Na ul. Michelsona w Strzelnie w części od drogi mieszkają na piętrze Marian i Zofia Wiśniewscy, którzy twierdzą, że od 4 lat, gdy wprowadzili się na parter Irena Lewandowska i Ryszard Kowalski wraz z piątką dzieci, zaczął się dla nich koszmar
fot Paweł Lachowicz
Strzelno, konflikt, awantury, kamienica, muzyka, policja
- Pies przestał szczekać, tylko trzaska zębami
Do awantur między sąsiadami w komunalnej kamienicy dochodzi właściwie w każdej sprawie. Raz jest mowa o zadymieniu mieszkania, o głośnej muzyce, o szczekaniu psa, sprzątaniu klatki schodowej, itp. - To jest nie do wytrzymania, zaczęło się to, jak tylko się oni tu wprowadzili 4 lata temu - mówi Marian Wiśniewski. Córka sąsiadki Agnieszka Kowalska nie ma złudzeń: - Najlepiej czerwony dywan rozłożyć, usunąć się z drogi i się kłaniać.
Do naszej redakcji zadzwonił mieszkaniec Strzelna Marian Wiśniewski, który mieszka wraz z żoną Zofią od czasów powojennych w budynku 5-rodzinnym przy ul. Michelsona 31. Mieszkanie jest komunalne, ale wszystkie remonty, jakie w nim poczynili, sfinansowali z własnych pieniędzy. Podczas jednego z takich remontów podnieśli standard mieszkania, zakładając w nim centralne ogrzewanie gazowe.
CIĄGŁY DYM
Odkąd 4 lata temu na parter budynku wprowadziła się Irena Lewandowska z konkubentem Ryszardem Kowalskim oraz obecnie już dorosłymi dziećmi: Adamem, Łukaszem, Markiem, Agnieszką i Anną, rozpoczęły się - zdaniem państwa Wiśniewskich - nieustanne kłopoty z zadymieniem ich mieszkania. Zdaniem Mariana Wiśniewskiego, przez nieszczelną instalację kominową u sąsiadów on znalazł się ubiegłej zimy z podejrzeniem zaczadzenia w szpitalu, gdzie przebywał 7 dni. - Straż pożarna, jak przyjechała, to sama dzwoniła po pogotowie, bo ja leżałem. I do tej pory tak się dzieje. Włożyli wkłady w komin i jakiś miesiąc był spokój. Ale znowu zaczęło się dymić, poprawili tak, że przez krótki czas było dobrze. Teraz znowu się zaczęło. To jest nie do wytrzymania - opowiada Marian Wiśniewski.
Marian Wiśniewski mówi reporterowi, że ma już wszystkiego serdecznie dosyć i z tymi sąsiadami nie da się żyć
fot. Paweł Lachowicz
Marian Wiśniewski mówi, że gdy na parterze mieszkali inni lokatorzy, to nie było takich problemów.
57-letni Ryszard Kowalski twierdzi, że jak się wprowadzali na Michelsona, to przewody kominowe nie były sprawdzone. - Dopiero, kiedy przyszedł sezon grzewczy, okazało się, że same kłopoty z tymi przewodami kominowymi. Jednego roku zaczęły się kłopoty z kuchnią i tam został włożony wkład kominowy. W kolejnym roku kłopoty zaczęły się z przewodem od pieca w ostatnim pokoju, ale tam też założyli wkład. Potem się okazało, że w tym środkowym pokoju są problemy - opowiada Ryszard Kowalski.
Po kilkakrotnych interwencjach straży pożarnej, policji i straży miejskiej w budynku na Michelsona, przybyła komisja mieszkaniowa z Urzędu Miejskiego w Strzelnie oraz mistrz kominiarski Eugeniusz Kamiński. W związku ze stwierdzeniem w mieszkaniu państwa Wiśniewskich stężenia tlenku węgla wydano decyzję o założeniu wkładów kominowych.
Za montaż żaroodpornego wkładu kominowego gmina zapłaciła blisko 6.000 zł. Zdaniem Mariana Wiśniewskiego na nic to się zdało, ponieważ nadal wraz z małżonka siedzą w czadzie. Jego zdaniem, zadymienie ich mieszkania nie ustało. Jest nawet gorzej niż przedtem. Powodem tego stanu rzeczy - jak mówią - jest to, że sąsiedzi z dołu palą plastikiem. - Oni (rodzina Ireny Lewandowskiej przyp. pal) mieszkali na starym cmentarzu i tak się nauczyli. Tu jest czasami taki smród, jakby plastik palili. I nawet ten pan ze straży stwierdził, że to plastik. To jest nie do wytrzymania - opowiada Marian Wiśniewski.
Zofia Wiśniewska przyznaje, że wielokrotnie wzywana straż pożarna, czy też inne służby twierdziły, że sobie wymyślają zadymienie mieszkania, bo w momencie, kiedy przybywali na miejsce w mieszkaniu dymu nie było lub urządzenie pomiarowe nie wykazywało zagrożenia.
Irena Lewandowska wie, co sąsiedzi o nich myślą i mówią. - „Mówią hołota, bo mieszkaliśmy przy cmentarzu to jesteśmy dla nich hołota i koniec.”
fot. Paweł Lachowicz
- Myślałam, że na starość spokój będzie. Tutaj z tymi ludźmi jest nie do wytrzymania, a gmina mieszkania im szuka i szuka. Tu policja co drugi dzień była. Mam taki zeszyt zapisany - godziny, kiedy policja była i już nawet przestałem pisać. Policjanci stwierdzili, że oni to tutaj są na etacie - mówi małżeństwo Wiśniewskich.
Zofia Wiśniewska dodaje, że problem z sąsiadami nie kończy się na piecu i związanym z tym zadymieniem. Jej zdaniem rodzina Ireny Lewandowskiej jest w ogóle bardzo uciążliwa. Twierdzi, że specjalnie, kiedy ona z mężem idą spać, to sąsiedzi zaczynają palić w piecu i trzaskać. - Co tu za hałas jest. Jak wstaną o drugiej, my śpimy, to do ubikacji czy po mieszkaniu chodzą, to drzwi już cicho nie zamkną. Takie trzaskanie drzwiami, jak by sami tu mieszkali - opowiada pani Zofia. Natomiast pan Marian dodaje, że jak są hałasy, to on bierze miotłę i w podłogę uderza, to dopiero wówczas u sąsiadów się uspakaja.
Zofia Wiśniewska wspomina, że ostatnio wzywali wraz z mężem komisję z gminy, aby przyszli i sprawdzili, że rzeczywiście po napaleniu w piecu przez sąsiadów z parteru u nich jest w mieszkaniu tyle dymu, że nie można oddychać. Mieli zjawić się 1 marca. Wówczas ustalono, że Ryszard Kowalski ma napalić w swoim mieszkaniu przed 13:00, a komisja miała się tam zjawić chwilę później. - Napalił, to tutaj nie szło wejść. Czekaliśmy za ich przybyciem, ale nie przyszli. Zadzwoniłam do gminy jeszcze przed 16:00, bo długo nie przyjeżdżali, to mi powiedzieli, że dopiero na 17:30 mają przyjść i owszem przyjechała, tylko straż miejska. Okazało się, że Maria Giża (kierownik referatu rolnictwa gospodarki przestrzennej i rozwoju gospodarczego UM w Strzelnie przyp. pal) wcale straży nie poinformowała, dlatego przyjechali tak późno. A my już mieszkanie musieliśmy wywietrzyć, bo nie szło wytrzymać - skarży się pani Zofia.
Ryszard Kowalski sądzi, że to nie w jego rodzinie leży problem, tylko sąsiedzi sami sobie wymyślają ciągłe problemy
fot. Paweł Lachowicz
Marian Wiśniewski twierdzi, że obecnie żadne służby nie chcą już przyjeżdżać na jego wezwania. - Teraz to nie mamy już do kogo głosić, jak dzwonimy, to nas odsyłają jedni do drugich. To do straży czy na policję, z kolei z policji do gminy i to koniec. A ty człowieku siedź w smrodzie i zdychaj - mówi rozżalony.
- Jak byłam się zapytać, kiedy Kowalscy dostaną mieszkanie, to burmistrz i kierowniczka zaproponowali mi, czy to ja bym chciała innego mieszkania. Ja powiedziałam, że skoro ja sobie tutaj mieszkanie wyremontowałam to, dlaczego ja mam opuścić, a nie oni - mówi Zofia Wiśniewska.
KLUCZ NIE PASOWAŁ
Mieszkająca na parterze 63-letnia Irena Lewandowska twierdzi, że powodem całego zamieszania jest to, że państwu Wiśniewskim nie podoba się, że do budynku wprowadziła się właśnie jej rodzina. Uważa, że jest to głęboko sięgający konflikt sąsiedzki wywołany przez państwa Wiśniewskich. Opowiada, jak w pierwszy dzień po ich wprowadzeniu się na Michelsona Marian Wiśniewski na kłódkę zamknął bramę wjazdową, a oni nie mieli do niej klucza. - Zaczął bramę zamykać, tak jakby to było jego prywatne. Dopiero jak straż miejska powiedziała, że nie ma zamykać bramy, bo tu jest kilku lokatorów, to musiał przestać, ale i tak cały czas on uważa, że to jest jego i tylko on tu jest i koniec - opowiada pani Irena.
Natomiast Ryszard Kowalski dodaje, że jak domagał się klucza, to udostępniono mu klucz, który nie pasował.
Zofia Wiśniewska uważa, że sąsiedzi zachowują się tak, jakby w budynku mieszkali sami
fot. Paweł Lachowicz
CZERWONY DYWAN
Córka Ireny Lewandowskiej i Ryszarda Kowalskiego Agnieszka Kowalska, która od roku nie mieszka już z rodzicami, przyznaje, że faktycznie jak się tutaj wprowadzili wszystko było nieszczelne i państwo Wiśniewscy mieli rację, że się denerwowali, ale teraz, kiedy wkłady są włożone od góry do dołu, to problemu już nie ma. - Nawet straż pożarna nie chce już przyjeżdżać na jego wezwania, bo wiedzą, że wszystko jest okay, dlatego ma przyjeżdżać straż miejska, aby sprawdzić, czy sobie tego nie wymyśla. Pan burmistrz sam mi powiedział, że spokoju nie będzie, bo ten pan po prostu by chciał, żebyśmy się stąd wyprowadzili. To nie jest, że my sobie wymyślamy, ten pan jest na nas po prostu uczulony. Nie rozumie, że jest bieda. Tutaj ponad 19 razy była straż przez te 4 lata, jak tutaj rodzice mieszkają. Na początku codziennie była straż miejska, policja, nawet po 3 razy dziennie, bo państwu z góry przeszkadzało, że pies szczeka. Jak przyszłam do domu z pracy o 22:00 i zadzwoniłam, to pies zaczął szczekać, to od razu była wezwana policja, że są hałasy. Do rodziców nikt nie może przyjść, bo zaraz jest mowa, że hołota się zwala, bo oni są schorowani, bo są starsi. To moi rodzice są bardziej schorowani niż oni. Były kiedyś takie czasy UB i w ogóle, że przed takimi panami się schodziło z drogi i głowa na dół. I pan Wiśniewski jest właśnie typ takiego człowieka. Najlepiej czerwony dywan rozłożyć, usunąć się z drogi i się kłaniać. Jak do mnie jest telefon z domu, to już wiem, że się coś dzieje. Teraz się okazuje, że będziemy w „Pałukach” opisani - opowiada Agnieszka Kowalska.
SPRZĄTANIE
O tym, że w domu na Michelsona mówić można o głębokim konflikcie sąsiedzkim świadczyć może także fakt, że pomiędzy lokatorami są nieporozumienia nawet o sprzątanie klatki schodowej.
- Oni do nas mają pretensje, że jest brudno, ale oni sprzątać nie będą. Jak tylko mieszkamy tutaj, to nigdy tutaj korytarza nie posprzątali. Jak się pytaliśmy innym ludziom, jak było, jak inni mieszkali, to powiedzieli, że nawet jak mieszkała tutaj starsza pani i słuchała Radia Maryja to też straż miejska przyjeżdżała i policja, bo im to przeszkadzało, że jest głośno. Oni na nas nie mogą patrzeć, bo rodzice są biedni i jest ubogo. To znaczy, że można się nad takimi pastwić. Ja chciałam zorganizować z burmistrzem spotkanie i z „Pałukami”, żeby wszystko opisać. Ale wiem, że jak ktoś będzie innej myśli niż ten pan, to od razu agresja jest. Nad nami można się pastwić, na nas można policję nasyłać - dodaje Agnieszka Kowalska.
Zdaniem Ireny Lewandowskiej w oczach sąsiadów, jej rodzina to hołota i nic więcej, bo mieszkali przy cmentarzu.
SATYSFAKCJI NIE DA
Ryszard Kowalski nie ma złudzeń. Twierdzi, że jego rodzina wciąż żyje w stresie, bo nigdy nie wie, co lada chwila może nastąpić. Opowiada, że złożyli wniosek u pana burmistrza o zamianę mieszkania, bo zdają sobie sprawę, że tak dalej, w takim klimacie i z takimi sąsiadami nie da się żyć. - Burmistrz powiedział, że jak coś się znajdzie, to będzie myślał. Ale konkubina się uparła i powiedziała, że nie, że ona nie da satysfakcji sąsiadowi i nie chce się z stąd wyprowadzać. Ale to nic nie da, lepiej mieć spokój niż ciągle jakieś nieporozumienia - mówi Ryszard Kowalski.
Ryszard Kowalski twierdzi, że wie, skąd zrodził się konflikt sąsiedzki. Uważa, że państwo Wiśniewscy przyzwyczaili się do spokoju, bo zanim oni się wprowadzili, kilka lat lokal stał pusty.
PLASTIK i WOSK
Rodzina Kowalskich zaprzecza jakoby palili w piecu plastikiem. Jak mówią, zdają sobie sprawę, że spalanie plastiku prowadzi do zatrucia chemicznego. Przyznaje natomiast, że gdy mieszkali jeszcze przy cmentarzu, to do rozpalania używał wosku, bo wszystko było tam tak wilgotne, że nie można była w żaden inny sposób rozpalić w piecu.
- Wiadomo, że jest ciężko z opałem, a miałem mokre drzewo i ciężko było je rozpalić, to wosk brałem i rzuciłem go na papier i ten wosk używałem, nie spalałem żadnych plastików. Przecież to w głowie się nie mieści, żeby tym palić, bo to jest niesamowity smród. Jakby chodziło o same kominy, to rozumiem, że może coś źle naprawili, ale wiele innych nieporozumień wynika ze strony pana Wiśniewskiego - dodaje pan Ryszard.
PIES
Agnieszka Kowalska dodaje, że jak państwu Wiśniewskim zaczęła przeszkadzać muzyka, to jej rodzeństwo przy komputerze zaczęło używać słuchawek. - Bo gdy tylko pan Wiśniewski usłyszy muzykę, to zaraz policje wzywa. U nas to nawet nasz pies „Sunia” przestał szczekać. On tylko trzaska zębami, bo zawsze się do niej tylko mówiło „cicho, bo zaraz będzie straż miejska”. Pies przez tych ludzi oduczył się nawet szczekać - dodaje Agnieszka Kowalska.
DWIE INTERWENCJE
Rzecznik prasowy Komendanta Powiatowego PSP w Mogilnie Patryk Kaczmarek poinformował reportera, że w tym roku w mieszkaniu w Strzelnie przy ul. Michelsona 31 Państwowa Straż Pożarna interweniowała dwukrotnie - 16 stycznia oraz 2 lutego. Podczas interwencji w lokalu przy użyciu czujnika multipro stwierdzono stężenie tlenku węgla na poziomie 50 ppm oraz 6 ppm. Na podstawie uzyskanych wyników kierujący działaniami ratowniczymi wydali zakaz użytkowania piecyka oraz przewodu kominowego do czasu wydania pozytywnej opinii przez osobę posiadającą kwalifikacje kominiarskie.
- W tym przypadku opinie kominiarskie są pozytywne. My jesteśmy służbą do usuwania skutków i opieramy się na opiniach branżowych w tym przypadku kominiarskich - powiedział kpt. Patryk Kaczmarek.
WYZWISKA I KRZYKI
Komendant strzeleńskiej straży miejskiej Paweł Namieśnik przyznał, że w czasie ostatnich dwóch lat strażnicy interweniowali na terenie posesji nr 31 przy ul. Michelsona w Strzelnie kilkakrotnie. Zgłoszenia kierowane głównie przez Mariana Wiśniewskiego dotyczyły spraw związanych z zadymianiem lokalu przez jego zdaniem niepoprawne eksploatowanie pieca i przewodów kominowych przez sąsiada Ryszarda Kowalskiego oraz spraw porządkowych związanych z myciem pojazdów na terenie wspólnego podwórza, niezamykaniem bramy wjazdowej oraz ogólnie pojętym zakłócaniem porządku publicznego przez innych lokatorów tej nieruchomości. Ze względu na kompetencje, prawo własności nieruchomości oraz rodzaj zgłoszeń, strażnicy głównie uczestniczyli w asystach przy kontroli innych służb np. straży pożarnej, kominiarza, czy też pracowników UM Strzelno reprezentujących referat mieszkaniowy.
Straż miejska ze względu na dużą częstotliwość interwencji wydała zakaz mycia pojazdów na terenie podwórza i zobowiązała większość lokatorów do przestrzegania regulaminu porządkowego i przestrzegania ogólnie przyjętych norm potrzebnych w życiu i funkcjonowaniu w budynku wielorodzinnym.
- Interwencje, które załatwiane były przez patrol straży miejskiej, odbywały się w atmosferze wyzwisk, krzyków i wypowiadaniem różnych obraźliwych i wulgarnych słów przez zamieszkujące tam osoby. Takie relacje sąsiedzkie zaburzają w dużym stopniu poprawne funkcjonowanie i sprawiają, że nawet błaha sprawa może stać się przyczyną zgłoszenia i interwencji służb porządkowych. Niestety, moim zdaniem, jedynym lekarstwem na spokój na terenie tej posesji jest zgoda sąsiedzka, a po tym, co zaobserwowałem, raczej w tym kierunku to nie zmierza - powiedział Paweł Namieśnik.
TAM JEST KONFLIKT
Burmistrz Ewaryst Matczak przyznaje, że zna problem lokatorów budynku przy ulicy Michelsona 31. - Założyliśmy wkłady kominowe i szukamy zamiany mieszkania, aby ci państwo z dołu (Kowalscy, przyp. pal) się wyprowadzili. Na każdy telefon jedziemy, interweniujemy i to co możemy, robimy. Kominiarze naprawili wszystko. Komin był podwyższany. Tutaj raczej chodzi o konflikt między sąsiadami. Problem jest bardziej skomplikowany niż się wydaje - powiedział burmistrz Matczak.
SZUM WODY
Kierownik referatu rolnictwa gospodarki przestrzennej i rozwoju gospodarczego UM w Strzelnie Maria Giża jest zdania, że między lokatorami jest konflikt sąsiedzki, spowodowany głównie przez państwa Wiśniewskich. - Konflikt zaczął się, jak wprowadziła się pani Lewandowska. To mieszkanie wcześniej stało puste, mieszkała tam starsza kobieta, jak zmarła nie mogliśmy wyegzekwować kluczy od rodziny. Oni (państwo Wiśniewscy przyp. mal) żyli sobie jak pączek w maśle, tak jakby żyli w domku jednorodzinnym. Były takie sytuacje, że jak córka pani Lewandowskiej pracowała w „Polo” i wracała do domu po 23:00 i wiadomo, że musiała się umyć, to nawet szum wody sąsiadom przeszkadzał - opowiada Maria Giża. Po czym dodała, że w sprawie zadymienia mieszkania Urząd Miejski zrobił wszystko, co było możliwe.
WIETRZYĆ MIESZKANIE
Starszy specjalista do spraw administracji budynków komunalnych UM w Strzelnie Sylwia Kowalska potwierdza, że wielokrotne kontrole i interwencje Straży Pożarnej z Mogilna oraz Straży Pożarnej ze Strzelna nic nie wykazują. - Zalecaliśmy u państwa Wiśniewskich rozszczelnianie mieszkania. Żeby była cyrkulacja powietrza, tym bardziej, że mają plastikowe okna. Kiedyś może coś tam było, ale dzisiaj, jak są zamontowane wkłady, to nic tam urządzenia nie wykazują. My nic już nie możemy pomóc - powiedziała Sylwia Kowalska.
W notatce służbowej sporządzonej z ostatniej interwencji zgłoszonej przez Mariana Wiśniewskiego czytamy, że komisja w składzie przedstawiciel straży pożarnej w Strzelnie Jacek Hełminiak, strażnik miejski Sławomir Pinczewski, mistrz kominiarski Edmund Kamiński, pracownicy Urzędu Miejskiego Maria Giża i Joanna Kaszyńska dokonała sprawdzenia lokali mieszkalnych państwa Wiśniewskich i Ireny Lewandowskiej i nie stwierdziła istnienia zagrożenie w mieszkaniu Mariana Wiśniewskiego.
Zdaniem komisji, należy w mieszkaniu doprowadzić do stałego dopływu powietrza. Zbyt szczelne mieszkania, zdaniem kominiarza, należy rozszczelniać. Uzgodniono, że w razie czadu, pan Wiśniewski ma skontaktować się bezpośrednio z kominiarzem.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1050 (13/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze