Reklama

Pediatra nie zeszła z oddziału do chorego sześciolatka

Gdy reporter „Pałuk” był w domu u Jolanty Komanowskiej, 6-letni Marcel był już w lepszej formie, ale nawet on pamiętał, że czekanie z mamą na lekarza było męczące, bo ciągle zwracał fot. Paweł Lachowicz Gdy reporter „Pałuk” był w domu u Jolanty Komanowskiej, 6-letni Marcel był już w lepszej formie, ale nawet on pamiętał, że czekanie z mamą na lekarza było męczące, bo ciągle zwracał fot. Paweł Lachowicz

Świerkówiec, Strzelno, szpital, pediatra, izba przyjęć, Jolanta Komanowska
     Pediatra nie zeszła z oddziału do chorego sześciolatka
     Jolanta Komanowska ze Świerkówca czekała w izbie przyjęć szpitala w Strzelnie 3 godziny na zejście lekarza pediatrii Anny Bogdanowicz-Sikorskiej do jej chorego syna, 6-letniego Marcela. Nie doczekała się. Wróciła do domu i zamówiła prywatną wizytę lekarza. Chciałaby się dowiedzieć, dlaczego tak się stało. Odpowiedzi nie ma, bo dyrektorzy SPZOZ i lekarz nie odbierają telefonów.

     W niedzielę rano 6 marca Marcel - sześcioletni syn Jolanty Komanowskiej źle się poczuł. Gorączkował i wymiotował. Rodzina Jolanty Komanowskiej mieszka w bloku na Świerkówcu (gm. Mogilno). Natychmiast udała się z synem na dyżur Pogotowia Ratunkowego w Mogilnie. Tam dyżurował lekarz Mahmud Totongi, który jak wynika z relacji matki sześciolatka miał powiedzieć, że na dyżurze nie ma żadnego pediatry i zasugerował, by udali się z dzieckiem do Strzelna na oddział pediatryczny.
     Jolanta Komanowska załatwiła prywatny transport i natychmiast pojechała z chorym synem do szpitala w Strzelnie. Na izbie przyjęć stawiła się o 8:45. - Poinformowaliśmy, że przyjechaliśmy, bo syn ma 39,5 stopni gorączki. Ta pani w izbie przyjęć powiedziała tak: „Proszę poczekać pani doktor zaraz przyjedzie” - mówi nam Jolanta Komanowska. Na oddziale szpitalnym tego dnia dyżur pełniła pediatra Anna Bogdanowicz-Sikorska. Mieszkanka Świerkówca czekała na panią doktor bardzo długo, jednak ta do izby przyjęć nie zeszła.
     - Niestety, do 11:45 pani doktor nie zeszła, syn zaczął wymiotować. Co około 15 minut podchodziłam do rejestracji i prosiłam o jakąś pomoc. Mimo tego pani doktor nie zeszła, nie zainteresowała się moim dzieckiem w ogóle. Te panie z rejestracji zmierzyły mu tylko gorączkę i cały czas kazały czekać - opowiada Jolanta Komanowska. Po trzech godzinach bezskutecznego oczekiwania matka wraz z gorączkującym synem zrezygnowała z czekania, aż pani doktor zejdzie, by zbadać jej syna.
     - Zrozumiałabym godzinę, czy półtorej, ale nie trzy godziny. Jak mały wymiotował to wyszłam z nim na zewnątrz i żałuję, że z nim wyszłam bo mógł zwymiotować w izbie przyjęć, to może by się w końcu zainteresowała. Powiedziałam paniom, że Marcel zwracał, to kazały mi cały czas czekać - dodaje pani Jolanta.

Babcia Marcela, Ewa Bąkiewicz nie może zrozumieć, jak można było nie udzielić pomocy jej choremu wnukowi fot. Paweł Lachowicz

     Po powrocie do Mogilna mieszkanka Świerkówca zamówiła wizytę prywatą lekarza do chorego syna. Przyjechał wówczas lekarz Mieczysław Szmyd. - Jak powiedziałam lekarzowi o zaistniałej sytuacji, powiedział mi, że on jak pracuje już 50 lat, to nie spotkał się z takim czymś, żeby lekarz nie zszedł do chorego pacjenta - usłyszeliśmy. Lekarz stwierdził u chorego Marcela gwiżdżące zapalenie oskrzeli.
     Po niedzielnym zajściu pani Jolanta stwierdziła, że tak całej sprawy nie zostawi. W poniedziałek udała się do dyrektora SP ZOZ Marka Gotowały, by złożyć skargę na działania pani Sikorskiej. Dodała, że nie zależy jej na ukaraniu pani doktor, ale na wyjaśnieniu, dlaczego nie zeszła ze szpitalnego oddziału na izbę przyjęć, by zbadać jej syna. - Pan dyrektor Gotowała powiedział mi, że w przeciągu dwóch dni prześle mi na piśmie dlaczego pani doktor do nas nie zeszła. Powiedziałam mu, że podam to do „Pałuk”, to powiedział mi, że zrobię co będę chciała. Ciekawa jestem tylko, jak się pani doktor wytłumaczy. Przecież my to jesteśmy małe szare myszki, a ona na pewno znajdzie wytłumaczenie - powiedziała Jolanta Komanowska.
     Podczas naszej wizyty w domu Jolanty Komanowskiej, we wtorek 8 marca jej syn Marcel leżał jeszcze w łóżku. Spytany przez nas, jak czuł się w niedzielny poranek powiedział bez zastanowienia: - Źle się tam czułem i chciało mi się wymiotować i kazali mi długo czekać.
     Babcia Marcela Ewa Bąkiewicz dodała, że specjalnie, by w niedzielę dojechać do szpitala w Strzelnie, córka wynajęła samochód. - Ale nie chodzi o to, bo przecież dziecko się ratuje. Coś by trzeba było zrobić z tym fantem. Chodzi tutaj o sam fakt, że to jest dziecko. My, dorośli sobie damy radę i wytrzymamy wszystko, a jest to mój wnuczek. Ja też wychowałam dzieci i wiem co to znaczy. Dzisiaj tak działa służba zdrowia, a człowiek całe życie opłacał. Później są w rodzinie złości, jak się nic nie załatwi. I tak w tej naszej ukochanej Polsce jest - powiedziała Ewa Bąkiewicz.
     Krótko przed oddaniem artykułu do druku pytaliśmy Jolantę Komanowską, czy otrzymała pisemną odpowiedź od dyrektora SP ZOZ Marka Gotowały. W środę mijały bowiem dwa dni, o których wspominał dyrektor, że udzieli matce odpowiedzi. Niestety, takiej odpowiedzi Jolanta Komanowska jeszcze nie miała.
     Próbowaliśmy dodzwonić się wiele razy na numery telefonów komórkowych do dyrektora Gotowały, do jego zastępcy ds. medycznych Tomasza Nowaka oraz do samej zainteresowanej, czyli pediatry Anny Bogdanowicz-Sikorskiej. Żaden z nich telefonu nie odebrał. W przypadku dyrektora Gotowały i jego zastępcy Nowaka włączała się poczta głosowa Orange. Natomiast w przypadku pediatry Sikorskiej telefon przywoływał, jednak nie został odebrany.
     Do tematu zatem powrócimy.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1257 (11/2016)

Inne teksty na ten temat:

Jak Tadeusz Sikorski broni żony - lekarza pediatrii

 

 

Przejdź do forum.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości