Reklama

Lekarz, babcia i groźba rachunku

Dzisiaj 6-letnia Marcelina (na kolanach u mamy Heleny) wraca do zdrowia. Na zdjęciu z babcią Barbarą (z lewej) i ciocią Magdaleną Olejnik.

     fot. Paweł Lachowicz

Mierucin, lekarz, babcia, karetka pogotowia, rachunek
      Lekarz, babcia i groźba rachunku
     Czopiki nie pomagały i mieszkanki Mierucina wezwały w nocy karetkę pogotowia do gorączkującej córki. Babcia dziecka Barbara Olejnik jest oburzona postępowaniem i zachowaniem lekarza Romana Bardonia. - W złości powiedział, że za karetkę zapłacimy 700 zł, bo przyjechał tutaj na głupotę - opowiada kobieta. Lekarz potwierdza, że mówił o rachunku: - Nie dlatego, że dziecko było zdrowe, czy chore, a tylko dlatego, że babka dziecka w sposób wstrętny się do mnie odniosła. Ale nie zrobiłem tego, a ona jedzie po mnie jak po kobyle i jeszcze jest bezkarna.

      TEMPERATURA ROSŁA
      Mieszkanki Mierucina (gm. Dąbrowa), Helena, Magdalena i Barbara Olejnik, opowiedziały reporterowi o niewłaściwym potraktowaniu ich przez wezwanego do chorego dziecka lekarza mogileńskiego Pogotowia Ratunkowego Romana Bardonia.
      Helena Olejnik opowiada nam, że jej 6-letnia córka Marcelina, w czwartek 17 października po powrocie z przedszkola w Dąbrowie poczuła się słabo.
      Położyła się i zmierzono jej temperaturę, termometr wskazywał 38,3°C. Pani Helena podała dziecku czopik Efferalgan na zbicie temperatury. Temperatura ustąpiła, ale na krótko. Około 22:00 babcia Marceliny, Barbara Olejnik zadzwoniła do znajomej lekarki do Żnina. Pani doktor miała akurat dyżur na oddziale szpitalnym.
      - Pani doktor powiedziała, żeby regularnie podawać czopik na zbicie gorączki i jak najwięcej płynów. Nic nie pomagało i po północy zadzwoniłam jeszcze raz. Wówczas pani doktor kazała jeszcze podać czopik. Powiedziała, że jak będzie się coś działo, to zgłosić się do lekarza. Byłam pewna, że mówi o dniu normalnym, nie o nocy - opowiada Barbara Olejnik.
      Jednak z godziny na godzinę temperatura u dziecka nasilała się coraz bardziej, aż doszła do 40,4°C. Przy okazji Marcelina skarżyła się na ból w okolicach serca, miała też wymioty. Była już godzina 1:20.
      WEZWALI POGOTOWIE
      Na Pogotowie Ratunkowe w Mogilnie zadzwoniła Magdalena Olejnik, bratowa mamy Marceliny. Dyspozytorka połączyła ją z lekarzem dyżurującym w ramach opieki nocnej i świątecznej w szpitalu w Mogilnie. Lekarz po przedstawieniu objawów, jakie miała Marcelina miał zaproponować przywiezienie dziecka do szpitala. Helena Olejnik na to się nie zgodziła.
      - Kto wziąłby odpowiedzialność, by wieźć dziecko z tak wysoką temperaturą - mówi Helena Olejnik.
      W związku z tym lekarz połączył panią Helenę z dyżurującym na pogotowiu ratunkowym lekarzem Romanem Bardoniem. Po wysłuchaniu, co dolega małej Marcelinie, Roman Bardoń miał powiedzieć, że ponownie połączy panią Magdalenę z dyspozytorką pogotowia, ale nie wie, czy ona przyjmie zgłoszenie. Jak się okazało, dyspozytorka przyjęła zgłoszenie i karetka pojawiła się w Mierucinie około 2:00 w nocy.
      Pół godziny przed przyjazdem karetki 6-latce ponownie włożono czopik na zbicie temperatury. Na moment przed przyjazdem karetki, Marcelina miała mieć ponad 40 stopni gorączki.
      - Lekarz, jak przyjechał od razu zaczął cyganić - mówi Barbara Olejnik. Jej zdaniem Roman Bardoń mierząc dziecku temperaturę miał stwierdzić, że termometr wskazuje 39,5°C, podczas, gdy zdaniem naszych rozmówczyń termometr wskazywał ponad 40 stopni.
      - Patrząc na termometr powiedziałam, że jest 40 i 4 kreski, to powiedział, że się odlicza. Pytał czy coś podawaliśmy, bratowa powiedziała, że podała jej czopik. Pomimo to wziął nogi dziecka do góry i wsadził kolejny czopek - opowiada Magdalena Olejnik.
      - Zachowywał się tak, jakby miał przed sobą krowę, a nie dziecko, robił to na dodatek w gumowych rękawiczkach, a później na trzy godziny kazał dziecko do wanny włożyć - dodała matka dziecka.
      Zdaniem Barbary Olejnik, lekarz miał stwierdzić u Marceliny infekcję i proponował, by ubrać dziecko i jechać z nim do Barcina. Tam mieszkańcy gminy Dąbrowa mają zabezpieczone usługi nocnej i świątecznej opieki medycznej.
      - Do tego powiedział, że jest potrzebny antybiotyk, a on nie jest od wypisywania recept. To zapytałam po co jest pan na dyżurze, niech mi pan wytłumaczy. Pan przychodzi na dyżur spać, czy jest pan po to, żeby pomagać. On wtedy stwierdził, że jest tu zbyteczny i pytał, po co go w ogóle wzywaliśmy. My od czasu, do czasu małej podajemy smoczek, tak sporadycznie. On nie mając się do czego przyczepić, zapytał Marcelinkę czyj on jest i kto jej to kupił. Powiedziała, że mama, wtedy on spytał: „Czy pani ma dobrze w głowie, smoczek kupować, jak ma tyle lat”. W złości powiedział, że za karetkę zapłacimy 700 zł, bo przyjechał tutaj na głupotę. W dalszej rozmowie powiedział do córki o mnie „a pani to niech tę panią wyeliminuje”. Nie wiem, co to miało znaczyć. Zapytałam, co ma na myśli, może, że jestem psychicznie chora. Powiedziałam, że ma karetkę, to niech mnie zawiezie do Gniezna. Wtedy mówił, że on tak nie powiedział, a ja powiedziałam ale ma pan to na myśli. To wszystko odbywało się przy sanitariuszach - opowiada Barbara Olejnik.
      JAK TYLKO PRZYJDZIE RACHUNEK
      Według naszych czytelniczek, jeszcze przy opuszczaniu mieszkania Roman Bardoń miał im przypominać, żeby spodziewały się rachunku.
      Po odjeździe karetki pani Barbara zadzwoniła do dyspozytorki mogileńskiego pogotowia i miała powiedzieć:
      - Mówiłam, żeby ta pani przekazała panu Bardoniowi, że jak wystawi rachunek, to wtedy dopiero przestanę nad sobą panować i przyjadę do pogotowia. A takiego dziadostwa tych lekarzy, to nauczył tylko poprzedni dyrektor. Teraz jak jest nowy dyrektor Michał Ogrodowicz, to może zrobi z nimi porządek.
      Krótko po odjeździe pogotowia z Mogilna, babcia Marceliny zadzwoniła po lekarza ze Żnina i poprosiła o prywatną wizytę. Pani doktor miała zapisać antybiotyk i dopiero po jego zaaplikowaniu Marcelina zaczęła wracać do zdrowia.
      - Więc są jednak lekarze z powołania i mają serce, ażeby pomóc chorym. Czy lekarz Bardoń jest lekarzem z powołania, a może cierpi na znieczulicę ludzką. A może więcej, interesuje go, czy dziecko od czasu do czasu ciągnie smoczek i zadaje pytanie, czy jego matka ma z głową, tak jak było ze mną? - pyta Helena Olejnik.
      Magdalena Olejnik twierdzi, że wezwały pogotowie do gorączkującej Marceliny z obawy przed sepsą.
      - Moja córka miała latem sepsę i do dzisiaj jest pod ścisłym nadzorem lekarza, a objawami sepsy jest właśnie wysoka temperatura i dużo dzieci w ostatnim czasie choruje na sepsę. Miałyśmy prawo mieć takie obawy - powiedziała Magdalena Olejnik.
      SKARGA U DYREKTORA
      W poniedziałek, 28 października Helena Olejnik złożyła u dyrektora SPZOZ Michała Ogrodowicza skargę na potraktowanie jej rodziny przez Romana Bardonia.
      Proszę pana dyrektora o podjęcie odpowiednich kroków, ponieważ tak dalej nie może funkcjonować pomoc w pogotowiu, a może czas na zmianę lekarzy w tym pogotowiu. Jak do tej pory jest brak dyscypliny, a kierowcy i sanitariusze są bezradni, bo jak coś powiedzą nie tak, to mogą się bardzo szybko pozbyć pracy - napisała m.in. w skardze Helena Olejnik.
      We worek, 29 października poprosiliśmy o skomentowanie zaistniałej sytuacji wicedyrektor SPZOZ Barbarę Buzałę. Minął jednak zbyt krótki okres i sprawa nie była jeszcze wyjaśniona.
      Powiedziała jedynie, że lekarze pogotowia nie mają recept i recept nie wypisują. - Wyjazdówka polega na tym, że albo udziela się pomocy doraźnej na miejscu, albo zabiera się do szpitala - powiedziała nam Barbara Buzała.
      OPINIE WYRAŻAŁA BABCIA
      Tego samego dnia po południu rozmawialiśmy z dyżurującym w pogotowiu Romanem Bardoniem. Przygotowywał właśnie pisemną odpowiedź dla dyrekcji SPZOZ na zarzuty Heleny Olejnik.
      Zdaniem lekarza skoro dziecko od 16:00 miało gorączkę i znajdowało się w przedszkolu, kilkaset metrów od Ośrodka Zdrowia w Dąbrowie, matka powinna tam udać się z dzieckiem do lekarza. Pomimo, że temperatura narastała zdaniem Romana Bardonia nie spowodowało to decyzji o udaniu się do lekarza Nocnej i Świątecznej POZ w Barcinie. Nie podjęto również jakiejkolwiek próby skontaktowania się z lekarzem dyżurnym NiŚPOZ w Barcinie.
      Po 1:00 pomimo wyjaśniania, że zgłoszenie się z dzieckiem lub wizyta lekarza NiŚPOZ jest właściwszym sposobem porady lekarskiej, zdaniem Romana Bardonia rodzina domagała się przyjazdu zespołu S.
      - Nie znam treści rozmowy z lekarzem dyżurnym NiŚPOZ w Mogilnie. Wiem tylko, że ja zadeklarowałem się, że przyjadę (...) Dziecko zostało przeze mnie zbadane, wypytałem rodziców, co się działo, rozmawiałem z badaną dziewczynką, dokładnie osłuchałem. Dziewczynka sama bez oporu pokazała mi gardło, odpowiadała na pytania, pozwalała się osłuchać, bez oporu zgodziła się na pomiar temperatury, podanie doodbytnicze leku przeciwgorączkowego. Moje „szałaputne” zachowanie skutkowało dobrym kontaktem i bezproblemowym działaniem terapeutycznym. Jednocześnie informuję, że przyjąłem do wiadomości fakt wcześniejszego podania leku i podawanych mi wartości ciepłoty ciała. Temperatura 40,4 i 39,40C to wysoka gorączka i należy z nią efektywnie walczyć. Podałem dziecku 2/3 czopka (ok.160 mg) właśnie ze względu na fakt wcześniejszego podania leku. Nakazałem jednocześnie wykonanie miłej dla dziecka, nie zimnej kąpieli, która w krótkim czasie pozwoliłaby na znaczne obniżenie ciepłoty ciała. To zalecenie nie zostało jednak przez dorosłych wykonane - twierdzi Roman Bardoń.
      Ponadto Roman Bardoń opisuje, że we wszystkich zdarzeniach brała udział babcia dziecka. Jego zdaniem nikt tam nie miał pretensji o nic, tylko babcia. Rodzice zdaniem Romana Bardonia tylko słuchali.
      - Za tym wszystkim stoi babka, bo ona groziła, ja wam pokażę i wychodząc z domu, mimo, że byłem mocno podirytowany krzywdzącymi mnie ocenami, ale nie podniosłem głosu - powiedział nam Roman Bardoń.
      Stwierdził, że wyjaśniał rodzinie, iż należy się jednak udać z dzieckiem do lekarza POZ, bo dziecko wymaga ze względu na infekcję dalszego leczenia, a zespoły pogotowia nie wypisują recept od kilku lat.
      - Powiedziałem również, że należało wcześniej udać się do POZ, a nie późno wzywać zespół „S” i w tym rozumieniu wzywanie karetki jest nieuzasadnione. Zdecydowanie nie straszyłem ani nie informowałem w tym momencie o zamiarze obciążania kogokolwiek kosztami wyjazdu zespołu. Moja ocena wywołała u babki falę wzburzenia. Dorosła osoba wyraziła się - „nie będę z głupotami jeździć do ośrodka”. A jednocześnie kilkakrotnie wyraziła opinię, że lekarze pogotowia na dyżurach myślą wyłącznie o tym, aby się wyspać. Nie nakazałem matce dziecka „wyeliminować”, a zdyscyplinować wielokrotnie obrażającą mnie osobiście i lekarzy ogólnie babkę dziecka. Ponieważ już wtedy babka groziła poinformowaniem prasy i ministerstwa, przedstawiłem się, aby mogła odnieść się konkretnie do mojej osoby. Wtedy usłyszałem, że o mnie konkretnie też ma wyrobioną negatywną opinię, ale nie chciała powiedzieć, na podstawie jakich informacji tę opinię opiera. W związku z tym wychodząc poinformowałem będącego tam mężczyznę (prawdopodobnie ojca dziecka), że ze względu na zachowanie babki dziecka i jej wielokrotnie powtarzane obrażające mnie osobiście opinie będę rozważał obciążenie wzywających kosztami wyjazdu zespołu. Osobą będącą najbardziej głośną, wyrażającą krzywdzące mnie opinie była babka dziecka. Dlatego jestem zdziwiony, że pismo jest podpisane przez matkę dziecka. Zarzut o to, że badałem dziecko będąc w gumowych rękawiczkach pozostawiam bez komentarza - twierdzi Roman Bardoń.
      NIE BĘDZIE RACHUNKU
      Po powrocie do Mogilna Roman Bardoń podjął decyzję, że nie będzie wnioskował o obciążenie kosztami nieuzasadnionego wyjazdu. W świetle obecnie stawianych mu zarzutów, jak twierdzi mógł jednak uczynić inaczej.
      Roman Bardoń stwierdził, że przychodzi do pracy po to, żeby wyjeżdżać na wezwania do chorych, a nie po to, żeby spać.
      - Ale jak nie mam wyjazdu do chorych, to wolno mi jest się położyć. Jak zadzwoni telefon, to obieram telefon i mówię „dobrze” - usłyszeliśmy.
      Następnie Roman Bardoń pytał nas, czy to jest materiał na artykuł?
      - To wyrazy współczucia. Pan powinien swoją pracę wykonać w sposób świadomy i niezależny. Oczywiście ma pan wolną wolę, żeby zająć się tym. Mam tylko nadzieję, że zrobi pan to w sposób rzetelny - mówił Roman Bardoń.
      Zaznaczył też, że od paru lat zmierza się do tego, żeby karetka reanimacyjna, która jest jedna na powiat specjalistyczna nie była używana do banalnych zachorowań: - Bo jak wytłumaczyć, jak jestem u dziecka oczywiście chorego w Mierucinie, a w tym czasie np. w Goryszewie ma ktoś zawał.
      Reporterowi tłumaczył, iż powiedział faktycznie, że rozważa obciążenie rodziny kosztami wyjazdu. - Nie dlatego, że dziecko było zdrowe, czy chore, a tylko dlatego, że babka dziecka w sposób wstrętny się do mnie odniosła. Ale nie zrobiłem tego, a ona jedzie po mnie, jak po kobyle i jeszcze jest bezkarna - dodał Roman Bardoń.

Magdalena Lachowicz
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1133 (44/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości