Reklama

Los pracowników w szpitalnym bałaganie

Starosta Tomasz Barczak oraz dyrektor SPZOZ Marek Gotowała praktycznie w ciszy przesiedzieli całe spotkanie. Dyrektor zrobił obszerne notatki. fot. Damian Stawski Starosta Tomasz Barczak oraz dyrektor SPZOZ Marek Gotowała praktycznie w ciszy przesiedzieli całe spotkanie. Dyrektor zrobił obszerne notatki. fot. Damian Stawski

Mogilno, szpital, spotkanie, skargi, Sierpień "80
     Los pracowników w szpitalnym bałaganie
     Najwięcej pretensji miały pielęgniarki, które nie wykonują swej pracy zgodnie z kontraktem z NFZ na oddziale wewnętrznym szpitala w Mogilnie, tylko są przerzucane między oddziałem, izbą przyjęć i poradnią kardiologiczną. Pretensje miała pielęgniarka rodzinna, której nie płaci się za weekendowe wyjazdy. Pytała, kiedy ma brać za to dni wolne, kiedy cały tydzień pracuje. Pracownicy nie mają przydziałów obowiązków, w rejestracji panuje archaiczna rzeczywistość.

     3 marca w budynku Starostwa Powiatowego przy ul. Ogrodowej w Mogilnie odbyło się spotkanie około 30-osobowej grupy pracowników SPZOZ z władzami samorządowymi powiatu mogileńskiego zorganizowane z inicjatywy związku zawodowego WZZ Sierpień`80 w Bydgoszczy. Pracownicy zgłaszali głównie do dyrektora SPZOZ Marka Gotowały mnóstwo uwag co do funkcjonowania szpitala, oddziałów szpitalnych i przestrzegania prawa pracy.
     O OPERATORZE
     Najpierw przewodniczący Sierpnia`80 Jacek Siekierski poprosił dyrektora SPZOZ Marka Gotowałę o przedstawienie bieżącego stanu prac nad wyborem przyszłego operatora w szpitalu. Dyrektor Gotowała mówił, że w tej chwili nie ma pomysłu, by przekształcić SPZOZ w spółkę kapitałową. SPZOZ - jego zdaniem - będzie dalej samodzielny, z tą różnicą, że część majątku zostanie wydzierżawiona operatorowi, by prowadził działalność leczniczą. Jak tłumaczył, zbliża się czas, kiedy zostanie wyłoniony jeden z dwóch podmiotów w negocjacjach. Jednym z kolejnych etapów ma być udział w negocjacjach związków zawodowych. - Podmiot będzie zobligowany zarządzeniem do rozmawiania ze stroną społeczną - tłumaczył dyrektor Gotowała.
     Marek Gotowała uważa, że brak rozstrzygnięcia i niewyłonienie operatora może grozić nawet likwidacją SPZOZ.
     - Rozmawiać to my sobie możemy 10 lat. Mówię tu o zawarciu umowy, bo samo podjęcie przez operatora rozmów to jest miękki warunek - tłumaczył Jacek Siekierski. Jego zdaniem, w umowie strony społecznej z operatorem muszą znaleźć się dwa punkty: gwarancja zatrudnienia dla załogi oraz gwarancja podwyżki dla załogi. Jacek Siekierski dodał, że związki zawodowe będą starały się o to, by gwarantem wykonania umowy z operatorem było Starostwo Powiatowe. - Bo się czasem operator zwinie w nocy razem ze sprzętem - komentował związkowiec.

Pielęgniarki z oddziału wewnętrznego miały ogromne pretensje o to, że zamiast pracować na swoim macierzystym oddziale muszą biegać do izby przyjęć i do poradni kardiologicznej. Czują się niedocenione przez dyrekcję SPZOZ. fot. Damian Stawski

     JEDNA W TRZECH MIEJSCACH
     Większość osób obecnych na spotkaniu stanowiły pielęgniarki. Jedna z pań przedstawiła sytuację pielęgniarek z oddziału wewnętrznego szpitala w Mogilnie. Podkreślała, że kadra jest za szczupła, a pielęgniarki muszą często pracować nie na tym oddziale, na którym wypełniają kontrakt.
     Przedstawiła taką oto częstą sytuację, że pielęgniarka poproszona przez lekarza schodzi z dyżuru na oddziale wewnętrznym i idzie na izbę przyjęć. Wtedy na oddziale zostaje tylko jedna lub dwie pielęgniarki (w zależności od dyżuru). Co będzie, gdy coś się na oddziale wydarzy niedobrego? - Tę na izbie przyjęć rodzina zaskarży, bo ona jest tam bezprawnie, bo ona zrobiła sobie samowolkę. Nie jest na oddziale, tylko zeszła na dół, bo ją poprosił lekarz - tak komentowała jedna z pań.
     Inna z pań tak wyraziła swoje niezadowolenie: - Pielęgniarka musi znaleźć się wszędzie, musi znaleźć się na oddziale, musi znaleźć się u lekarza, wszędzie. I  na izbie przyjęć.
     Jeszcze inna pielęgniarka przypomniała dyrektorowi, że była u niego w październiku ubiegłego roku i rozmawiali o podjętej wtedy decyzji, że od 1 listopada będą trzy pielęgniarki na oddziale wewnętrznym. - Dowiedziałam się wtedy, że są zatrudnieni ratownicy, którzy mają zapłacone 18 zł/h i mają nam pomagać. Ja się pytałam, jaki zakres jest ich obowiązków, żeby nam pomagali. Pan mi nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, nie mówiąc już o naczelnej pielęgniarce. Pan mi odpowiedział w ten sposób, że „on jest do towarzystwa”. Ja chodzę tutaj do pracy - pielęgniarka zwróciła uwagę dyrektorowi.
     Nie tylko w izbie przyjęć można zobaczyć pielęgniarkę z oddziału wewnętrznego. Jak mówiły panie, są też oddelegowane do poradni kardiologicznej. - Lekarz ma za to płacone, a my nie mamy nic. Tak samo za izbę przyjęć też mają lekarze zapłacone, a my nie mamy ani grosza dołożonego - mówiły.
     Padło zaproszenie dla dyrektora Gotowały, by ten przyszedł zobaczyć, jak funkcjonuje to na oddziale wewnętrznym. - Od 19:45 do 3:00 koleżanka była na izbie przyjęć, a dwie na oddziale. Nie mówiąc już o komputerach, gdzie trzeba wszystko wprowadzić. Gdzie tu podejście do pacjenta? Nie ma czasu. A potem rodziny mają pretensje, że mama nie nakarmiona, ojciec nie przebrany, a my się tłumaczymy: „proszę poczekać, jestem sama, przyjdzie koleżanka z dołu to zrobimy te czynności” - mówiły. Każdy oddział jest zakontraktowany z NFZ i na każdym oddziale musi być wypełniany kontrakt. Tymczasem praca jednej pielęgniarki od razu na trzech oddziałach wiąże się tak naprawdę z ukryciem kosztów
     - Każdy pracownik powinien mieć swój przydział obowiązków - zwracał uwagę dyrektor Gotowała. Z dyskusji wynikało, że pracownicy zakresu obowiązków nie mają.
     Do dyskusji wtrącił się szef Sierpnia`80 Jacek Siekierski: - Pracownicy muszą mieć zakres obowiązków, bo mają prawo odmawiać niektórych poleceń, a nie mając zakresu obowiązku nie mogą odmówić. I teraz żadna z pań nie jest świadoma tego, czy można go odmówić czy nie - tłumaczył. Pielęgniarki żaliły się także dyrektorowi, że sporo problemu ma sprawiać im pielęgniarka naczelna. - Ona tłumaczy, że w zakresie obowiązków mamy tak, że może nas na trzy miesiące gdzie chce posłać - mówiły.
     Dyrektor Gotowała wyjaśniał, że za sprawy pielęgniarek odpowiada pielęgniarka naczelna.
     - Generalnie to, co panie tutaj powiedziały, wiąże się z jedną rzeczą panie dyrektorze, to jest złe zarządzanie - dodał przewodniczący związkowców. Potem w dalszej części spotkania zażartował jeszcze o tej sytuacji, kiedy pielęgniarki biegają po oddziałach: - Jak pan, panie dyrektorze, jest w izbie przyjęć, to rozmawia pan z tą pielęgniarką, która jest na oddziale.
     Pielęgniarki postulowały oddzielenie izby przyjęć od oddziału wewnętrznego. Dodatkowo zwracały uwagę, że lekarz pracujący na oddziale i na izbie przyjęć ma zapłacone za to i za to. One zaś nie.
     JAK SIĘ PRACUJE W PRZYCHODNI
     Jako kolejna głos zabrała pielęgniarka z Przychodni Zdrowia przy ul. Kościuszki w Mogilnie, gdzie również mieści się gabinet dyrektora Marka Gotowały. - Tam jest pan codziennie - zwracała uwagę.
     - W tej chwili, my pielęgniarki, jeśli chodzi o naszą pracę i nasze środowisko, to wszystko leży. W tej chwili jedna pielęgniarka jest w poradni chirurgicznej, jedna znowu była z łapanki wzięta na dwa dyżury do zabiegowego, teraz następna koleżanka dostała wolne po dwóch miesiącach, bo była w POZ, teraz musi mieć oddane wolne, bo miała nadgodziny, a w środowisku dzisiaj na rano została jedna pielęgniarka, ja mam popołudniówkę. Chodzę ja lub koleżanka na zmianę, żeby wszyscy pacjenci mieli porobione wyniki krwi, żeby dzieci miały robione zastrzyki, gdzie zabiegów jest teraz bardzo dużo. Czy pan kiedykolwiek usłyszał zażalenie na pielęgniarkę w szpitalu czy w przychodni, że któreś źle pracują? Nigdy - mówiła rozżalona.
     Pielęgniarki wyraźnie czuły się niedocenione. - Tego nie usłyszałem - potwierdził dyrektor Gotowała.
     - Gdyby nie pielęgniarki, to by ten ZOZ już dawno nie istniał - to jest jedna sprawa. Poza tym ja pracuję jako pielęgniarka rodzinna. Mój angaż jest taki, że ja pracuję od poniedziałku od 7:00 rano do piątku do 18:00. Wtedy się kończy praca pielęgniarki rodzinnej. Tak mi zakontraktowano przez NFZ. Wykonuję także zabiegi - ja i koleżanki z Gębic, z Wylatowa, wykonujemy zabiegi sobotnio-niedzielne wyjazdowe, które należą do POZ nocno-świąteczno-wyjazdowego. Ja tam pracując nie mam za to zapłacone, tylko mam wziąć sobie wolne. Ale kiedy? - pytała zdenerwowana pielęgniarka.
     Pielęgniarka dodała, że gdy chciałaby wziąć wolne w poniedziałek czy wtorek, to nie może tego zrobić, bo nie ma kto pracować. - Ja w tej chwili pracuję 10 dzień bez dnia wolnego, w sobotę mieliśmy dyżur razem ze Sławkiem Śródeckim, Może Sławek powiedzieć, jak długo się jeździ na zabiegach. Kiedy się robi cały teren za wszystkie poradnie (...) Kiedy mnie nie ma, to koleżanka musi zrobić wszystkie prace, i jej i moje. Gdzie są te pieniądze? Tak się nie da pracować, bo my pracujemy bez wolnego i na dodatek ciągle słyszymy, że wszystko robimy źle, nic nie robimy i że jest nas za dużo - mówiła.
     Sławomir Śródecki, kierowca w SPZOZ oraz jednocześnie przedstawiciel Sierpnia`80 zwracał uwagę, że jest to taka sama sytuacja, jak w przypadku pielęgniarek z oddziału wewnętrznego, które wykonują więcej prac niż powinny.

Reklama
Na fatalne warunki pracy zwracała uwagę również jedna z recepcjonistek fot. Damian Stawski

     PACJENT GO KOPNĄŁ
     Sławomir Śródecki mówił o jeszcze jednej rzeczy. Pielęgniarka jest przydzielona do oddziału wewnętrznego, a musi schodzić do izby przyjęć. Gdy coś jej się stanie, to będzie ona jedyną winną tej sytuacji.
     Zwracał uwagę: - One mają angaże i wiedzą, że muszą pracować na oddziale wewnętrznym. Schodząc z wewnętrznego na izbę przyjęć, niech się przewróci, niech jej coś spadnie na nogę, według prawa pójdzie do Sądu Pracy, a sędzia jej się zapyta „A co pani robiła na izbie przyjęć”.
     Mówił, że były już takie przykłady dotyczące sanitariuszy i kierowców. - Kolega szedł na oddział, dostał w twarz czy coś, pacjent go kopnął, sprawa trafiła do sądu, bo się skarżył, że jako wypadek w pracy, a sędzia mu się spytał „Panie, a kim pan jest”, a on, że kierowcą-sanitariuszem, „a gdzie pan powinien pacjenta zaprowadzić?”, no to powiedział, że na izbę przyjęć, „to po co pan go prowadził do góry na oddział?”, to pan sobie poszedł tak i na tym się kończy - opowiadał Sławomir Śródecki.
     Sławomir Śródecki zwrócił po raz kolejny uwagę, że jest to wynik braku przydziału obowiązków w SPZOZ Mogilno. - Jest samowola - tak uważa pracownik i związkowiec.
     PACJENT KUPIŁ WYCIERACZKI
     Kolejne głosy podczas spotkania płynęły z rehabilitacji w Mogilnie. Sprawa dotyczyła ptasich odchodów.
     Jedna z pań mówiła: - Chodzi mi o sprawę gołębi, które mają swoje siedlisko nad przejściem służbowym dla transportowców i dla nas, pracowników fizjoterapii. Nie można tych rzeczy jakoś od kilku już lat załatwić. Tamte gołębie robią na te schodki pomijając to, że te schody są nierówne - fakt to jest wejście służbowe - ale pacjenci do pracowni fizjoterapii też wchodzą. Wnosimy z zabrudzonych schodów ptasie odchody my, jako pracownicy, wnoszą odwiedzający pacjentów na ZOL, bo tam jest przejście od razu na ZOL, wchodzą pacjenci przejściem służbowym do nas na własną odpowiedzialność, bo jest tabliczka „przejście służbowe”, która wreszcie się pojawiła. Ta pracownia fizjoterapii to jest taki dworzec auto-tranzyt, gdzie przechodzą wszyscy, do laboratorium, do lekarza, do rentgena i nikt się nie pyta, czy może tędy przejść, nikt nie respektuje tabliczki „przejście służbowe”. No ludzie kochani, to jest pracownia, gdzie powinno być higienicznie.
     Wielokrotnie zwracała się z zamówieniem o zakup wycieraczek. - Miałam obiecaną wycieraczkę od pana Jakubowskiego na grudzień zeszłego roku, mamy notabene marzec - wycieraczki nie dostałam - mówiła. Tutaj jednak - jak mówiła - sprawdziła się jej sprytna koleżanka: - Poprosiła pacjenta i pacjent zafundował trzy wycieraczki. W tej chwili można podeszwy wytrzeć.
     TAJEMNICZE PRZELICZENIE
     Jacek Siekierski zwrócił również uwagę, że dochodzą go słuchy o niewypełnieniu treści porozumienia SPZOZ z Sierpniem`80 dotyczącego podwyżki o 100 zł brutto w listopadzie i grudniu dla każdego pracownika SPZOZ. - Wypłacane były kwoty w granicach 63 zł. Dlaczego? - pytał Jacek Siekierski.
     - Może do ręki tak wyszło - mówił dyrektor. - Nie, bo do ręki wyszło 56 zł - odezwała się jedna z pracownic z sali. Dyrektor mówił, że kwotę 100 zł traktował jako kwotę brutto. Wtedy uwagę zwrócił po raz kolejny Jacek Siekierski: - 100 zł brutto to jest w granicach 70 zł do ręki, a tutaj jest jakieś tajemnicze przeliczenie. Dyrektor twierdził, że słowa dotrzymał i 100 zł zostało wypłacone każdemu pracownikowi. Jacek Siekierski poprosił więc, by związkowi został przekazany sposób liczenia kwot wynagrodzenia.
     Poruszony został też temat kwot wypłacanych z NFZ w ramach porozumienia Ministerstwa Zdrowia ze Związkiem Pielęgniarek i Położnych. W ramach tego porozumienia do wynagrodzenia pielęgniarki szpitalne miały mieć dołożoną kwotę 400 zł. Jak mówiły pracownice szpitala, na kwitkach nie wiadomo za co dostają daną kwotę wypłacaną przez pracodawcę.
     - Skupiłem się na wypłacaniu pieniędzy, a nie na kwitkach - tłumaczył dyrektor Gotowała. Z kolei pracująca w recepcji Ewa Kwit zwracała uwagę, że podstawą wynagrodzenia jest kwota 1.850 zł, a mimo wysługi lat pracownice nie zarabiają więcej. Wysługa lat jest jednym ze składników podstawy wynagrodzenia.
     - Tu się spotkaliśmy i ustaliliśmy, że to jest niesprawiedliwe - przypomniał dyrektor wcześniejsze spotkanie pracownikami.

Organizator spotkania Jacek Siekierski zwracał uwagę na to, że sytuacja personelu i bałagan w SPZOZ wynikają ze złego zarządzania szpitalem fot. Damian Stawski

     TELEFONY SŁUŻBOWE
     Kolejny zasygnalizowanym problemem był kontakt dyrekcji szpitala z pracownikami.
     - Każdy z państwa z dyrekcji ma telefony służbowe i ja dzwonię, jak mam problem, duży problem, to żaden z was nie odbiera telefonu - mówiła jedna z pracownic. - Ja zawsze odbieram - odpierał zarzuty dyrektor Gotowała. - Nie, ja dzwoniłam do pana, dzwoniłam do pana Nowaka, dzwoniłam do naczelnej, dzwoniłam do pani Buzałowej, żaden z was nie odbierał, a był duży problem - wymieniała.
     - Teraz mam wyłączony telefon, jak teraz pani dzwoni, to nie odbieram - dyrektor kpiąco próbował wybrnąć z sytuacji.
     WYJAZDY DO SĄDU
     Jacek Siekierski zwracał uwagę na jeszcze jedną rzecz, z jego perspektywy skandaliczną. Chodziło o toczący się spór w sądzie między SPZOZ a firmą Biznes Partner. Sprawa dotyczy podpisanej w latach 2008-2011 umowy na świadczenie usług medycznych, zawartej przez ówczesnego dyrektora SPZOZ Jerzego Krigera. Firma podpisywała z pracownikami umowy zlecenia i dotyczyły ona świadczenia dyżurów przede wszystkim przez pielęgniarki i położne, w mniejszym stopniu dotyczyło to innych grup zawodowych, jak kierowcy, laboranci czy jeszcze wtedy ratownicy.
     Interpretacja ZUS jest taka, że jeżeli pracownik za pośrednictwem innej firmy świadczył usługi na rzecz swojej macierzystej firmy, czyli w tym przypadku SPZOZ w Mogilnie, jest jej pracownikiem w dalszym ciągu i od umowy zlecenie powinny być odprowadzane składki społeczne i składki zdrowotne. Składki zdrowotne były odprowadzane przez firmę Biznes. Tę samą składkę ponownie miałby zapłacić SPZOZ w Mogilnie.
     W związku z tą sprawą pracownicy wzywani są na wokandę sądową do Bydgoszczy w charakterze świadka, przez co zmuszeni są do wzięcia urlopu lub też muszą planować zastępstwa.
     - Pracownicy wzywani są w charakterze świadka i mówi się im, żeby jeździli tam we własnym urlopie. To ja się pytam, kto dał d...? Pracownik czy pracodawca? My się domagamy zwrócenia tym, którzy jechali we własnym urlopie, dniówki i każdy pracownik wezwany w tej sprawie ma jechać na zasadach delegacji służbowej z zachowaniem prawa do wynagrodzenia, ponieważ tu ewidentnie ciała dał pracodawca - zwracał uwagę Jacek Siekierski.
     Dodatkowo zwracał uwagę, że podczas urlopu pracownicy nie powinni się zajmować niczym innym, jak tylko odpoczynkiem.
     - Urlop wypoczynkowy to jest zgodnie z kodeksem pracy moje 26 dni, żebym sobie odpoczął i nie mam obowiązku oddania jednego dnia pracodawcy, który czegoś nie dopilnował i dał się okantować przez podwykonawcę - mówił przewodniczący związkowców.
     - To akurat są kwestie, o których możemy porozmawiać - tłumaczył dyrektor.
     ZABÓJCZE SZUFLADY
     Jako kolejna głos zabrała recepcjonistka z Przychodni Zdrowia przy ul. Kościuszki, a jednocześnie pani pracująca jako pomoc stomatologiczna.
     - Ja pana dyrektora poprosiłam, żeby przyszedł do rejestracji i zobaczył te szafki, są w stanie opłakanym. Jak miałam dyżur, to jak wyciągałam jedną szufladę, to wyciągałam dwie szuflady, jak chciałam wsunąć jedną szufladę, wsuwały się obie szuflady - tłumaczyła.
     Przez niesprawne szafki ucierpiała też jedna z recepcjonistek. - Było zdarzenie, że koleżanka wyciągała szufladę, ona niezabezpieczona wypadła na jej części brzuszne, upadła i znowu była na chorobowym - tłumaczyła recepcjonistka.
     Dodatkowo zwracano uwagę, że karty choroby są w opłakanym stanie i jest ciasno. Szafek jest za mało.
     Jak tłumaczył dyrektor, rozmawiał już na ten temat z innymi recepcjonistkami i jest nawet już wybrany kolor szafek. - Niech pani zapyta koleżanek - zwracał się do recepcjonistki.
     Zagrożenie przychodzi również z podłogi, gdzie są ruchome płytki: - My o tym wszystkim mówimy, trąbimy, jak grochem o ścianę.

Reklama
Pielęgniarka rodzinna opowiadała, że nie ma wolnych weekendów, a za pracę nawet nie ma zapłacone. Wizyty wyjazdowe w weekendy zostają oddane jej jako czas wolny, lecz nie ma kiedy ich wykorzystać. fot. Damian Stawski

     KONTROLA CZIPOWA
     Jacek Siekierski poruszył jeszcze temat lekarzy, którzy mają często dyżury nałożone na siebie, nie wyrabiają wszystkich godzin, przyjeżdżają na godzinę do przychodni, a odbierają normalne wynagrodzenie: - Lekarze robią 72 godziny na dobę, ale takie rzeczy trzeba uciąć, bo kolosalne pieniądze płaci im SPZOZ Mogilno. Jeśli nadal mają pracować za tak kolosalne pieniądze, to niech wypełniają swoje kontrakty.
     Rozwiązaniem na ciągle zadłużający się SPZOZ w Mogilnie - według Jacka Siekierskiego - byłoby uruchomienie karty czipowej, która rejestrowałaby, czy lekarz rzeczywiście przebywa na oddziale, a nie jest przypadkiem w tym czasie w przychodni prywatnej.
     - Tak jak mogileńska pielęgniarka chciałaby tyle zarabiać co bydgoska pielęgniarka, tak bydgoski lekarz chciałby zarabiać tyle co mogileński - mówił Jacek Siekierski.
     ODPOWIEDZI MAŁO WYJAŚNIAJĄCE
     Zarówno starosta Tomasz Barczak, jak i dyrektor Marek Gotowała podczas spotkania robili notatki. Na pytania dyrektor odpowiadał jednak pobieżnie. Powiedział, że tymi sprawami będzie próbował się zająć. Najbardziej pracowników interesował przydział ich obowiązków. - Osobiście zajmę się tym, jeśli są braki - mówił dyrektor.
     Kolejne spotkanie ma być zorganizowane co kwartał i wtedy dyrektor będzie rozliczany z tej części bolączek, jakie przedstawili mu na spotkaniu pracownicy. Podczas spotkanie widać było, że o wielu poruszanych przez pracowników sprawach ani dyrektor, ani starosta nie wiedzieli.

Damian Stawski
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1256 (10/2016)

Reklama

 

Przejdź do forum.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości