Reklama

Noc i dzień w dżungli

Mgła nad dżunglą Faser Hill fot. Piotr Mazurkiewicz

* Piotr Mazurkiewicz z Mogilna w podróży dookoła świata * Na moście linowym * Pijawki, krokodyle, tygrysy
     Noc i dzień w dżungli
    Problemem stają się pijawki. Wdrapując się po bucie, docierają do wysokości kostki. Wbijają się bezboleśnie i wysysają krew. Nic się nie czuje, póki nie zobaczy się plamy krwi na skarpecie. Najgorsze jest to, że enzym przez nie produkowany, znacznie spowalnia proces gojenia i rana krwawi długo jeszcze po ukąszeniu.

     W GŁĄB DŻUNGLI
     25 MARCA, DZIEŃ 145
     Wstajemy wcześnie, aby dać sobie wystarczająco dużo czasu na marsz. Po rejestracji w biurze rezerwatu, ruszamy na szlak z zamiarem dotarcia do oddalonego kilka kilometrów od osady, pola namiotowego. Zaopatrzeni w jedzenie i co najważniejsze zapas wody pitnej ruszamy w głąb dżungli. Idąc wzdłuż szlaku mijamy liczne rozgałęzienia. Część z nich jest oznakowana, ale w części zmuszeni jesteśmy zdać się na własną orientację i intuicję. Zbliżając się do jednego z potoków, ucieka przed nami długa na ponad metr - iguana. Niestety, nie mamy okazji przyjrzeć się jej dokładnie. Docieramy w końcu do rzeki. Las tropikalny jest niezwykle gęsty i rozbicie namiotu możliwe jest tylko na wspomnianym polu namiotowym. Aby do niego dotrzeć, trzeba jednak przekroczyć mętną rzekę. Pewni, że nie ma w niej krokodyli na tym odcinku, decydujemy się na przejście pieszo, z bagażami nad głową. Cała trójka bezpiecznie przeprawiamy się na drugi brzeg i docieramy w miejsce biwakowe. W jego okolicach, na jednym z zakrętów rzeki, znajduje się piękne miejsce z niewielkim wodospadem. Wieczór spędzamy już tam, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, otoczeni dżunglą i jej bogactwem.

Nasi podróżnicy na kilkusetmetrowym moście linowym w parku Taman Negara fot. arch.

Reklama

     ATAKI PIJAWEK
     26 MARCA, DZIEŃ 146
     Odcinek marszu w dżungli przewidziany na dziś, nie jest zbyt długi. Budzimy się pod namiotem w dżungli. Nie zamierzamy jej dziś opuszczać i zasnąć w jednej z drewnianych chat, położonych kilka godzin marszu na południowy-wschód. Gotujemy wodę z mętnej rzeki, czyniąc ją w ten sposób pitną. Mamy więc jej zapas na cały odcinek marszu, cały wieczór i noc. Ruszamy i szybko daje się nam we znaki tropikalna wilgoć, wyciągająca z nas więcej wody niż zwykle. Pocimy się bardzo. Dodatkowym problemem stają się pijawki, które wdrapując się po bucie docierają do wysokości kostki. Następnie wbijają się bezboleśnie i wysysają naszą krew tak, że najczęściej dostrzega się najpierw plamę krwi na skarpecie, zanim odpowiedzialną za nią pijawkę. Najgorsze jest to, że enzym produkowany przez te kilkucentymetrowe zwierzątka, znacznie spowalnia proces gojenia i rana krwawi długo jeszcze po ukąszeniu. Na szczęście pijawki boją się ognia i można je skutecznie zwalczać, chociażby zapalniczką. Niestety, nie udaje się zredukować liczby ukąszeń do zera i mimo ciągłego czuwania i Mary i my zostajemy kilkakrotnie pogryzieni. Wieczorem docieramy do drewnianej chaty. Wita nas tam czwórka Japonek, przybyła tu w celu podglądania dzikich zwierząt. Panikują jednak, gdy do chaty przychodzi zwabiony zapachem jedzenia, biało-brązowo-szary szczur. Mimo długiego czuwania przy oknie nie udaje się dostrzec, żyjących w rezerwacie tygrysów. Musimy zadowolić się parą dzikich jeleni, które przyszły do pobliskiego strumienia. Po dniu spędzonym w gęstej dżungli, zasypiamy na drewnianych dechach.
     SIEĆ MOSTÓW LINOWYCH
     27 MARCA, DZIEŃ 147
     Dziś planujemy wrócić już do cywilizacji. Maszerujemy szlakami pośród gęstego lasu tropikalnego. Rozłożyste korony drzew przysłaniają palące słońce. Powietrze jest bardzo wilgotne. Na wąskiej ścieżce dostrzec można czasem krótkie, wąskie, jasnozielone węże, przypominające swym wyglądem źdźbła trawy. Nadepnięcie jednego z nich mogłoby mieć tragiczne skutki. Nie jest o to jednak łatwo, gdyż nawet gdy leżą one na szlaku, to szybko uciekają, gdy zorientują się, że ktoś nadchodzi. W ten sposób mijamy ich przynajmniej kilka, unikając niebezpieczeństwa. Decydujemy się jeszcze na odwiedzenie sieci mostów linowych o nazwie "walk". Za niewielką opłatą mamy okazję przejść się tym kilkusetmetrowym odcinkiem mostu linowego, rozpostartego pomiędzy koronami drzew, na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. To niesamowite przeżycie, aczkolwiek bardzo bezpieczne. Pełni wrażeń z kilku ostatnich dni, wracamy do osady. Z większą niż zazwyczaj przyjemnością bierzemy prysznic i jemy ciepły posiłek. Do naszego schroniska wprowadza się niezbyt rozmowna wycieczka młodych Muzułmanek, a recepcjonista daje nam do rąk jadowitego węża, odpowiadając na nasze wątpliwości tak: "On jest jadowity, nawet bardzo, tylko, że dopóki go nie ściśniesz albo nie nadepniesz, nic ci nie zrobi". Bawi się wężem jeszcze chwilę i chowa go do plastikowego pudełka. W tym klimacie dobiega końca nasz pobyt w Taman Negara.
     KATEDRA ŚWIĘTEGO JANA
     28 MARCA, DZIEŃ 148
     Rano wsiadamy do łodzi i tym razem, płynąc z prądem zajmuje to już tylko około 2 godzin. Całą drogę towarzyszy nam dżungla, którą jeszcze wczoraj przemierzaliśmy pieszo. Z łodzi ruszamy na drogę asfaltową. Bez problemu łapiemy stopa, co jest kolejnym dowodem na to, że mieszkańcy Malezji są ludźmi miłymi i uczynnymi. Nie wszyscy rozumieją jednak ideę autostopu i najczęściej wiozą na stację autobusową myśląc, że uciekł nam autobus lub pociąg. Ciężko im zrozumieć, że biali gotowi są jechać na przyczepie, chcąc w ten sposób zaoszczędzić trochę grosza. Kolejne auto podwozi nas wprost pod wieżę Petronas, w centrum Kuala Lumpur. Wysiadamy ze wszystkimi bagażami i sprzed najwyższego budynku świata ruszamy do Chinatown. Meldujemy się po raz drugi w schronisku i idziemy na mszę św., do katedry świętego Jana. Uczestniczy w niej wielu wiernych z różnych krajów, dlatego msza odprawiana jest w języku angielskim. Rytm pieśni kościelnych przypomina bardziej naszą muzykę rozrywkową, a w samą mszę bardzo angażują się wierni świeccy. Nie tylko biorą udział w czytaniach, ale również składają dary, rozdają komunię świętą i organizują kolejność podchodzenia do tego sakramentu. Dzień rozpoczęty na granicy najstarszego lasu tropikalnego świata, kończymy kilkadziesiąt minut drogi pieszo od najwyższego budynku naszego globu.
     STOLICA WIELU KULTUR
     29 MARCA, DZIEŃ 149
     Kolejny pobyt w Malezji - Kuala Lumpur, poświęcamy na kilka spraw organizacyjnych. Ciągle czekamy na decyzję w sprawie wizy i mamy też okazję rozejrzeć się trochę po tej nowoczesnej stolicy. Jej centrum usłane jest wieżowcami, w których mieści się wiele międzynarodowych firm. To sprawia, że miasto przyciąga ludzi różnych kultur i właśnie potrzeby tych ludzi sprawiają, że natykamy się na Chinatown, Little India, liczne meczety, czy katedry i kościoły różnych odłamów chrześcijaństwa. Spotykamy kilku europejczyków, którzy Maleezję wybrali miejscem swojej pracy. Angielski jest językiem, którym bez większych problemów można porozumieć się przynajmniej na terenie stolicy. Z bliska przyglądamy się rytuałom hinduskim, w znajdującej się nieopodal naszej chaty, niewielkiej świątyni. Ciekawym jest obrzęd tłuczenia orzechów kokosowych w metalowej skrzyni. Czasem potrzeba kilka mocnych rzutów, aby kokosa rozbić i przez to dokonać właściwej ofiary. Po takim obrzędzie pozostaje kilka wielkich worków rozłupanych orzechów, które przerabiane są następnie na olej.
     DO CZEGO SŁUŻĄ RĘCE?
     30 MARCA, DZIEŃ 150
     Dziś ruszamy do hinduskiej dzielnicy. Znajduje się tam kilka agencji turystycznych, którymi jesteśmy zainteresowani. Szukamy wciąż dobrego połączenia do Ameryki Południowej. Pieszo dochodzimy do miejsca zwanego Little India. Zapach curry już znacznie wcześniej uświadamia nam, że jesteśmy we właściwym miejscu. W licznych knajpach, gdzie serwuje się potrawy curry, oparte głównie na ryżu i kurczaku, panuje ciekawy sposób jedzenia. Potrawy spożywa się gołymi rękoma, a właściwie to jedną, prawą ręką. Koniecznie prawą. W zwyczajach tego zakątka świata je się prawą ręką, a lewą używa się w toalecie zamiast papieru. I jedzenie i wizyta w kibelku zawsze kończy się jednym - umywalką. Taki, a nie inny zwyczaj sprawia, że do witania się, machania sobie i pozdrawiania się służy zawsze i tylko ręka prawa. Użycie ręki lewej, chociażby do zatrzymania samochodu na drodze, może ujść za obraźliwe. Staramy się zwracać na to uwagę. Poza knajpkami w dzielnicy hinduskiej roi się też od sklepów z odzieżą. Wizyty w agencjach nie przynoszą rozwiązania. O latające dywany do Ameryki nie pytamy.
     JUTRO WYJAŚNI SIĘ, CZY JEDZIEMY DO AUSTRALII
     31 MARCA, DZIEŃ 151
     Ostatni dzień niepewności. Jutro wyjaśnić ma się ma kwestia wyjazdu lub nie do Australii. W każdym razie, bez względu na wynik, dostaniemy paszporty z powrotem i będziemy mogli opuścić Malezję. Idziemy z Mary do centrum. Przez ostatnich kilka dni zżyliśmy się nieco z miłą Brytyjką, nie tylko podczas wyprawy w dżunglę, ale również i tu w Kuala Lumpur, a jutro nasze szlaki mają się rozejść. Całą trójką zatrzymujemy się w parku w centrum. Dookoła wieżowce, biura, ambasady i ten niewielki skrawek zieleni tuż przy wieżach "Petronas". Za dnia służy on całym rodzinom za miejsce wypoczynku, kiedy to dzieci chłodzą się w płytkim basenie. Po południu spotkać tam można ludzi w każdym wieku, korzystających z tartanowej bieżni, ułożonej wzdłuż chodnika. Nieźle jak na park miejski. Żeby w Polsce był tartan chociaż na większości stadionów. Wieczorem okolice parku i centrum miasta napełniają się muzyką, dochodzącą z licznych barów i restauracji. Miasto i jego środkowa część żyją, a swoim rytmem przypominają klimaty miast europejskich.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 645 (26/2004)

Reklama

 

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Wieżowce Kuala Lumpur

W kierunku tropikalnej dżungli

Reklama

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości