Reklama

Moje spotkanie z naszym Papieżem

Spojrzenie w oczy 
  fot. arch. parafii pw. św. Jana Apostoła w Mogilnie

     Moje spotkanie z naszym Papieżem
     Andrzeju, może nie powinnam pytać, ale powiedz: jak to jest, jak to będzie? - Temat - ten smutny, ten na czasie: "Jan Paweł" i co dalej? - Kto potem i jak? - Jan Paweł jest wspaniały, chyba takiego papieża - tak cenionego i kochanego przez wszystkich ludzi tej ziemi - nie było? Ewo! - On dzisiaj już nie jest daleko, na Watykanie -  tylko blisko w Niebie... On nie odszedł - on przyszedł...

     Szukam w sercu, jak odpowiadać na pytania z serca płynące. Jeszcze nie było w historii takich dni, gdy tyle serc wspólnie czuje... Jeśli mówimy "nasz"”Papież, to ukryte jest w tym "my"”- a wtedy, mimo różnych codziennych podziałów, jesteśmy razem. Dziś odkrywamy kim był on. Dziś odzywa się w nas to, co w nim było pełnią pięknego człowieczeństwa. Ale w nas, choć cząstkowo - jest to także - i to się odzywa. I dziwimy się, że możemy być inni - piękni.

Proboszcz parafii klasztornej w Mogilnie ks. Andrzej Panasiuk ofiarowuje Papieżowi Janowi Pawłowi II mogileński klasztor
   fot. arch. parafii pw. św. Jana Apostoła w Mogilnie

     Byłem uczniem wrzesińskiego liceum, gdy w Gnieźnie, podczas odpustu spotkałem dwóch kardynałów - Wyszyńskiego i Wojtyłę. Podszedłem do Prymasa. Wtedy na Karola Wojtyłę zaledwie spojrzałem. A on stał z boku i czekał, gdy Prymas rozmawiał ze mną i podpisywał mi książkę. - Więc to nie było spotkanie z przyszłym Papieżem.
     Potem - 16 października - przyjąłem go jako dar od Boga i wtedy spotkałem go w sercu. Raz na zawsze. I dlatego nie było wiele spotkań - tylko jedno. Bardziej przez słuchanie niż widzenie. A jeżeli widzenie, to może właśnie w takich nietypowych sytuacjach. Gdy na Mazurach wszedł do domu Milewskich, to czułem, że wszedł do każdego domu - do mojego domu.
     Bywało, że mi się przyśnił kilka razy. Zawsze to coś znaczyło. Miało dalszy ciąg. Kiedyś "przyszedł do mnie w cywilnym ubraniu". Kiedy stałem zdziwiony, zapytał "takiego mnie nie chcesz?"”Ujmowała mnie jego prostota. Wśród duchownych spotkać można ludzi, których "szata zmienia". On nauczył mnie nie cenić zaszczytów. I tak się spotkaliśmy.
     Był dla mnie tajemnicą Piotra i Kościoła. Cała historia Kościoła w nim się oczyszczała. Piotr z Ewangelii był obecny. Taki "skalisty człowiek". A przytulał zawsze jak ojciec. I dlatego "ojcostwo" zostawił mi jako pytanie o prawdziwość mojego kapłaństwa.
     Nie musiałem go dotykać. On mnie "posyłał" do ludzi, których kazał dotknąć. W Warszawie, podczas Kongresu Eucharystycznego miałem wybór: patrzeć na niego, słuchać... lub spowiadać (bo nikt właśnie nie spowiadał), więc spowiadałem. Wiedziałem, że on by tego chciał. Gdy przygotowywaliśmy Światowy Dzień Młodzieży w Częstochowie, to przez długie miesiące kusiło pytanie: "po co to wszystko? - tyle wysiłku dla kilku dni..."”- A tamte dni trwają do dzisiaj, owocują. Zrozumiałem, że tak trzeba siać... I spotkaliśmy się znowu w tajemnicy Ewangelii.
     Był dla mnie karmelitą, mistykiem, Janem od Krzyża - wystawionym na ciągły obstrzał kamer. I nic z aktorstwa, choć był aktorem. Kamery filmowały cud. On był codziennym cudem, aż tak, że przyzwyczailiśmy się do cudu. Cierpiał przed kamerami, modlił się przed kamerami, kochał przed kamerami. Gdy kiedyś stałem obok niego podczas Mszy św. był "nieobecny"”- nie spojrzał na bok, nie przekazał wtedy nawet znaku pokoju. Zapadł się w Boga. A po Mszy św. rozmowa była taka serdeczna, radosna. Trzymał mnie mocno za rękę a ja się krępowałem w sobie, że jestem od niego wyższy. Uczył mnie jednak prawdziwej wielkości.
     Zaskoczył mnie, gdy krzyczał, krzyczał w gniewie. To było w Kielcach. Krzyczał, że mu nie jest obojętne żadne ludzkie życie. Krzyczał na polskie złe prawo, na ludzi ślepych i głuchych. I odkryłem, że czasem trzeba krzyczeć w imię Boga, na całe gardło. I wołał w Skoczowie, dziesięć lat temu o sumienie!
     Dlatego Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia! Być człowiekiem sumienia, to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło, w myśl słów św. Pawła: "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Być człowiekiem sumienia, to znaczy wymagać od siebie, podnosić się z własnych upadków, ciągle na nowo się nawracać. Być człowiekiem sumienia, to znaczy angażować się w budowanie królestwa Bożego: królestwa prawdy i życia, sprawiedliwości, miłości i pokoju, w naszych rodzinach, w społecznościach, w których żyjemy, i w całej Ojczyźnie to znaczy także podejmować odważnie odpowiedzialność za sprawy publiczne troszczyć się o dobro wspólne, nie zamykać oczu na biedy i potrzeby bliźnich, w duchu ewangelicznej solidarności: "Jeden drugiego brzemiona noście" (Ga 6,2).
     Te słowa mi zapadły jak program. I tak spotkanie się pogłębiało. W Loretto spałem pod gołym niebem - w cieniu domu Najświętszej Rodziny. A on nam mówił, że Europa jest domem. Na pamięć mogę recytować jego posłanie: "Dokądkolwiek stąd pójdziecie, mówcie, że przychodzicie z Loretto. I mówcie, że Europa jest domem. A dom to nie mury... Dom jest tam, gdzie jest serce". - I czułem się w domu, jak nigdy, choć do Polski było tak daleko. Europa była domem. Pielgrzym ma dom ciągle na końcu drogi.
     Spotykałem go w każdym orędziu do młodzieży. Każde przetrawiłem. Każde powtórzyłem dziesiątki razy na rekolekcjach młodzieżowych. Nie szukałem swoich pomysłów. Czułem obowiązek przenieść jego słowa i posiać tam, gdzie pasterzowałem.
     Byłem szczęśliwy, gdy mogłem podprowadzić do niego moich rodziców. On, w moim życiu, należał do ludzi najukochańszych. Jedną miarą mierzę mamę, tatę i jego. Nie umiałbym dyskutować o nim, jako o kimś "z zewnątrz", a przecież spotykałem takich kapłanów. Ale też we wspólnocie kapłanów z całego świata, którzy go kochali tak jak ja, na Malcie słuchałem, jak mówił do nas, że Pan zaprasza nas "do bycia Jego apostołami przede wszystkim poprzez świętość własnego życia. Powinniście rozgłaszać we wszystkich miejscach moc słów prawdy ewangelicznej, która sama z siebie może zmienić zupełnie serce człowieka i wnieść w nie pokój. Jeśli tak jak Święty Paweł pozwolicie Chrystusowi, aby was podbił, to także wy będziecie zdolni głosić po wszystkich drogach świata nieskończone miłosierdzie Ojca Niebieskiego. W ten sposób staniecie się wiarogodnymi mistrzami życia ewangelicznego i prorokami nadziei. W świecie niespokojnym i podzielonym, naznaczonym przez przemoc i konflikty, niektórzy wątpią, czy można jeszcze mówić o nadziei. Dlatego właśnie szczególnie teraz jest nieodzowne odważne głoszenie prawdziwej i pełnej nadziei człowieka, którą jest Jezus Chrystus".
     Właśnie on, Jan Paweł Wielki, nauczył mnie myśleć o świętości - "wysoka miara zwyczajnego życia". I te słowa spotkały się z moim spotykaniem Papieża. Właśnie tak się streszcza wszystko, co o nim można powiedzieć. On był i wielki i zwyczajny. Na pozdrowienia przekazane mu "okazją" kazał odpowiedzieć: "są ludzie o gorących, o otwartych sercach". Byliśmy, z moimi kolegami, zaskoczeni odwzajemnionymi pozdrowieniami z Watykanu. Posłałem mu wiersz. 

Reklama


     Są ludzie o gorących, o otwartych sercach
     Z nimi błogosławieństwo i praca żniwiarzy
     Nie zagasi radości cynik ni szyderca
     Gdy składamy swe serca na mensach ołtarzy 
 
     Tak odbija się wieczność w lustrze doczesności
     Gdy prostota nie lęka się byle prostaka
     Gdy  mówimy "nie"” - sobie  i w imię wolności
     Wybieramy bogactwo w postawie żebraka
 
     Niech ucieszy się starzec, gdy młody szanuje
     Czego tamten dokonał i co kochał szczerze
     Jeden zaczął a drugi wciąż kontynuuje
     A stary za młodego zanosi pacierze
 
     I odbija się w oczach jak w zwierciadle nieba
     Ciche porozumienie testamentem zwane
     I w wolności popycha cię jakaś potrzeba 
     A wszystko co jest święte będzie zachowane
 
     W styczniu zaskoczenie. Z dnia na dzień "zaproszenie do Ojca świętego". Nie wiedzieliśmy, co myśleć. Umowa była taka, jaka być mogła. Okaże się na miejscu. Więc pojechaliśmy. Wzięliśmy bochen chleba, słoik miodu - jak na kolację. Kolacji nie było, ale o porze wieczerzy, w niedzielę, 9 stycznia poprowadzono nas do biblioteki. Ileż miałem poukładane, co powiedzieć. Gdy go zobaczyłem, w pierwszej chwili powiedziałem do siebie z wyrzutem "dlaczego go męczysz"?”Był naprawdę zmęczony. Wierzyłem, że wszystko co mam do powiedzenia może wyrazić spojrzenie w oczy. I to właśnie się stało. Nie poskładam już dzisiaj, co wtedy mówiłem. Na mnie patrzyły niebieskie załzawione oczy. Coś powiedział. - Nie zrozumiałem słów. Ale zrozumiałem chwilę, jak to całe życiowe spotkanie. Położył mi rękę na głowę. Błogosławił wszystko, co miałem w sercu. Czy go wtedy pożegnałem? - Nie! I teraz go nie żegnam. On dzisiaj już nie jest daleko, na Watykanie -  tylko blisko w Niebie... On nie odszedł - on przyszedł... Inaczej niż we śnie. Serce mam ściśnięte. Ale jest coś, co się nie zmieniło. Ja za życia spotkałem go już takim, jakim jest teraz - w tajemnicy Chrystusowej Paschy. Z trudem modlę się "za niego"”- bez trudu "do niego". To wynika chyba z tego jednego, niekończącego się spotkania, które jest także posłaniem.

 

Reklama

     Rzymskie posłanie
     Janowi Pawłowi II - w Rzymie 9 stycznia AD 2005
 
     Oczy błękitne sięgają duszy
     Zgarbiony człowiek, co dźwiga światy
     Biedny z biednymi - w Bogu bogaty
     - Spotkasz przez chwilę - serce poruszy!
 
     Milczy, gdy mówisz - milczeniem pyta
     Ruszasz przez życie z pytaniem życia
     Wiem tylko tyle, że do odkrycia 
     Została jakaś prawda zakryta
 
     On, sługa Słowa - staje się słowem
     Co ucieleśnia moce w niemocy
     Światłem na przyszłość u progu nocy - 
     Znowu coś czuję, lecz nie dopowiem...
 
     Nie dopowiedzieć - zaprzeć się siebie!
     I tak milczenie otwiera drogę
     Do głębi, której pojąć nie mogę
     Chwila, jak wieczność - kosztujesz w niebie...
 
     Oczy błękitne, niebieskie oczy
     Patrzą zmęczone - ale nadziejne -
     I ruszam w drogę, choć kroki chwiejne
     A za mną jeszcze Ktoś wzrokiem toczy...
 
     Dopowiedzieć można chyba tylko tyle. - Jeśli ktoś nigdy nie spotkał Papieża inaczej, jak w telewizji... Jeśli ktoś spotkał tylko tak, że widział go na placu, albo bliżej -  stanął z nim do fotografii... - Wszystko to jeszcze nic nie znaczy...
     Dzisiaj czują jedność ci, którzy spotkali go w swoim sercu. Ale niech oni właśnie pamiętają, że ze spotkania wynika posłanie. Nie wolno nam dopuścić, by z nim odeszły jego słowa. On je nam zostawił do rozmyślania, do głoszenia i wcielania w życie.

Ks. Andrzej Panasiuk
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 686 (14/2005)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości