić do mówienia, do wydania kolegów. Bili go do nieprzytomności. Gdy tylko się ocknął, przystępowali do kolejnego wymierzania kary.
Na budynku dawnej Szkoły Powszechnej w Olszy, do której przez 7 lat uczęszczał Tadeusz Wesołowski, umieszczono nazwiska mieszkańców Olszy, którzy zginęli z rąk oprawców hitlerowskich, a także - Tadeusza Wesołowskiego fot. Paweł Lachowicz
Pytali, komu wiózł dokumenty, pokazali wszystkie dokumenty, jakie przy nim znaleźli - w tym przepustkę z fotografią na nazwisko Jana Kwiatkowskiego. Gdy zobaczył zdjęcie, zastanowiło go wielkie podobieństwo do przedwojennego kolegi, z którym studiował w Poznaniu - Zdzisława Jeziorańskiego. Niemcy zadawali mnóstwo pytań. Głównie o to, kto znajduje się na fotografii oraz komu i gdzie miała być dostarczona przesyłka. Na wszystkie pytania Tadeusz Wesołowski odpowiadał, że nic nie wie. Niemcy nie przestawali bić; otrzymywał uderzenia ciężkimi bykowcami zakończonymi ołowianymi kulami. Było to tym bardziej bolesne, że uderzenia padały na wcześniejsze, jeszcze świeże rany. Po kolejnych uderzeniach stracił przytomność i obudził się cały zakrwawiony w celi więziennej.
Tego dnia w więzieniu przebywał na inspekcji wysoko postawiony dygnitarz, który widząc fatalny stan zdrowia Tadeusza, odesłał go do szpitala. Tutaj szczęście uśmiechnęło się do kuriera, bowiem lekarzem okazał się Polak, także więzień, który ulitował się nad nim i troskliwie się nim zaopiekował. Aby nie dopuścić do wdarcia się gangreny, opatrzył wszystkie rany, ratując w ten sposób życie kuriera z Olszy. Po powrocie do celi nie mógł ani stać, ani chodzić, miał wysoką gorączkę, cały czas majaczył. Gestapowcy odstąpili od kolejnego torturowania więźnia, bojąc się, że nie przeżyje.
Tadeusz był bardzo ważnym dla nich świadkiem i jego śmierć do niczego by nie doprowadziła. Gdy doszedł trochę do siebie, zaczęto go torturować psychicznie. Na początek osadzili go w celi z więźniem skazanym na egzekucję. Tadeusz Wesołowski zdążył pogodzić się z tym, że nie przeżyje, ale tym bardziej nie chciał wydać kolegów. Myślał, że jak umrzeć to z honorem. Nie wydał nikogo, dzięki temu uratował życie kuriera, któremu wiózł dokumenty.
Podczas przesłuchań wprowadził Niemców w błąd, kierując ich na fałszywy trop.
Zrobił to, ponieważ zauważył, że Niemcy bardzo interesują się osobą o pseudonimie Kotwicz, czyli Adamem Smulikowskim - jego przełożonym z Podhala. Wiedząc, że Kotwicz przebywa bezpiecznie w Szwajcarii, podał jego dane informując gestapowców, że na zdjęciu jest właśnie on.
W swoich zeznaniach zaprzeczał, że kiedykolwiek pracował i działał dla organizacji podziemnych. Przyznał się tylko do tego, że oddawał pewne usługi znajomemu Adamowi Smulikowskiemu, ale robił to pod wpływem kobiety, która rzekomo była jego kochanką i hitlerowcom wymienił dane kurierki, która już nie żyła. Opowiadał jak był szantażowany przez Smulikowskiego oraz jak szantażem zmuszony został do wyjazdu do Gdyni.
Momentem przełomowym dla gestapowców, po którym uwierzyli w jego zeznania była informacja o tym, że Wesołowski nie ufał Smulikowskiemu, a dowodem na to było to, że dokumentów nigdy nie dostał do ręki, ale odbierał je ze skrytki. Wówczas Niemcy skupili się wyłącznie na osobie Adama Smulikowskiego. Przesłuchania Tadeusza w więzieniu trwały w sumie 5 miesięcy. W tym okresie doszło do szeregu aresztowań, przez co w więzieniu zaczęło brakować miejsc. Wielu więźniów rozstrzelano. Tadeuszowi Niemcy darowali życie myśląc, że jeszcze im się przyda, gdy będzie trzeba potwierdzać tożsamość Smulikowskiego. Z więzienia w Inowrocławiu odesłano go do obozu w Mauthausen, a stamtąd do jeszcze bardziej ciężkiego Ebensee. Więźniowie, którzy tam przebywali, licznie ginęli przy wierceniu sztolni w skale, gdzie później miała znaleźć się podziemna fabryka. Tutaj szczęście uśmiechnęło się do naszego bohatera.
Dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego został tam zmianowym i szczęśliwie dotrwał do wyzwolenia obozu przez Amerykanów.
Po roku od wpadki w Kutnie, gdy siatka kurierska Zagroda nie otrzymała od niego znaku życia uznano go oficjalnie za zmarłego. Wówczas na wniosek kierowniczki Zagrody Emilii Malessy, ps. Marcysia, komendant Armii Krajowej odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari.
Tymczasem Tadeusz Wesołowski żył w Anglii, w miasteczku Bolton. Tam nie opowiadał nikomu co przeżył. Mieszkał samotnie, słuch o nim zaginął. Nie pisał listów do rodziny w Olszy i Mogilnie, myśląc o ich bezpieczeństwie, bał się zaszkodzić rodzinie. Nie chciał, by UB, a potem SB prześladowało ich, ze względu na jego kurierską działalność w AK. Mieszkał w kamienicy starej Angielki i ciężko pracował jako zamiatacz w pobliskiej fabryce tekstylnej.
W niedzielę 22 lutego 1948 r., gdy wieczorem siedział samotnie w swoim lokatorskim mieszkaniu w Boltonie, krajowy serwis BBC nadawał obszerne słuchowisko zatytułowane "Niepokonani". W tym dniu audycja nosiła tytuł Kurier z Warszawy. W programie na tle wojennych przygód i przeżyć kuriera polskiego ruchu oporu przedstawiona została Armia Krajowa i tragedia Powstania Warszawskiego. Właścicielka mieszkania przyszła po Tadeusza, aby posłuchał tej audycji, bowiem mówią w niej o Polakach.
Tadeusz Wesołowski zaczął słuchać audycji w momencie, gdy mowa była o jego aresztowaniu w Kutnie. Niespodziewanie usłyszał fascynującą opowieść z ust tego, komu wiózł dokumenty, za które został aresztowany.
Kurierem polskim, który opowiadał swe przeżycia był bowiem Jan Nowak, który Tadeuszowi właśnie i innym kurierom dedykował tę audycję. Po wyłączeniu radia Tadeusz Wesołowski postanowił napisać do redakcji BBC list, który podpisał imieniem i nazwiskiem.
W liście prosił o wyjaśnienia, gdyż wszystko w opowieści się zgadzało prócz danych osoby, do której miał wieźć dokumenty. Jak się później okazało chodziło o tę samą osobę, bowiem Zdzisław Jeziorański dla bezpieczeństwa w Anglii zmienił dane i był w radio przedstawiany jako Jan Nowak. Redakcja BBC przekazała list Jeziorańskiemu i tak doszło do spotkania przyjaciół z czasów studenckich z Poznania.
Życie jest bogatsze i przynosi więcej niespodzianek - pomyślałem, po przeczytaniu tego listu - niż najbardziej wymyślny dreszczowiec. Spotkanie z Tadeuszem Wesołowskim „Tadeuszem”, z którym nie widziałem się od czasów studenckiej przyjaźni, gdy mieszkaliśmy razem w Domu Akademickim, należy do najbardziej niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Po upływie pięciu lat nie tylko ożył nieznany kurier, któremu zawdzięczam uratowanie życia, i który dawno uznany był za zmarłego, ale jeszcze okazał się dawnym kolegą i przyjacielem - pisze w swojej książce Kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański.
Podczas tego spotkania Tadeusz Wesołowski opowiedział swojemu przyjacielowi całe swoje okupacyjne dzieje, historię aresztowania oraz późniejsze losy.
Brat Tadeusza Wesołowskiego - Antoni Wesołowski w latach 60. był przewodniczącym Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie i szefem wojewódzkich struktur ZSL. Dlatego Tadeusz Wesołowski prosił Jana Nowaka-Jeziorańskiego, by zagwarantował mu, że nie ujawni jego nazwiska aż do swojej śmierci. Nie chciał nikomu z rodziny w komunistycznej Polsce zaszkodzić. Autor obiecał, że to uczyni i dotrzymał słowa - dopiero w ostatnich wydaniach książki w aneksie, rozszyfrowuje jego tożsamość.
Siostrzeńcem Tadeusza Wesołowskiego jest mieszkający w Olszy Jan Michałowski. Co ciekawe, on także był przewodniczącym Rady Powiatu przez kilka lat w kadencji 1998-2002. Działał m.in. w Solidarności Rolniczej i w Komitecie Obywatelskim Solidarność. Był członkiem Zarządu Gminy Mogilno od 1990 r. do 1998 r.
Jan Michałowski mówi, że przed 1956 r. w Polsce z pewnością czekałoby na Tadeusza Wesołowskiego długoletnie więzienie, a może nawet śmierć. Zostawał on bezimienny na własne życzenie, nie chciał bowiem zaszkodzić w żaden sposób rodzinie, a w szczególności swojemu bratu Antoniemu Wesołowskiemu. - Gdyby ówczesne władze dowiedziały się o takich powiązaniach Antoniego, z pewnością straciłby on posadę. A tak w ogóle to myśmy wszyscy myśleli, że wujek nie przeżył okupacji, bo nie było od niego znaku życia - mówi Jan Michałowski.
Zwraca także uwagę, że komórka AK, w której działał kurier Tadeusz nie nazywała się Załoga, jak pisze Jan Nowak-Jeziorański w Kurierze z Warszawy, ale Zagroda. - Wujek mówił mi o tym wielokrotnie - wspomina Jan Michałowski i dodaje: - Wujek nigdy nie chciał rozgłosu. Nawet w książce, w której Jan Nowak-Jeziorański opisał m.in. jego działalność, nigdzie nie ma podanego nazwiska mojego wujka [niewykluczone, że sam autor zmienił nazwę komórki AK, aby nie ułatwiać Służbie Bezpieczeństwa pracy - przyp. red.]. Zawsze podawany jest tylko pseudonim pod jakim działał on w podziemiu - „Tadeusz”.
Rodzina z Olszy dowiedziała się, że Tadeusz Wesołowski żyje dopiero w dzień ślubu rodziców Jana Michałowskiego 2 października 1945 r.
Rodzina, w tym siostry Tadeusza odwiedzały go w Anglii. - Moja matka była u niego dwukrotnie - w 1965 r. i 1969 r. Często pisali do siebie listy. Później, kiedy sytuacja się trochę zmieniła, wuj starał się za wszelką cenę przyjechać w rodzinne strony. Jego starania uwieńczone zostały sukcesem i w roku 1974 otrzymał wizę wjazdową do Polski. Pierwszy raz przyjechał do rodziny na pełen miesiąc. Następnie odwiedził nas w 1975 r., wtedy jego wizyta była trochę dłuższa i trwała 3 miesiące. Później otrzymywał coraz dłuższe wizy pobytowe i przez ostatnie trzy lata swojego życia przyjeżdżał tak na pół roku - mówi Jan Michałowski.
Jan Michałowski odbierał go z lotniska Okęcie w Warszawie, gdy Tadeusz po raz pierwszy przyjechał do Polski po 31 latach przerwy. Mówi: - Pamiętam, że wyjechałem wtedy po niego swoim samochodem „fiatem 125p”. W tamtych czasach na polskich drogach nie jeździło dużo samochodów, a tym bardziej w Mogilnie. Więc jak ja pojechałem do Warszawy, to dla mnie było to wielkie wyzwanie - jechać do samej Warszawy. Z kolei wuj przyzwyczajony był do londyńskiego ruchu ulicznego i jadąc ze mną samochodem w pewnej chwili zapytał, czy u nas jest jakieś święto, bo tak pusto na drogach.
Tadeusz Wesołowski miał wtedy 70 lat i był już na emeryturze. W tym czasie, kiedy przyjeżdżał do Olszy, mieszkał z rodziną Jana Michałowskiego - jego siostra to mama Jana Michałowskiego i z nią był bardzo zżyty.
- Wtedy relaksował się pracą w ogródku. Zawsze mawiał, że on to jak ptak, na Wielkanoc zawsze przyjeżdża, natomiast na zimę wraca do Anglii. Tam w Londynie przez kolejne pół roku przesiadywał w bibliotekach, do których czasami musiał cały Londyn przejechać. Potem szmuglował wygrzebane ważne papiery przez granicę. Dzięki tej pracy kilku obecnych profesorów zdobyło materiały źródłowe o okupacji i o walce zbrojnej, a w tamtych czasach w Polsce były to niedostępne rzeczy. Nigdy nie wołał za to zwrotu kosztów, nie zarobił na tym ani centa, wręcz przeciwnie jeszcze do tego dokładał.
Proszony, aby ujawnił, dla kogo pracował kurier „Tadeusz” w latach siedemdziesiątych, Jan Michałowski kiwa przecząco głową - za wcześnie o tym mówić.
Jan Michałowski tak wspomina spotkania z Tadeuszem w latach siedemdziesiątych: - Wujek był wesołym człowiekiem i śmieszne sytuacje zdarzały się nam nierzadko. Następnym razem, gdy wybierał się do Polski bał się kontroli celnej na lotnisku i przyjechał autokarem. W Świecku po odprawie celnej nie wsiadał już do autobusu, tylko ja już na niego czekałem i zabierałem prywatnym samochodem. Wtedy czuł się już bezpieczny. Był bardzo inteligentny. Nigdy za dużo nie mówił. Jednego razu jak przyjechał, to tylko mi powiedział „tym razem mam tego dużo” i ja już wiedziałem o co chodzi. Wiedziałem, że tam nie ma pomarańczy tylko ważne papiery. Chociaż nieraz przed Wielkanocą przywoził też cytrusy oraz słodycze, których w Polsce wtedy nie było. Nauczony był tej ostrożności przez bycie kurierem. On wiedział jak trzeba się zachować, umiał doskonale grać. Zgarbił się, trochę kulał i tak innych przetrzepywali, a jemu takiemu biedaczkowi jakiego grał, zawsze się udawało.
- Obecnie w Poznaniu żyją jeszcze dwie moje ciotki - siostry Tadeusza Wesołowskiego - Teresa i Maria, ale one wiedzą o wiele mniej o wujku niż ja. Zresztą wujek nigdy nie chciał rozgłosu i zastrzegł sobie, że za jego życia nikt o jego działalności konspiracyjnej i całym życiu nie może wiedzieć. Ja jednak wiele takich rzeczy wiem, bo to ja jeździłem z wujem trochę po Polsce przez te 5 lat - do Łowicza, Bydgoszczy czy Torunia. Czasami opowiadał o tej „Zagrodzie”, dla której był kurierem. Czasami mówił nawet po imieniu, wspominając innych kurierów. Teraz po tylu latach od jego śmierci mogę już opowiedzieć o moim wuju bohaterze (...) Ostatnie pół roku swego życia przeżył w naszym domu w Olszy. Nie zmarł, jak podają w różnych publikacjach, nagle. Zmarł w Poznaniu w szpitalu po podwójnej operacji na prostatę. Mógł mieć tę operację zrobioną w Anglii, bo tam miał już zaklepaną kolejkę, ale on był wielkim patriotą i wolał w Polsce. Niestety, nie udało się. Do końca swojego życia był człowiekiem, który dla siebie nie chciał niczego, wszystko za to - dla innych.
Tadeusz Wesołowski zmarł 22 sierpnia 1978 r. Jan Nowak-Jeziorański w Kurierze z Warszawy napisał tak: - Po wojnie, w Anglii, nie upomniał się u nikogo o nagrodę za zasługi, nie opowiadał o tym co przeżył, nie chwalił się. Magister prawa, doświadczony urzędnik - nie umiał walczyć o siebie. Zarabiał na chleb ciężką pracą fizyczną wśród obcych, żył samotny i zapomniany aż do momentu, gdy owego zimowego wieczoru w trzy lata po wojnie usłyszał fragment własnych przeżyć wojennych w audycji BBC. Do swej śmierci w 1978 r. był Nieznanym Żołnierzem Polski Podziemnej”.
Po 1989 roku Jan Nowak-Jeziorański w liście do jego brata, Antoniego Wesołowskiego pisał: Gdyby miasto Mogilno zdecydowało się uczcić pamięć Tadeusza Wesołowskiego, na przykład nazywając jego imieniem jedną ze swoich ulic, albo umieszczając tablicę na ścianie domu, w którym mieszkał, jestem gotów przyjechać na taką uroczystość.
Tadeusz Wesołowski pochowany został na mogileńskim cmentarzu. Tablica na jego grobie opatrzona jest skromnym - bo takie było całe życie Tadeusza - napisem Żołnierz AK.
Mogilno na razie nie zdecydowało się uczcić w jakikolwiek sposób pamięci o Tadeuszu Wesołowskim. Od kilku lat, przewodnicząca Rady Miejskiej, a kiedyś szef komisji do spraw nazewnictwa ulic Elżbieta Sarnowska ma w swoim zeszycie wpisaną, jako jedną z wielu propozycji patrona dla nowej ulicy - zaproponowaną przez Przemysława Majcherkiewicza postać Tadeusza Wesołowskiego. Czeka na swoją kolej.
Paweł Lachowicz
Pałuki Wkładka Magazynowa nr 273 (51/2007)
Źródła:
Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, Wydawnictwo Znak, wydanie IV, Kraków 2005.
Praca zbiorowa pod redakcją Czesława Łuczaka, Zrodziła ich Ziemia Mogileńska, Poznań 1997.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze