Jacek Przybyła pokazuje miejsce na głowie, w które przeszczepiono mu kawałek skóry wyciętej z nogi fot. Paweł Lachowicz
Mogilnianin skatowany pod namiotem w Gąsawce
Oskalpowali mu głowę kołkiem
Jacek Przybyła miał tak poważne obrażenia twarzoczaszki, że lekarze z Oddziału Neurochirurgii Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy musieli mu przeszczepić na głowę kawałek skóry z nogi. Policja już ujęła 8 bandytów spod Inowrocławia.
SKUTEREM PO OKOLICY
W sobotę 8 sierpnia mieszkaniec Mogilna 27-letni Jacek Przybyła wraz z kolegą Markiem wybrali się skuterami na przejażdżkę po okolicy. Według ich planu miała ona zakończyć się kilkudniowym pobytem pod namiotem w ośrodku wypoczynkowym w Gąsawce. - Najpierw pojechaliśmy sobie skuterami do Kruszwicy na Mysią Wieżę, byliśmy także w Skorzęcinie i na końcu dojechaliśmy na Gąsawkę. Najpierw byliśmy na jednej plaży, później na drugiej - opowiada Jacek Przybyła. Wykupili miejsce na polu namiotowym. - Jakaś pani miała namiot rozbity, to zapytaliśmy, czy możemy obok niej się rozbić i wszystko grało - twierdzi Jacek Przybyła. Reporter Pałuk rozmawiał z nim w jego domu 18 sierpnia.
- Już wtedy zauważyliśmy, że kilku takich podejrzanych się pęta. Zresztą od samego początku jakoś dziwnie nas obserwowali, tak jakby się na nas szykowali - mówi Jacek. Z relacji pobitego wynika, że po rozbiciu namiotu i zabezpieczeniu skuterów dwaj mieszkańcy Mogilna poszli na spacer. Było wtedy około 1900. Wtedy z krzaków mieli wyskoczyć napastnicy.
HELIKOPTEREM DO SZPITALA
Jacek Przybyła nie wie, przez kogo zostali zaatakowani. - My byliśmy spokojni, ale oni przegięli pałę - dodaje. Markowi udało się wyjść z opresji praktycznie bez szwanku, Jacek nie miał tyle szczęścia. - Zaraz po pierwszym strzale padłem i co się dalej działo nie pamiętam. Nie wiem, co się ze mną działo. Wiem, że obudziłem się na drugi dzień, w niedzielę w szpitalu - mówi. - Nie wiem, jak się znalazłem w szpitalu. Słyszałem tylko, że helikopterem mnie podobno przewozili. W ogóle tego nie pamiętam. Podobno akurat na Gąsawce był jakiś lekarz i gdyby nie jego pomoc, to bym wyciągnął nogi.
TELEFON DO MAMY
Mama Jacka w feralną sobotę przebywała w domku letniskowym w Kopczynie. To do niej zadzwonili policjanci, którzy wraz z Markiem na miejscu zdarzenia znaleźli komórkę Jacka. - Z początku nie mogłam się z Markiem dogadać, ale mówił przez telefon, że razem z policjantami znaleźli komórkę syna i wyszukali mój numer telefonu. Zobaczyli wpis „mama” i zadzwonili. Na dodatek Marek nie wiedział, co ma zrobić ze skuterem. Zadzwonił w rezultacie do ojca i przywieźli go na lawecie. Po krótkiej rozmowie jakoś Marek z siebie wydusił i powiedział mi, co jest z Jackiem. Ja zaraz go poprosiłam, żeby poszukał mi numer do szpitala - opowiada Eleonora Przybyła. Mama Jacka najpierw zadzwoniła do szpitala w Żninie, bo z relacji Marka tam trafił syn po pobiciu. Jednak na początku w szpitalu w Żninie nie udało się matce uzyskać żadnych informacji. - Prosiłam i wytłumaczyłam, że syn został pobity. Dopiero wówczas powiedziano mi, że nie ma go już w Żninie, że został odwieziony do Bydgoszczy do wojskowego szpitala. Ale i tam za dużo się nie dowiedziałam, bo kierowali mnie do lekarza, ale nie mogłam się dodzwonić - dodaje matka pobitego. Z Jackiem zobaczyła się dopiero w niedzielę po południu: - Byłam przerażona. Jacek miał całą twarz zapuchniętą. Najgorszemu wrogowi tego się nie życzy i nie chciałabym drugi raz takiego czegoś przeżywać - dodaje.
PRZESZCZEP SKÓRY
Eleonora Przybyła zwraca uwagę, iż z relacji ludzi będących w miejscu zdarzenia wynika, że gdyby nie pierwsza pomoc udzielona przez tego człowieka, mogłoby być o wiele gorzej. - Synowi pomógł jakiś człowiek i nie wiemy, czy to jakiś lekarz był, czy może ratownik medyczny. W każdym bądź razie był to ktoś, kto znał się na udzieleniu pomocy. 15 minut trwało nim pogotowie dojechało - opowiada Eleonora Przybyła. Pobity do nieprzytomności Jacek trafił najpierw do szpitala w Żninie, skąd odtransportowano go na Oddział Neurochirurgii Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. - Jak się obudziłem na drugi dzień w szpitalu, to prawie nic nie widziałem, tak byłem opuchnięty. Z nogi wycięli mi kawałek skóry, żeby wszczepić na głowie, bo kawałek brakowało. Jak wychodziłem ze szpitala, to byłem bardzo szczęśliwy, że żyję, że mogę w końcu na świeże powietrze wyjść - opowiada Jacek Przybyła.
Mama Jacka dodaje, że gdy byli u lekarza, żeby zdjął szwy, ten spytał się, czy to po wypadku. - Powiedzieliśmy, że syn został pobity. Lekarz wówczas powiedział „To czym cię pobili?”. Lekarz zasugerował, że pobicie musiało być dokonane jakim tępym narzędziem lub kołkiem - mówi mama
Gdy rozmawialiśmy z Jackiem we wtorek w jego rodzinnym domu - nie był w najlepszej formie. Obrażenia, jakie odniósł i operacja, jaką przeszedł, dają mu się cały czas we znaki. Bandyci poza pobiciem ukradli mu srebrny łańcuch i bransoletę. Wszyscy napastnicy są znani policji, otrzymali policyjne dozory. Prokuratura Rejonowa nie zgadza się na ujawnienie ich danych ze względu na dobro prowadzonego śledztwa. fot. Paweł Lachowicz Jacka.
CZASZKA
Pani Eleonora dodaje, że po pobiciu rozmawiali z jednym ze stałych mieszkańców Gąsawki, który stwierdził, że w ostatnim czasie coraz częściej dochodzi w tamtych okolicach do pobić. Zdaniem Jacka Przybyły, razem z kolegą trafili na takich, którzy szukali tego typu rozrywki. - Moim zdaniem musieli być pod wpływem jakiś środków odurzających, bo po piwie to by im tak nie odbiło. Na pewno jakieś prochy musieli wziąć - dodaje Jacek.
Z karty informacyjnej leczenia szpitalnego, którą Jacek Przybyła otrzymał opuszczając Szpital Kliniczny w Bydgoszczy, podpisanej przez ordynatora, kierownika Kliniki Neurochirurgii i Chirurgii Głowy Wojskowego Szpitala Klinicznego prof. dr. hab. Marka Harata wynika, że Jacek Przybyła został przyjęty na oddział z powodu urazu głowy doznanego w wyniku pobicia. 8 sierpnia operowano go. Doznał: złamania kości czołowej obustronnie przechodzącego przez przednią i tylną ścianę zatok czołowych, złamania nosa z przemieszczeniem, złamania przegrody nosa, urazu dolnej krawędzi lewego oczodołu oraz przedniej ściany zatoki szczękowej po tej stronie.
Stracił srebrny łańcuch, który nosił na szyi i bransoletę.
BYŁO ICH OŚMIU
- W piątek jedziemy na policję do Żnina, to się być może czegoś dowiemy. Wiem, że kogoś tam złapali, wiem, że było ich ośmiu, ale kto mnie bił, nie wiem. Przecież, żeby być na polu namiotowym, musieli się dowodami osobistymi okazać. Zdążyliśmy namiot rozstawić i się trochę rozgościć. Rozumiem, jak bym był pijany mocno, to jakieś hasło bym mógł do nich puścić. Wypiłem kilka piw i może gdybym wypił więcej, to byłby może inny temat, ale zachowywaliśmy się kulturalnie - opowiada Jacek Przybyła.
Dzisiaj Jacek Przybyła dziękuje, że tak to wszystko szczęśliwie się skończyło. Chciałby także podziękować człowiekowi, który udzielił mu pierwszej pomocy, bo jego zdaniem tylko dzięki jego interwencji żyje. - W tylu miejscach byłem w życiu i nigdzie nic się nie stało, a tu tak blisko i oberwałem - zastanawia się Jacek Przybyła.
BANDYCI MAJĄ DOZORY
Funkcjonariusze Komendy Powiatowej Policji w Żninie, jak poinformował jej oficer prasowy Krzysztof Jaźwiński, otrzymali zgłoszenie o pobiciu 8 sierpnia w Gąsawce dwóch osób przez nieznanych sprawców. W wyniku podjętych na miejscu zdarzenia czynności ustalili, że czynu dopuściło się 6 mężczyzn zamieszkałych w gminie Inowrocław. - Zostali przez nas zatrzymani następnego dnia już na terenie powiatu inowrocławskiego i zabrani do komendy w Żninie. Po wykonaniu z nimi niezbędnych czynności, zostali oddani do dyspozycji prokuratora rejonowego w Żninie. Ten zastosował środek zapobiegawczy wobec całej szóstki w postaci dozoru policyjnego. W określone dni muszą stawiać się na policji. Niekoniecznie u nas. Mogą to czynić w Inowrocławiu. Dla dobra dochodzenia prokurator nakazał nie ujawniać nam bliższych szczegółów o tożsamości zatrzymanych mężczyzn - powiedział komisarz Jaźwiński.
Od biegłego w dużym stopniu zależy teraz, czy podejrzani będą odpowiadać za pobicie, czy za ciężkie pobicie. To zależy od obrażeń ofiar i tego, jak one mogą skutkować na dalsze ich życie. W pierwszym przypadku grozi podejrzanym kara do 3 lat pozbawienia wolności, a w drugim od 6 miesięcy do 8 lat. Jak powiedział Krzysztof Jaźwiński, z ustaleń wynika, że w tym zdarzeniu nie było wśród podejrzanych jakiegoś prowodyra. Wszyscy bili swe ofiary równo.
Paweł Lachowicz
współpraca KAROL GAPIŃSKI
Pałuki nr 914 (33/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze