Mogilno, ul. 900-lecia. W tym miejscu stał kiedyś dom Rozalii i Józefa Garczyńskich, w którym urodził się Jan Garczyński.
fot. Paweł Lachowicz
Ludzie ziemi mogileńskiej
Mogilnianin Jan Garczyński w drodze do świętości
W środę 23 kwietnia w kościele seminaryjnym Księży Werbistów w Pieniężnie, ks. arcybiskup Wojciech Zięba dokonał ceremonii uroczystego zamknięcia procesu beatyfikacyjnego na poziomie diecezjalnym werbisty, kleryka Jana Garczyńskiego, który zginął śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym w Dachau. W uroczystości wzięła udział delegacja z Mogilna, składająca się z członków rodziny oraz mogileńskich księży.
20 LAT W MOGILNIE
Kleryk Jan Garczyński urodził się 19 czerwca 1914 r. o 21:30 w Mogilnie. Był najstarszym synem mogileńskiego szewca Józefa Garczyńskiego i Rozalii z domu Winieckiej. Dziewięć dni po urodzeniu 28 czerwca 1914 r. został ochrzczony w mogileńskiej parafii pw. św. Jakuba, przez ówczesnego proboszcza Mieczysława Brodowskiego. Rodzicami chrzestnymi Jana Garczyńskiego byli: Pelagia Konieczka z Juncewa k. Damasławka i Leon Szczęsny z Trzemeszna. Adnotacja o przyjęciu chrztu znajduje się w Księdze Chrztów parafii Mogilno, które przechowywane są w Archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej pod sygnaturą akt AP 17/36, w roczniku 1914 pod pozycją 121. W mogileńskiej farze przyjął także w dniu 19 czerwca 1924 r. sakrament I Komunii Świętej i rok później 4 maja 1925 r. sakrament bierzmowania. W latach 1925-1929 kontynuował naukę w Szkole Wydziałowej w Mogilnie. W wieku sześciu lat stracił ojca. Ze względu na trudną sytuację materialną rodziny jako bardzo młody człowiek zmuszony był podjąć pracę zarobkową. Pracował w Powiatowym Zarządzie Drogowym w Mogilnie. Ostatnim stanowiskiem jakie zajmował przed wstąpieniem do zakonu było stanowisko stenotypisty. Jednak on nie wiązał z tą pracą swojej przyszłości ponieważ jego pragnieniem było zostać kapłanem-zakonnikiem. Ze względu na poczucie odpowiedzialności za matkę i młodsze rodzeństwo nie rezygnował jednak z pracy zarobkowej.
Siostrzenica kleryka Danuta Domagalska z Mogilna opowiada reporterowi gazety, że Jan miał w sumie cztery siostry, trzy z pierwszego małżeństwa i jedną z drugiego małżeństwa babci ze Stanisławem Alwinem. Jak pamięta, prawdopodobnie był on z Wymysłowa. Wśród trzech sióstr z pierwszego małżeństwa były bliźniaczki, które urodziły się w 1916 r., 2 lata po urodzeniu Jana.
- Jedną z nich była moja mama. Skory do pomocy był wszystkim, a przede wszystkim bardzo dobry uczeń. Niemiecki, angielski, łacina, greka, francuski znał bardzo dobrze. Biegły był w każdej dziedzinie, nie wiem skąd to się u niego brało, ale świadectwa miał zawsze wzorowe. W rozmowach rodzinnych mówiono zawsze, że był bardzo skromny, cokolwiek robił, to robił to zawsze z sercem. W życiorysie sporządzonym w momencie rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego napisano, że Jan miał sześć lat jak zmarł jego ojciec, a tak właściwie to miał on cztery lata. Nie było im łatwo jak zmarł ojciec. W domu zostały same kobiety, już wtedy Jan wiedział, że musi zastąpić w domu ojca. Wszyscy mówili, że mają kamienicę i pół hektara ziemi (teraz znajdują się tam bloki przy ulicy 900-lecia) to sobie poradzicie. Ale Jan poszedł do pracy. Z tego co ja wiem to pracował w Starostwie, rozpoczynając pracę od najniższego stanowiska, dzięki swojemu zaangażowaniu później awansował. Chodząc do pracy, jego droga
przebiegała zawsze przez Farę. Najpierw odwiedzał kościół, tam w wybranym przez siebie stałym kąciku się modlił, a dopiero potem szedł do pracy. Jego serdecznym kolegą był nieżyjący już Marian Mrugowski.
DROGA ZAKONNIKA
Gdy matka wyszła ponownie za mąż za Stanisława Alwina i sytuacja finansowa rodziny poprawiła się, w 1934 r. złożył dokumenty do Małego Misyjnego Seminarium w Bruczkowie (wieś leżąca w południowej części województwa wielkopolskiego, należy do powiatu gostyńskiego i gm. Borek Wlkp.) i rozpoczął życie w strukturach Zgromadzenia Słowa Bożego. Matka jego cały czas sprzeciwiała się jego pójściu do klasztoru, widząc jednak stanowczość syna w końcu uległa. On w tym czasie stosował się ściśle do rad ewangelicznych Pana Jezusa przyjmując słowa: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. Danuta Domagalska mówi: - Babcia zawsze powtarzała, jak masz być dobrym księdzem-misjonarzem to idź, ale jak masz być marnym to lepiej zrezygnuj. Okazało się, że jego powołanie było bardzo silne.
Siostrzenica werbisty Danuta Domagalska z MogilnaPo ukończeniu szkoły w Bruczkowie kontynuował dalszą naukę w Niższym Seminarium Duchownym pw. królowej Apostołów w Rybniku. Tam w 1937 r. ukończył gimnazjum i wyjechał do Górnej Grupy. Już w czasach gimnazjalnych wyróżniał się niezwykłą pobożnością i skromnością. Na modlitwach zawsze był przed umówionym czasem, poświęcając każdą chwilę na indywidualną modlitwę. Cieszył się szacunkiem współbraci, gdyż potrafił łączyć skupienie i zaangażowanie w życiu modlitewnym z humorem i energią. Miał wówczas 23 lata, ale jego wysoki, postawny wygląd, powaga dodawały mu wieku i odnoszono się do niego „Sie”, co z niemieckiego znaczy pan.
POBYT W CHLUDOWIE
8 września 1938 r. nastąpiły jego obłóczyny i oficjalnie rozpoczął nowicjat w Chludowie. W dniu wybuchu II wojny światowej był w trakcie odbywania swojego dwuletniego nowicjatu. - Wybuchła wojna. Rodzina chciała, żeby wrócił, że po wojnie skończy maturę, ale on twierdził, że tam jest jego miejsce, jego dom i współbracia. Droga kapłaństwa była dla niego wszystkim - mówi Danuta Domagalska. Wkrótce po wybuchu wojny władze niemieckie przeprowadziły
obowiązkowy rejestr wszystkich mieszkańców Chludowa. Wówczas w misyjnym domu ojców werbistów w Chludowie k. Poznania przebywało trzydziestu czterech
werbistowskich seminarzystów. Wśród nich był mogilnianin, kleryk Jan Garczyński. Po przeprowadzeniu rejestru nie mógł już się swobodnie poruszać, na każde wyjście musiał starać się o przepustkę od miejscowego sołtysa powołanego przez władze niemieckie. To właśnie sołtys kontrolował wszystkie wyjazdy i przyjazdy obcych do klasztoru oraz wszystkie prowadzone tam rozmowy.
Werbista Jan Garczyński z MogilnaKlasztor nadzwyczaj często odwiedzał oficer SS Franz Wolf, który nadzorował klasztor i mieszkającą tam wspólnotę. 4 września polskie władze nakazały wszystkim mieszkańcom wioski ewakuację przed nadciągającymi oddziałami niemieckimi. Po południu klerycy opuścili dom pod przewodnictwem ojca Jana Chodzidły. Udali się w kierunku Warszawy, ale ciągle naloty Niemców i świst spadających bomb utwierdziły ich w przekonaniu, że nie mają żadnych szans na przeżycie. Doszli do wniosku, że dalsza wędrówka nie ma sensu i powrócili do Chludowa, tam powitał ich ojciec Ludwik Mzyk.
INTERNOWANI
O. Bruno Kozieł - wówczas tak samo jak o. Marian Żelazek - student drugiego roku filozofii wspomina: „Esesmani pojawili się u nas po raz pierwszy w październiku 1939 r. Wszystkich spisali, dopytując się, czy są wśród nas Niemcy. Byli tylko Polacy. Odjechali i był spokój, ale do czasu”. 25 stycznia 1940 r. internowano wszystkich mieszkańców seminarium i dowieziono jeszcze 40 innych księży z Poznania i okolic. W tym samym dniu gestapo aresztowało magistra nowicjatu o. Ludwika Mzyka.
„25 stycznia przywieźli do naszego domu kilkudziesięciu księży diecezjalnych i zakonnych z archidiecezji poznańskiej. (14 marca dowieźli jeszcze ponad 20 kapłanów). Powiedzieli, że wszyscy, oni i my, jesteśmy internowani i nie możemy opuszczać Chludowa. Zabrali natomiast naszego rektora i magistra ojca Ludwika Mzyka, dziś jednego ze stu ośmiu Błogosławionych Polskich Męczenników. Został on aresztowany prawdopodobnie dlatego, że jako przełożony domu przeciwstawił się decyzji hitlerowców, aby urządzić z niego miejsce internowania poznańskich księży” - wspomina o. Bruno Kozieł. Po ciężkich katorgach ojciec Mzyk został zamordowany w forcie VII w Poznaniu.
PROCES BEATYFIKACYJNY To wydarzenie towarzyszyło Janowi Garczyńskiemu w dalszym jego życiu, we wszystkich etapach męczeństwa. Pomogło również znosić wszelkie prześladowania. Pomimo, że życie internowanych było bardzo ciężkie, a sytuacja ekonomiczna i żywieniowa tragiczna, to zajęcia w nowicjacie odbywały się normalnie. Dla przebywających w Chludowie księży i kleryków znakiem niepewności ich losu było nie tylko aresztowanie i śmierć rektora domu. Docierały do nich również od listopada 1939 r. wiadomości o masowych deportacjach polskich rodzin z Poznania i okolic. Oczywiście, w pierwszych latach niemieckiej okupacji Polacy nie wiedzieli, że najcięższe ciosy hitlerowskiego terroru spadną na Wielkopolskę jako historyczną kolebkę narodu polskiego oraz ośrodek ducha narodowego promieniujący na inne części Polski włączone do hitlerowskiej Rzeszy, zwłaszcza na Śląsk i Pomorze. Terror II wojny światowej nie ominął również kościoła katolickiego. Już po roku okupacji z około ośmiuset kapłanów diecezjalnych i zakonnych w archidiecezji poznańskiej pozostało zaledwie trzydziestu czterech. Wielu z nich Niemcy zamordowali lub wywieźli do obozów koncentracyjnych, zwłaszcza do najstarszego, istniejącego od 1933 r. hitlerowskiego obozu w Dachau. W takiej właśnie atmosferze wzmagającego się z dnia na dzień terroru werbistowska wspólnota w Chludowie przetrwała do maja 1940 r.
ŚLUBY ZAKONNE
19 maja nowicjusz Jan Garczyński wraz z trzema współbraćmi z kursu złożył w trybie przyśpieszonym swoje pierwsze śluby zakonne. Istniało bowiem zagrożenie, że internowani zostaną wywiezieni do obozu na terenie Rzeszy. I tak się też stało.
ESESMAŃSKIE SAMOCHODY
Wspólnota nie doczekała już Bożego Ciała. Jej los był przesądzony, musiała zostać zniszczona. Przed wywiezieniem do obozu koncentracyjnego hitlerowcy dali klerykom możliwość wyjazdu do Generalnej Guberni, ale nikt nie chciał się na to zgodzić.
W pamięci ojca Mariana Żelazka i ojca Bruno Kozieła, którzy jako nieliczni przeżyli katorgi w obozie w Dachau i całą wojnę utkwił 22 maja 1940 r. Gdy wraz z innymi klerykami z pierwszego i drugiego roku filozofii oraz z nowicjuszami przygotowywali się do Bożego Ciała, przed dom ojców werbistów w Chludowie zajechały dwa esesmańskie samochody ciężarowe. Niemcy mieli już przygotowaną listę nazwisk wszystkich osób przebywających w domu, który niegdyś był własnością znanego polityka, jednego z liderów Narodowej Demokracji Romana Dmowskiego. Po
wyczytaniu nazwisk, Niemcy rozkazali spakować się do wyjazdu. Wywieziono wszystkich kleryków, zostawiono tylko sześciu chorych. 22 maja 1940 roku Garczyński wraz z innymi klerykami i księżmi został przewieziony do Fortu VII w Poznaniu. Nocą natomiast przetransportowano go w bydlęcych wagonach do obozu koncentracyjnego w Dachau. Podróż trwała całą noc i do południa następnego dnia. Na ten właśnie dzień (25 maja) przypadła uroczystość Bożego Ciała. Więźniowie nie upadli na duchu. Zaaranżowali w pociągu niezwykłą modlitewną procesję.
DACHAU, NUMER 11090
Po dotarciu do Dachau Jan Garczyński otrzymał tam numer obozowy 11090. „Dojechaliśmy do Dachau około południa 25 maja - wspomina ojciec Bruno Kozieł. Ksiądz Smoliński jeden z internowanych w Chludowie kapłanów archidiecezji poznańskiej złapał się za głowę i zawołał: „Jezus Maria”. Strach mnie wtedy obleciał, co z nami będzie”. Po przybyciu do obozu rozpoczęła się trwająca ponad dwa miesiące kwarantanna wypełniona karnymi ćwiczeniami, kilkugodzinnymi apelami, wycieńczającym organizm sportem i nauką bardzo wulgarnych piosenek. Podczas tego znęcania się nad więźniami chodziło przede wszystkim o odebranie im ludzkiej godności.
GUSEN, NUMER 6178
Po prawie trzech miesiącach 2 sierpnia 1940 r. przeniesiono Garczyńskiego do obozu koncentracyjnego w Gusen. Wówczas otrzymał numer obozowy 6178. W tym czasie Gusen był najgorszym obozem zagłady, gdyż dozorcami byli tam kryminaliści, którzy za swój cel stawiali wyniszczenie inteligencji katolickiej. Poza tym obóz był jeszcze w budowie i warunki mieszkalne były tam o wiele gorsze niż w Dachau. Podczas pobytu w Gusen Garczyński pracował w kamieniołomach. Tutaj stracił swe wesołe usposobienie i prostą postawę. Dwudziestu sześciu młodych polskich seminarzystów werbistowskich, a wśród nich kleryk Jan Garczyński, byli dla hitlerowskich oprawców jednymi z najbardziej przez nich prześladowanych księży. Ojciec Kozieł wspomina, że Niemcy w równym stopniu nienawidzili polskich księży jak i Żydów. Właśnie to było powodem, że gdy przewieziono ich w sierpniu 1940 r. do Gusen, Polak spisujący przybyłych więźniów poradził im, aby podali, iż są studentami bez zaznaczania swej specjalizacji teologicznej. „W Gusen było o wiele gorzej niż w Dachau - wspomina ojciec Kozieł. Obóz był w budowie. Aż pół kilometra musieliśmy nosić głazy z kamieniołomu, którymi brukowane były obozowe ścieżki i podwórza. Pod tymi ciężkimi kamieniami padali wycieńczeni ludzie. Nie mogliśmy jednak nosić zbyt „małych” kamieni, bo narażaliśmy się na bicie. Dlatego staraliśmy się wybierać głazy duże, ale płaskie.
Jan Garczyński podczas pobytu w obozie cały czas żywił wielką nadzieję na jego opuszczenie, by w końcu móc realizować swoje wielkie marzenia o kapłaństwie. Nie poddał się jednak rozpaczy, wręcz przeciwnie. „Odznaczał się zawsze dobrym humorem, wesołą rozmową uprzyjemniał nam często czarne godziny pobytu w Dachau i Gusen” - w taki sposób wyrażali się o Janie Garczyńskim jego współbracia, którzy zdołali przeżyć obozowe katorgi. Podczas pobytu w obozie nasz bohater nie zapomniał o modlitwie, chociaż każdy więzień za najmniejszy znak modlitwy otrzymywał bolesną karę. Kleryk Jan Garczyński podobnie jak inni księża odmawiając różaniec, paciorki zastępował czym się dało, ale najczęściej były to kolejne litery na ogłoszeniach. Jednak, gdy tylko miał możliwość uczestniczył w modlitwach wspólnotowych z pozostałymi współbraćmi. Wszyscy duchowni trzymali się razem.
8 września 1940 r. zebrali się wszyscy, wśród nich Jan Garczyński na fundamentach budującego się krematorium, aby odnowić śluby zakonne. „W tych obozowych warunkach - w duchowej łączności z Ukrzyżowanym Chrystusem, uświadomiliśmy sobie jeszcze raz, że powołanie misyjne jest wielką wartością. Tak cenną, jak nasze życie. I tę ofiarę byliśmy gotowi złożyć”- opowiada o. Marian Żelazek. Mordercza praca w kamieniołomie była dla Jana Garczyńskiego codziennym doświadczeniem, które ofiarowywał samemu Bogu.
DACHAU, NUMER 22066
8 grudnia 1940 roku w Święto Niepokalanego Poczęcia NMP przewieziono go powtórnie do obozu koncentracyjnego w Dachau otrzymując numer obozowy 22066. Tym razem traktowano już tam duchownych trochę łagodniej. Stało się to za sprawą starań nuncjatury w Berlinie, które sprawiły, że pod koniec 1940 r. hitlerowcy zaczęli trochę lepiej traktować wszystkich duchownych uwięzionych w Dachau. W baraku 26 urządzono nawet kaplicę, w której codziennie odprawiano mszę św. Klerycy mogli w niej uczestniczyć, ale tylko kosztem snu. Jan Garczyński podczas tego pobytu w Dachau wykonywał prace zarezerwowane tylko dla księży. Było to m. in. odgarnianie śniegu czy też noszenie kotłów z posiłkami do bloków obozowych. Choć praca była lżejsza, to jednak i tak należała do wyczerpujących. Ponadto Garczyński poddawany był nieustannym szykanom izbowego. W nieludzkich obozowych warunkach podstawowym źródłem umocnienia duchowego Jana była codzienna msza św. Także możliwość korzystania ze spowiedzi świętej. Modlitwa dawała mu wewnętrzny spokój, wyzwalała duchowo z koszmaru obozowego.
ZMARŁ NA PUCHLINĘ WODNĄ
Głód, wycieńczenie i brud sprawiły, że nasz bohater w styczniu 1941 r. zapadł na flegmonę, a później ciężką chorobę, którą była puchlina wodna. Gdy szedł na apel, musiał się opierać o innych. Po kilku dniach posłano go na rewir. Zmarł w ciężkich męczarniach w nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1941 r. W akcie zgonu widniała godzina 21:00, a za przyczynę zgonu władze obozowe podały ustanie pracy serca i krążenia. Natomiast przy jego nazwisku pisarz blokowy umieścił dnia 1 lutego 1941 r. napis: „Odejście z powodu śmierci”.
NIEMCY PRZYSŁALI PUSZKĘ Z PROCHAMI
Po jego śmierci Niemcy pod koniec 1941 r. przysłali do Mogilna jego prochy. Danuta Domagalska opowiada: - Po jego śmierci Niemcy pod koniec 1941 r. przysłali do babci urnę, a właściwie puszkę z prochami. Wśród nich podobno były prochy Janka z dołączonym listem. Babcia umiała bardzo dobrze niemiecki, to przeczytała. To co chciała powiedziała rodzinie. Wiem tylko, że bardzo zdenerwowała się, że przy jego nazwisku napisali szewc, wtedy odpisała im, że brali kleryka a nie szewca i o dziwo Niemcy przysłali przeprosiny. Przez całą wojnę urna stała w grobowcu u Zbychorskich, po lewo od pomnika ks. Piotra Wawrzyniaka. Dopiero po wojnie w 1945 r. jak budowano mauzoleum i przeprowadzano ekshumację zwłok, to w podziemiach mauzoleum trumienka z prochami została pochowana. Mama i babcia długo nie chciały mówić o jego śmierci, ponieważ to bardzo bolało. Po wojnie chyba ze dwa razy u babci byli ojcowie werbiści. Po śmierci Jana traktowali babcię jak swoją podopieczną.
MĘCZENNIK ZA WIARĘ
„Przeszli jeden, dwa albo trzy lata umęczonego życia przed ostatecznym męczeństwem. Bezimienne numery, cicho spalające się dla Boga i swojego ideału życia poświęconego Bogu, jak te spalające się do ostatka świece na ołtarzu” - powiedział ojciec Marian Żelazek. Pamięć o Janie Garczyńskim jest ciągle żywa w licznych świadectwach współbraci ze Zgromadzenia Słowa Bożego. W Polskiej Prowincji traktuje się Jana Garczyńskiego wraz z innymi klerykami pomordowanymi w obozach koncentracyjnych jako męczennika za wiarę, ponieważ był aresztowany i prześladowany, przynależał do stanu duchownego i był kandydatem na przyszłego misjonarza.
Ojciec Jan Chodzidło, wychowawca i ojciec duchowny nowicjuszy w Chludowie w czasie wojny w 1941 r., wyraził się o wszystkich klerykach i nowicjuszach, którzy w tym czasie ginęli w obozach w Dachau i Gusen następującymi słowami: „Bóg chce świat odnowić, a niebo napełnić świętymi. Stąd szuka sobie ofiar czystych, niewinnych, pełnowartościowych, całkiem do Baranka Bożego podobnych. Takimi barankami niewinnymi są nasi klerycy. Ich wybrał sobie Bóg, by Jemu złożyli ofiarę życia na zadośćuczynienie za grzechy świata i dla wyproszenia błogosławieństwa i łaski”. Ojciec Marian Żelazek, jeden z tych, który przeżył męki obozowe w liście na gwiazdkę 1999 r. pisał do o. Werbistów: „Wiele razy byłem naocznym świadkiem dobra, które ścierało się ze złem... i zwyciężało. Dowodem tego są choćby uroczystości beatyfikacyjne 108 męczenników ostatniej wojny światowej w Warszawie dnia 13 czerwca tego r. Nie jakiś los czy przypadek zrobił ich męczennikami. Są to męczennicy z własnego wyboru, bo zdecydowanie wybrali pozostanie na swoim stanowisku, odrzucając ofiarowaną możliwość przeniesienia się do Generalnej Guberni, jak nazywano wtedy centralną Polskę. Co za wielka łaska, że byłem razem z nimi jako naoczny świadek męczenników XX wieku, dochodzących do palmy zwycięstwa przez długi etap męczeństwa i podeptanej godności ludzkiej. Godności - zredukowanej do numeru obozowego i poniewieranej w najbardziej przemyślny sposób przez największych zbrodniarzy, jakich ziemia nosiła: kapo, blokowych i esesmanów.
PROCES BEATYFIKACYJNY
17 września 2003 r. pod przewodnictwem biskupa pelplińskiego Jana B. Szlagi rozpoczął się proces beatyfikacyjny 19 Sług Bożych ze Zgromadzenia Księży Werbistów z okresu II wojny światowej, w tym kleryka Jana Garczyńskiego z Mogilna.
Wczoraj, w środę 23 kwietnia o 17:00, w kościele seminaryjnym Księży Werbistów w Pieniężnie, ks. arcybiskup Wojciech Zięba dokonał ceremonii uroczystego zamknięcia procesu beatyfikacyjnego (rogatoryjnego) na poziomie diecezjalnym. W uroczystości wzięła udział delegacja z Mogilna, składająca się z członków rodziny oraz mogileńskich księży.
Materiały o kleryku zbierał ks. Eugeniusz Śliwka, a po jego śmierci prowadzi to ks. Ludwik Fąs z Pieniężna. - Wówczas wszystkie pamiątki jakie mieliśmy oddałam do Pieniężna. Były tam świadectwa szkolne, listy z obozu napisane po niemiecku, nawet było zdjęcie z przyjęcia I Komunii Świętej. Jego matka, a moja babcia mówiła zawsze, żeby rzeczy jakie po nim zostały znalazły się tam, gdzie on chciał być. Zapewne nikt nie spodziewał się, że po latach zostanie świętym. Nie chciałabym, aby teraz ludzie zrobili wielką famę z tego powodu. Myślę, że on by tego też nie chciał, chociażby dlatego, że był naprawdę bardzo skromnym człowiekiem. Wiem, że to dopiero pierwszy etap procesu, ale chciałabym dożyć końca i momentu uznania Jana świętym - mówi siostrzenica Jana Garczyńskiego, dziś 70-letnia kobieta.
OBRAZKI Z MODLITWĄ
Proboszcz mogileńskiej fary, ks. Zenon Lewandowski, kościoła w którym Jan Garczyński przyjął sakramenty święte, powiedział reporterowi: - Jestem bardzo dumny, że syn naszej parafii wyniesiony zostanie na ołtarze. Będzie to pierwszy święty z Mogilna, a nawet całej ziemi mogileńskiej.
Beatyfikacja jest pierwszym stopniem uznania świętości. Obecnie zakończył się diecezjalny etap beatyfikacyjny. Teraz dokumenty zostaną przekazane watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych i w ten sposób rozpocznie się drugi etap procesu, zwany rzymskim, przed którą toczyć się będzie kolejny etap procesu beatyfikacyjnego mogilnianina oraz pozostałych 18 męczenników (czytaj w ramce).
- Nie ma żadnego limitu czasowego od beatyfikacji do kanonizacji. Tak, że nie spodziewajmy się ogłoszenia Jana Garczyńskiego świętym jutro. Ale wiedząc, ile księża werbiści wkładają w to serca, to myślę, że za około 5 lat będziemy mieli świętego Jana Garczyńskiego, urodzonego w Mogilnie. Ja, i myślę, że wszyscy mieszkańcy naszego miasta oczekują na ogłoszenie go świętym z wielką niecierpliwością - mówi proboszcz Zenon Lewandowski.
Ks. proboszcz Lewandowski planuje w najbliższym czasie wydanie dla parafian obrazków z wizerunkiem Jana Garczyńskiego i z zamieszczoną na nich modlitwą o rychłą jego beatyfikację, którą przedstawiamy w ramce.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze